dziecko w pościeli

 

Najwyżej dwa tygodnie. Nie więcej. Wewnętrzna dyspensa od siebie. Szorstkiej. Dla siebie czułości nie mającej. Wyśrubowanej
i srogiej. Niezadowolonej częściej niż zawsze, markotnej, z niezaliczonym testem na wszystko.

Wewnętrzne imadło. Przyczyna - nadmiar. Czego? Możliwości. Pragniesz wszystkiego. Na raz. Nie umiesz wybrać. W efekcie masz nic (nie lubisz podwójnych zaprzeczeń). I złość.

Warszawa. Substancja instant. Wszystkiego zaczyn. Wachlarz możliwości – szeroki tak, że staje się kołem. Błędnym od tych mnogich szans. Każda nęci. Jak chór syren. Zgubny dla takich jak ty - ulepionych z wahań, nie z gliny. Warszawa syrenę ma w herbie...

Odpocząć. Dwa tygodnie. Nie więcej. Od codziennego do pracy wyjścia i w pracy zajścia, z pracą dobrego za pan bractwa (dlaczego nie siostrzactwa?), udawania, na wyżyny humoru się skradania. Codziennego po-miałkiwania do tych, co znaczą mało. Lub mniej. Robienia wrażenia - najlepszego. Wszak form pośrednich nie unajesz. Czarne lub białe, przód lub tył, dobrze lub źle. Nie inaczej.

Odpocząć. Od gadania, słów z dyskontu używania, jak z przeceny. Dzień dobry panu, pani (perlisty śmiech). Czy pan, pani w muzeum byli, koncertu wysłuchali, w dyskusji głos zabrali, ach i czy książkę przeczytali?

Dwa tygodnie. Nie więcej. Wyjechać. Od rzeki z dala. A jeśli z bliska – nad rzekę płytką. Za płytką dla syrenich gniazd. Znalazłaś: Łódź. Nazwa przewrotna, nie sądzisz? Z syreniego punktu widzenia. Zwłaszcza.

Sprytnie. Blisko, bezpiecznie. Na wypadek nagłego końca świata (lubisz to złudne poczucie kontroli...) wrócisz z odsieczą. Zdążysz, pozbierasz rozrzucone ołówki, dokończysz (o, naiwności!), czego i tak dokończyć się nie da. Kilometrów sto trzydzieści sześć. Licząc od Pałacu Kultury. I godzina pięćdziesiąt cztery - pociągiem. Z Fabrycznej na Centralny. Lub odwrotnie.

Mieszkanie metrów dziewięćdziesiąt. Duże. Wynajęte. Za bezcen. Secesja - z wykuszem. Marzyłaś o tym, w swym estetycznym wydumaniu. Posiedzieć z książką w tym naddatku muru. Z piecem, żyrandolem i szafą gdańską (na oko). Z wysokim sufitem. Dobrze, że wysokim. Trudniej się gapić - bezmyślnie. Przecież nie widzisz z daleka. Jak to krótkowidz. Dosłownie i nie. U ciebie wszystko jest krótkowidzeniem.

Rozeznanie okolicy. Nic cię tu nie spotka. Doskonale. Miejsce bez właściwości. Jest nigdzie i nijak. Bodźców brak. Tylko ty. Jak chciałaś. Najważniejszy jest porządek, w układzie z samą sobą. 1, 2, 3 – szukasz ty.

Siódmego dnia “tylko ty” już męczy. Choć wyjechałaś od siebie - w siebie poszukiwaniu. Szybka dezercja. Miałyście omówić kilka spraw. Niezgodność charakterów? Misja introspekcja odłożona w przyszłość. Bliższą. Dalszą. Introgliceryna to niebezpieczna substancja. Grozi wybuchem. Płaczu.

Studiujesz nazwiska z listy mieszkańców. Jan Dobrowolski. Piętro drugie. Garnitur (zielony), koszula (fioletowe mazy). Styl wschodnio-stambulski, wczesne lata 90. Mijasz go czasem (rzadko, bo bezpieczniej ci pod wysokim sufitem). Dyga wtedy
"z uszanowaniem" na ustach, i z "rączki całuje" (dobrze, że słowo ciałem się nie staje). Obiera stały kurs. Do spożywczaka, w ktorym wybór pomiędzy podgniłą marchewką, zupami wifon i asortymentem win czerwonych, słodkich (do ryb się tu wina raczej nie pija) jest lichym uzasadnieniem smutnej egzystencji tego przybytku. Mini (co za precyzja nazewnicza!) Market u Marioli.

