Po przeczytaniu tekstu mojego redakcyjnego kolegi, Błażeja Ciarkowskiego, pt. „To nie jest martwy skansen” doszedłem do pewnych wniosków, w pewien sposób chciałbym też rozszerzyć poruszony przez niego temat. 

  

Zabytek. Magiczne słowo. Co jest zabytkiem, co nie jest? W Wielkiej Brytanii jako „listed buildings” klasyfikowane są brutalistyczne budynki z lat 60., a najmłodszy budynek na liście został wpisany po 25 latach istnienia w roku 2011.
W Polsce wielkie kontrowersje wzbudził wpis Pałacu Kultury do rejestru zabytków, a łódzka zabudowa socrealistyczna, pozbawiona nadzoru konserwatorskiego, masakrowana jest styropianem i pastelowymi kolorkami. 

 

„Nie wszystko, co powstało ponad 100 lat temu, jest warte zachowania” - bardzo mądre słowa! Nie będę ukrywać, że nigdy nie przestanę żałować braku realizacji planów dla Bałut z lat 50. - stworzenia tam 6 osiedli mieszkaniowych – pięć z nich miało znajdować się między ulicami: Wojska Polskiego/Lutomierska – Brzóski – Srebrna/Prusa/Stefana/Okopowa – Sporna. Szóstym miało być osiedle Staromiejskie. Zrealizowano jedynie dwa spośród nich. Pierwotna zabudowa Bałut dzisiaj ma średnio 120 lat, wtedy miała ledwie połowę tego. Żydowskie biedakamienice, bezplanowo rozrzucone po parcelowanym na potęgę dawnym majątku Zawiszów, budowane byle taniej i szybciej, pozbawione były jakichkolwiek wygód czy dostępu do zieleni, a często także światła dziennego. Mieszkał w nich przede wszystkim polski i żydowski lumpenproletariat, pracujący w łódzkich i bałuckich fabrykach. Ta bezwartościowa (choć przecież historyczna) zabudowa miała zostać doszczętnie zburzona i zastąpiona wielkomiejską, na miarę metropolii, z szerokimi bulwarami, zielenią, usługami, centrami kultury. Bałuty przez niekonsekwencję
w skali makro dzielnicą z bałaganem urbanistycznym. Estetyczne, socrealistyczne bloki graniczą z sypiącymi się ruderami do wyburzenia, a zaraz za nimi wyrastają gierkowskiego molochy z wielkiej płyty. Tych zaniedbań nie naprawi się przez najbliższe dziesiątki lat. Gdyby dzisiaj pojawił się podobny projekt, nie żałowałbym ani jednej tamtejszej kamienicy, mimo że sam na Starych Bałutach się wychowałem.

 

Dlaczego o tym piszę? Łódzkie śródmieście różni się Bałut. Kamienice różni jakość wykonania (która w Łodzi jest bezdyskusyjnie wyższa, choć nie w każdym przypadku) oraz szeroko pojęta estetyka. Zasadniczym problemem funkcjonalnym jest specyficzny układ oficyn, czyli tzw. podwórko-studnia. Powoduje to słabe doświetlenie mieszkań w oficynach, po drugie często amfiladowy układ mieszkań w oficynie nie jest zbyt komfortowy. W takim wypadku pojawia się dylemat – wygoda czy historia? Dla poprawy funkcjonalności łódzkiego śródmieścia logicznym posunięciem byłoby wyburzenie wszystkich oficyn bocznych (tak jak zrobiono to na Włókienniczej czy Abramowskiego) lub co drugiej (tak, jak planowali to Niemcy w latach 40. i częściowo tego dokonali na odcinku Piotrkowskiej między Narutowicza a Traugutta). Czy warto byłoby rozważyć takie działania przy okazji nadchodzącej rewitalizacji? Na pewno nie na ulicy Piotrkowskiej. Podwórka-studnie to nieodłączny element Łodzi, niespotykany w takiej formie nigdzie indziej. Uważam, że Piotrkowska powinna być w tej kwestii „skansenem”, w którym powinno pozostawić się jak najwięcej XIX-wiecznej autentyczności, a same wąskie podwórka można zaadaptować na sieć klimatycznych uliczek.

„Gdyby wcześniejsze generacje myślały tymi samymi kategoriami co znaczna część dzisiejszych obrońcy zabytków, wzdłuż Piotrkowskiej wciąż stałyby parterowe domy tkaczy kryte spadzistymi dachami. Zaiste, piękny to obraz metropolii! Miasto musi żyć, funkcjonować jak ekosystem, w którym część starych organizmów obumiera, a na ich miejscu wzrastają nowe” - i tutaj sprawa nie jest tak do końca jasna. Jestem przeciwnikiem „unowocześniania” miasta na siłę. Spacerując po londyńskim City, między identycznymi korpobiurowcami, czuję się w jak każdej innej dzielnicy biznesowej na świecie – to miejsce zatraciło w pewien sposób swoją odrębność. Przedwojenne budynki ustępują miejsca bezpłciowym konstrukcjom ze szkła i betonu. Nie chcę takiej przyszłości dla Łodzi. A o to się obawiam, widząc, ile pięknych zabytkowych fabryk i kamienic, nadających klimat i wyjątkowość naszemu miastu, celowo doprowadzanych jest do ruiny przez firmy spekulujące nieruchomościami, takie jak CFI. Idąc którąkolwiek ulicą łódzkiego centrum, naszą uwagę przykuwają bogate detale kamienic. Nowe budynki rzadko są tak efektowne.

W naszym mieście nie brakuje przykładów genialnych adaptacji „zaszczanych ruder do wyburzenia”– chyba najlepszym jest dawny kombinat włókienniczy Poznańskiego czy dziesiątki innych fabryk, które dzisiaj służą jako biura lub mieszkania. W mieście Łodzi pustych działek pod wszelakie inwestycje w centrum miasta nie brakuje, wcale nie trzeba wyburzać, by zbudować nowe, które nie zawsze jest lepsze. Ile to już kamienic wyburzono w centrum miasta, a puste działki po nich straszną strupami odrapanych ścian szczytowych, a na gruzach urządzone są dziadoparkingi (nazywane czasami ironicznie „najwyższym stadium rozwoju kamienic”) oraz budy z kurczakiem. Czy naprawdę chcemy takiego miasta? Program Mia100 Kamienic pokazuje, że da się uratować kamienice w różnych stanach. Ale zdarzają się przykłady, że wyburzenie wcale nie musi być złem, jak na 6 Sierpnia 42, gdzie wyburzono jednopiętrową kamieniczkę (jak by nie patrzeć, zabytkową), budując w jej miejsce potężną, stojącą w pierzei 4-piętrową kamienicę (w której jest niemal 100 nowych mieszkań) z postmodernistycznym detalem. I oby takiego „unowocześniania” w łódzkim śródmieściu było jak najwięcej. 

 


KOSMA NYKIEL
absolwent I LO, student kierunku Urban Planning, Design and Management na University College London, brązowy medalista IX Międzynarodowej Olimpiady Geograficznej iGeo 2012. Prywatnie fotograf, miłośnik Łodzi, członek Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Interesuje się historią sztuki i urbanistyką.