Maria Apoleika (ur. 1986 r.) maluje, rysuje, fotografuje, zajmuje się też sztuką instalacji, animacją i wideo-artem. Niektóre ze swoich działań (zwłaszcza filmowe) realizuje w duecie twórczym z Marcello Zamenhoffem, artystą wideo, aktywną postacią łódzkiej sceny artystycznej alternatywy. Studiuje w Państwowej Wyższej Szkoły Telewizyjnej i Teatralnej na wydziale operatorskim, specjalność animacja. Ta technika znajduje odzwierciedlenie w formie jej prac rysunkowych i malarskich– są ilustracyjne, budowane konturem
i opowiadają tajemnicze historie.
HURT – pierwotnie była to zapewne reklama jakiejś hurtowni, namalowana przy użyciu szablonu. Później napis ten, pozbawiony swej pierwotnej funkcji i pozostawiony na murze, stał się swego rodzaju wydarzeniem piśmiennym, dziwnym, nieco absurdalnym, pustym, ale dzięki temu otwartym na inne znaczenia, a nawet – na inne języki. Umieszczone na obrazie Marii Apoleiki, słowo HURT może odsyłać do „hurtowej” jakości życia, a jednocześnie, o ile dostrzeżemy w nim angielskie „hurt”, oznaczać kogoś lub coś skrzywdzonego, zranionego, pokaleczonego, pokiereszowanego.
Kogoś lub coś, bo chodzi tu o Łódź, o miasto i jego mieszkańców. „Miejskie” obrazy Marii Apoleiki powstają w Łodzi i biorą się z Łodzi, ukazując „ciemne” strony tutejszego życia. To prawda, że niektóre z nich wykraczają poza ten lokalny kontekst, są bardziej uniwersalne w swojej wymowie. W większości dostrzegamy jednak wyraźne ślady „łódzkości”, manifestującej się przede wszystkim w kibolskich napisach na murach – aktach oznaczenia terenu i plemiennego podziału przestrzeni miasta: „ŁKS”, „Żydzew”, „JEBAĆ RTS” itp. Przewaga „hejtów” pod adresem RTS Widzew wyraźnie pokazuje, w czyjej strefie wpływów się znajdujemy... Inny napis, „STAREPOLESIE”, jeszcze dokładniej lokalizuje rejon miasta, po którym się tu poruszamy.
Staropoleskie przestrzenie ukazane na obrazach Marii są zamieszkiwane przez groteskowe, ludzko-zwierzęce i zwierzęco-ludzkie istoty. Jest w nich coś atawistycznego, larwalnego, jamochłonnego, jakaś obłość, niemal bezkształtność. Wiją się, szukają jedzenia, grilują je, konsumują, rzygają, spółkują ze sobą, opalają się, piją wódkę, oddają mocz, zbierają puste butelki i puszki po piwie. Dzieje się to na tle skostniałych, zszarzałych pejzaży, bezlistnych drzew oraz zdewastowanej architektury, która nadaje się tylko, jak głosi jeden z napisów widocznych na murach, „DO ROZBIÓRKI”. Kolorystyka i atmosfera – jak ze złego snu.
Fantasmagoria miesza się tu z rodzajowością, w niektórych przypadkach iście Breugelowską. Wszystkie rodzajowe scenki, jakie oglądamy na obrazach, są generowane, dzień w dzień, przez rzeczywistość Starego Polesia. Wywodzą się z realnych miejsc
i sytuacji zaobserwowanych przez Marię w pobliżu ulicy świętego Jerzego, gdzie mieści się jej pracownia. Świadczy o tym slideshow
– swoista foto-topografia Starego Polesia. W zestawieniu z fotografiami, obrazy malarskie nie wyglądają już na tak przesadne
i turpistycznie zdeformowane. Łódzkie, a ściślej staropoleskie realia są na nich jedynie lekko przerysowane...