Zachodzi tam Jan Dobrowolski ochoczo. Trzy, sześć, osiem razy dziennie. I wije sie przy ladzie, gestykeuluje, i miny robi. I parska
i cmoka, i podmruguje. Podoba mu się Mariola. I jej się pan Jan podoba. W tym garniturze współczesnego Hassana. Choć w temacie Marioli pewności mieć nigdy nie można. Jak pisał klasyk.

- Panie Janie – zaczepiasz.
- Za “Panie Janie” to stłuczka w banię - rzuca i śmieje się (szczerze!) z udatnego (?) żartu.
- Janek jestem.
Przedstawiasz się. O wakacjach mówisz. Że dwa tygodnie, nie więcej.

- All invlusive to to nie jest – kwituje.
Ty że zmiana, że zmęczenie, że pobyć chcesz od ludzi z dala. Bez walizek, planowania. I że do Warszawy blisko, na wszelki wypadek, gdyby świat miał się zawalić. Przecież.
- No, normalna Pani nie jest (ten sam śmiech z udanego żartu). Ale kto normalny? Masz tu Pani: Zośka z czwartego! Koguta w domu hoduje. Ten smród na klatce to od niej, bo ptaszysko sra jakby w dupie armatę miało. A Zośka uchachana. Mówi, że jak w Ameryce gepardy w domach trzymają, to ona koguta mieć może. Że to ekstrawagancja taka. Taaa. Na rosół kupiła, tylko zabić sama nie umiała. Chłopa w domu nie ma. A mieć mogła. Ja na ten przykład życzliwy jej byłem. Bardzo, nie powiem. Ale ciągle niezadowolna menda była. Ze wszystkiego. To nie tak, tamto nie tak, sramto i owamto. Nie ma takiego, co by ją zadowolił. Telewizor ogląda, te romanse, bujdy na resorach. I czeka. Że też się jej takie życie zdarzy. I będzie tak czekać do usranej śmierci. Z tym kogutem. Chyba że koguta pies zagryzie. Bo ona psa jeszcze ma.

Myślisz o tej Zośce. Taka to ci historyjka. Śmieszna nawet. Do opisania wdzięczna. I nie chcesz myśleć (choć na myśl się ciśnie), że ta Zośka to też trochę ty. Niby wiesz, że z nieba nic nie spada. A jednak patrzysz w górę.

Dwa tygodnie. Nie więcej. Czternaście dni. Mija czterdziesty. Przedłużasz ten (bez)czas - komfort bycia na gigancie. Czterdzieści dni horyzontalnego doświadczania. Sufit wcale nie jest wysoko. Studiujesz załamiania faktur, odpryski farby. Mierzysz kąt zbiegu ze ścianą. Ścianą, od której nie możesz się odbić.

Zasada jest jedna: byle do wieczora. Dnia końca, co zapowiada początek. Zasypiasz. Z obietnicą nowego rozdania. Jutro. Wrócisz. Kilometrów 136. Na wschód. Nadrobisz - czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Jutro! Twoje małe święto wiosny! Ale rano brzask, szast, prast i po sprawie. Nieroztropnie i straceńczo traktujesz swoje plany. Odpuszczasz. Bez specjalnego bólu. Poleżysz dłużej. Święto wiosny nie zdarzy się jutro. Zostaniesz tu. Jeszcze przez chwilę.

Hans Castorp też wyjechał do wód na krótko. I jakoś mu zeszło.

 

Piotr Zbierski (ur. 1987) obecnie doktorant PWSFTviT w Łodzi. Prezentował swoje prace w galeriach m.in. we Francji, Niemczech, Portugalii, Rosji, jak również w magazynach (Shots Magazine, Archivo Zine, Die Nacht, Gup Magazine). W 2012 roku wygrał prestiżową nagrodę dla Leica Oscar Barnack Newcomer Award za cykl prac Pass by me. Jego prace znajdziemy w kolekcjach Kiyosato Museum of Photographic Arts w Japonii oraz w Musée de'Élysée w Szwajcarii. W 2016 roku wydał swoją pierwszą książkę pt. Push the sky away - tryptyk nad którym pracował w latach 2008-2016. Żyje i pracuje w Łodzi.

www.pushtheskybook.com

www.piotrzbierski.wordpress.com

Kinga Janowska (1982). Z wykształcenia polonistka, z zawodu managerka i producentka wydarzeń z okolic jazzu i muzyki współczesnej. Niezdecydowana hybryda konserwatyzmu i lewactwa. Od dzieciństwa uprawia pamiętnikarskie zbieractwo myśli - własnych i cudzych. Kiedyś je spisze. Publikowała tu i ówdzie - głównie eseje na temat Kantora, Schulza i Marqueza.