Nie zmienia to faktu, że fotografie ukazują te realia w sposób bardziej złożony, niż obrazy, ewokują też – i wywołują – emocje bardziej niejednoznaczne. W zdjęciach Marii rządzi codzienność – mają one w sobie coś z fotobloga, co wynika po części stąd, że pierwotnie funkcjonowały w zbliżony sposób, „wrzucane” przez autorkę na fejsbuka i flikra. Nie są jednak fotograficznym dziennikiem czy pamiętnikiem. Biorąc pod uwagę ich „topograficzny” charakter i to, że najczęściej powstają w trakcie spacerów
z psem po okolicy, można by powiedzieć, że układają się w swoisty „spacernik”.
Są to przede wszystkim dokumenty, wpisujące się w nurt fotografii ulicznej, czasem bardziej społeczne, czy nawet socjoekonomiczne, czasem bardziej osobiste. Pojawiają się też jednak ujęcia estetyzujące, niekiedy wręcz piktorialistyczne. W takich przypadkach Maria estetyzuje surową i brzydką realność za pomocą różnych środków i chwytów fotograficznych (kadr, perspektywa, światło, faktura itd.), bądź po prostu rejestruje zaczyn piękna, które samorzutnie, tu i tam, „wytrąca się” z osiągającej masę krytyczną brzydoty. Dużo też w tych zdjęciach „poezji sytuacyjnej”, sporo zdarzeń – dyskretnych, nieoczywistych, absurdalnych, wizualnych, piśmiennych, symbolicznych, kulturowych, społecznych – zapisanych w „aranżacjach” rzeczy, w gestach, pozach i „gagach” sfotografowanych osób.
Co dokładnie tam widać? „Surrealizujące” manekiny, stłoczone na wystawach. Siermiężne szyldy i reklamy, umieszczone w oknach sklepów, na ulicznych stojakach i wprost na murach; uwagę zwraca powtarzający się napis „NAJTANIEJ”. Oddolna poezja konkretna: szyld, zamalowane słowa „OPAŁ” i „BUDOWALNE”, pozostawiony napis „MATERIAŁY”. Nielegalne śmietniska, gromadzące zarówno odpady domowe, jak i przemysłowe. Rozpadające się drewniane i murowane rudery, niekiedy w trakcie rozbiórki. Prace remontowe na ulicach. Tak zwani „zbieracze” i „rzeczoznawcy”, przepychający zdezelowane wózki dziecięce, załadowane wszystkim tym, co można sprzedać w skupie surowców wtórnych. Symboliczne znaczniki terenu – wspomniana już wszechobecność ŁKS-u i „hejty” pod adresem Widzewa. Malarskie wulgaryzmy na murach. Namiastki lub pozostałości placów zabaw i boisk. Własnoręcznie sklecone komórki, szopy, altanki działkowe. Samoróbki estetyzujące i społecznościowe: płachta ze słonecznikami zakrywająca balkon, podwórkowe kluby sąsiedzkie, jeden – z domowymi fotelami i wersalką, inny – z pniem zmienionym w siedzisko, stolikiem z deski obitej ceratą i kalendarzem z nagimi paniami zawieszonym na ścianie garażu. Inne przykłady oddolnej kreatywności, sytuującej się gdzieś pomiędzy „Niewidzialnym miastem” a „Wanną z kolumnadą”. Niepokojąca scena – noc, świeżo wykopany dół pod płotem, jakby czekający na ludzkie zwłoki. Sytuacje, które urastają do rangi krytycznych alegorii – nie tylko „łódzkości”, ale
i polskości: pomalowany sprayem na biało i czerwono mur, „zbrojony” rzędem zamocowanych na sztorc „tulipanków” z rozbitych butelek, albo porzucona w krzakach przyczepa kempingowa z namalowaną polską flagą. Ludzie z zakupami. Mężczyzna przy bramie, opalający swój brzuchaty tors. Dzieciaki ganiające się po drzewach. Ludzie klęczący na ulicy Świętego Jerzego w trakcie procesji Bożego Ciała. Pijany (?), bezdomny (?) mężczyzna w jednym bucie, śpiący na betonowej płycie. Straż Miejska i policja przepytujące grupki okolicznych chłopaków. Obecność ludzka sugerowana pośrednio przez wyrzucone rzeczy i ich domniemane biografie ekonomiczno-społeczne. Obecność innych istot biologicznych: bujna wegetacja roślinna, zwierzęcy mieszkańcy Starego Polesia – ślimaki, ptaki, koty i psy. Nietknięte ludzką stopą zakątki Starego Polesia, oglądane z perspektywy „nie-ludzkiego” aktora, jakim jest pies Marii, Kapsel.
Biologiczna cykliczność życia, swoisty cykl wegetatywny są też wpisane w ogólną ramę narracyjną tego slideshow, opartego na przemienności dnia i nocy. Całość składa się z wielu fragmentarycznych narracji: kilka slajdów układa się w zaczątek spójnej opowieści, kolejna sekwencja zdjęć przechwytuje ją i prowadzi w inną stronę, albo też zaczyna opowiadać inną historię. Montaż jest dynamiczny, łączy długie sekwencje i synkopowe przeskoki. Zestawienia zdjęć mają charakter tematyczny i formalny, bywają oparte na analogii detali, na jedności miejsca, powtórzeniu pojedynczego koloru lub ciągłości ikonografii życia społecznego.
Tereny, po których spaceruje Maria sąsiadują z Manufakturą, typową późnokapitalistyczną fabryką pragnień, opiewającą się PR-owo na swej stronie internetowej jako „bijące serce Łodzi i nowe centrum miasta, w którym przestrzeń kultury i wyrafinowanej rozrywki znakomicie łączy się ze światem handlu i rekreacji”... Sąsiedztwo Manufaktury i staropoleskich pejzaży oferuje możliwość doświadczenia miasta w pigułce – tutaj bowiem, na stosunkowo niewielkim terenie, usytuowanym w centrum miasta, dochodzi do kondensacji największych kontrastów estetycznych, symboliczno-kulturowych i ekonomiczno-społecznych, jakie definiują dzisiejszą Łódź. Kontrasty te nie są na zdjęciach Marii pokazane jako takie. Na kilku zostają co najwyżej zamarkowane. Uwagę zwraca to, na którym Manufaktura ukazana jest w oddali, z perspektywy czegoś, co wypełnia pierwszy plan, a wygląda na prowizoryczne legowisko, urządzone przez jakiegoś bezdomnego na drzewie. Widać kije, pionowo ułożone na gałęziach, na nich koce i coś, co wygląda na śpiwór; pod drzewem leżą reklamówki z dobytkiem oraz zbierane na skup plastikowe butelki.
Jak wspomniałem, kontrasty określające dzisiejszą Łódź nie są na zdjęciach Marii pokazane jako takie. A jednak są tam podskórnie obecne, za sprawą szerszego kontekstu, w jakim prace te są dzisiaj, szczególnie przez Łodzian, oglądane i odczytywane. Chodzi tu
o coś, co nazwałbym polityką samopercepcji miasta oraz jego reprezentacji na zewnątrz. W tym szerszym kontekście prace Marii można odczytać jako gest odreagowania, jako krytyczną odpowiedź na wydmuszkowy PR, którego obiektem jest dziś Łódź, kreowana w swej brandowej tożsamości, reklamowana przez festiwale i inne eventy, „lokowana” jako całościowy „produkt”
w serialu „Komisarz Alex” itd. (Czy faktycznie całościowy? W jednym z odcinków tego serialu Łódź w zastanawiający sposób zmienia, „skraca” swoją topografię: w następujących po sobie ujęciach pies Alex przebiega z wyremontowanej części Księżego Młyna wprost na Piotrkowską – wówczas nie rozkopaną – w okolicach pasażu Rubinsteina, by chwilę później znaleźć się na placu przed Manufakturą. Nie biegnie w okolicach Kilińskiego, nie wkracza też na tereny Starego Polesia, które znikają z tej PR-owej mapy Łodzi. Alex nie ma zatem szans na spotkanie z psem Kapslem, spacerującym po Starym Polesiu kundlem z – jak mówi Maria – „typowo łódzkim rodowodem”: wyrzucony z poderżniętym gardłem z pędzącego samochodu, został odratowany, a potem przygarnięty przez Marię i Marcella Zamenhoffa).
Ktoś mógłby powiedzieć, że dystansując się od jednostronności tej oficjalnej polityki samopercepcji i reprezentacji miasta, Maria stworzyła w swoich pracach wizję równie jednostronną i przesadną, tyle że negatywną, wpisującą się w „negatywny mit” Łodzi. Sęk w tym, że ów negatywny mit jest wciąż aż zanadto realny – w wielu miejscach miasta jest on samą rzeczywistością: zgrzebną, brzydką, zaniedbaną, zdewastowaną, podupadłą ekonomicznie i wykluczoną społecznie. Ale nie jest to też cała prawda o dzisiejszej Łodzi. Wskazane byłoby więc może odpowiednie wyważenie obu aspektów, uchwycenie ich właściwej relacji, adekwatnej proporcji. Nie jest to jednak łatwe. Tkwimy tu bowiem w istnym klinczu: staramy się uwypuklać i chwalić pozytywne zjawiska łódzkie, ale jednocześnie musimy opierać się skaptowaniu i zawłaszczeniu przez oficjalny miejski PR, staramy się więc z krytycznym realizmem wytykać problemy, z jakimi boryka się miasto, ale jednocześnie próbujemy nie popadać w retorykę „przeklętej Łodzi”. (Tak się akurat złożyło, że w styczniu 2014 roku, gdy opisywane tu prace były pokazane w Galerii Czynnej, przez miasto przetaczała się kolejna fala dyskusji na temat „przeklętej Łodzi” – stereotypu, który może być zarówno instrumentem politycznym, jak i narzędziem cynicznej, „kreatywnej” i „kampowej” eksploatacji ekonomicznej osób biednych, bezdomnych i zdegradowanych społecznie). Wydaje mi się, że prace Marii nie są przykładami tego rodzaju retoryki. Przy całym krytycznym świadectwie, jakie ze sobą niosą, zbyt dużo w nich zaangażowania i fascynacji wszystkimi tymi miejscami, które Maria portretuje z pozycji insajderki, zbyt dużo w nich elementów ukazujących upartą witalność tego zdegradowanego rejonu miasta.
Obecnie dużo mówi się o rewitalizacji centrum Łodzi, wkrótce ma ona objąć już nie pojedyncze kamienice, ale całe kwartały miasta. Jak jednak pokazuje „Mapa priorytetowych projektów rewitalizacji obszarowej centrum Łodzi”[1], w latach 2014-2020 na Starym Polesiu mają być zrewitalizowane tylko tereny położone pomiędzy ulicami Ogrodową i Legionów, a zatem te, które sąsiadują z Manufakturą. Łatwo domyślić się, jakie polityczne, ekonomiczne, PR-owe itd. względy podyktowały tego rodzaju priorytety. Prace Marii Apoleiki są jednym z głosów, które wskazują na konieczność zmiany tej strategii rewitalizacyjnej i – przy całej świadomości związanych z tym problemów – jak najszybszego objęcia nią całego terenu Starego Polesia. A także zadbania o to, by rewitalizacji od samego początku przyświecały cele społeczne – by nie sprowadzała się ona do remontu tkanki architektonicznej i nie przeradzała
w gentryfikację, maskowaną przez jakieś pozorowane działania z zakresu „integracji społecznej”.
Tomasz Załuski
Obrazy i zdjęcia zaprezentowano w Galerii Czynnej w dniach 31.01.2014 - 02.02.2014