Czy konieczne jest przyglądanie się żywym zwierzętom z odległych krain, aby zrozumieć konieczność ochrony przyrody? Czy ten bezpośredni kontakt z naturą, który najczęściej teraz jest kierowany do najmłodszych, sprawia, że rzeczywiście przejmujemy się ich losem?

 

W 2015 roku łódzkie ZOO ogłosiło plan znacznej rozbudowy i jednocześnie największej inwestycji w swojej 80-letniej historii. ZOO powiększy się o nowy kompleks o intrygującej nazwie „Orientarium”, obiekt przeznaczony dla fauny i flory azjatyckiej. Ta ogromna inwestycja, której koszt jest szacowany na ponad 260 milionów złotych, przekształci krajobraz połowy obecnego ZOO. Do nowego domu przeprowadzą się niektóre gatunki już hodowane w ogrodzie, ale zostaną zakupione również nowe zwierzęta, w tym stworzenia wodne, które mają zasiedlić basen o powierzchni 5000 m2, czyli aż czterech basenów olimpijskich.

Cała idea tego kosztownego przedsięwzięcia opiera się na tak zwanym „immersive exhibit design”, czyli projekcie wystawienniczym, który sprawia, że widz jest dosłownie zanurzony w świat wykreowany przez wystawę. Będzie przechadzał się między kolejnymi ekspozycjami i przechodził przez tunel pod basenem. Ciężkie kraty zastąpi przezroczysty pleksiglas, stwarzając wrażenie, że dzikie zwierzęta są na wyciągnięcie ręki. Ta wystawa jest nastawiona na zwiedzających. Ma ich nie tylko przyciągnąć swoją atrakcyjnością, ale również zaspokoić chęć zbliżenia się do egzotycznych zwierząt, w tym przypadku z Azji Południowo-Wschodniej. Innymi słowy, Łódź stawia na rozrywkę.

W tym samym czasie, kiedy wystartowała budowa „Orientarium”, Stare ZOO w Poznaniu też przechodziło swego rodzaju reformę, jeśli nie rewolucję, jednak w zupełnie innym kierunku. Ten ogród zoologiczny odszedł od idei inwestowania w technologię wystawienniczą, kładąc nacisk na misję ratowania zwierząt z opresji. Poznań ma dwa ogrody zoologiczne – tak zwane Stare ZOO, czyli założony jeszcze w XIX wieku zwierzyniec znajdujący się w centrum miasta, oraz Nowe ZOO, nowoczesny park zoologiczny na obrzeżach Poznania, w okolicy jeziora Maltańskiego. Ciasne Stare ZOO już od lat 80. powoli zmniejszało kolekcję i skupiało swoją ekspozycję na małych ssakach, głównie zwierzętach domowych, ptakach, gadach i płazach. Jednak od 2016 roku placówka zaczęła przekształcać się w azyl dla dzikich zwierząt uratowanych z cyrku, przemytu czy nielegalnych hodowli. Początkowo z fermy futrzarskiej do ZOO trafiły cztery lisy polarne, następnie dołączyły do nich małpy z Ameryki Południowej pochodzące z nielegalnego przemytu. Stare ZOO, którego funkcja wystawiennicza znacznie zmalała, gdy stał się dostępny większy park z miejscem na duże wybiegi, przyjęło nową strategię - zmieniło się w azyl, a jego główną misją jest pomoc i troska o zwierzęta po przejściach. Również Nowe ZOO w Poznaniu wpisuje się w tę rolę, szczególnie kiedy troską mają być objęte większe zwierzęta wymagające odpowiedniej przestrzeni, takie jak dwa lwiątka i krokodyl zabrane z prywatnych domów w Rybniku. Ta misja ratunkowa zaznaczyła się najbardziej dramatycznie kiedy pod koniec 2019 roku na granicy polsko-białoruskiej zatrzymano nielegalny transport 10 tygrysów, które na skutek interwencji dyrektorki poznańskiego ZOO Ewy Zgrabczyńskiej trafiły do ogrodów zoologicznych w Polsce i Europie. 

Czy ZOO nie pozostaje miejscem trochę bardziej komfortowej, ale jednak niewoli? Dlaczego i po co właściwe istnieją ogrody zoologiczne? Po co egzotyczne zwierzęta zostały sprowadzone do naszych miast?

Poznańskie ZOO otwarcie prowadzi światopoglądową rewolucję, zrywając z tradycją zwierzyńców na rzecz Domu Dzikich Zwierząt i współpracy z dotychczasowymi przeciwnikami samej idei ZOO – organizacjami prozwierzęcymi. Przypłaciło to problemami z powiatowym lekarzem weterynarii, który zagroził, że ogród straci część uprawnień z powodu przyjmowania zwierząt z jednostek niezatwierdzonych do tego celu. Według prawa, ogrody zoologiczne rzeczywiście mogą pozyskiwać nowe okazy jedynie od uprawnionych do tego placówek lub w wyniku ściśle kontrolowanej hodowli. 

Te dwa przykłady – łódzki i poznański - różnego podejścia do reformy ogrodów zoologicznych, wskazują na ogromną różnorodność w interpretacji ich roli we współczesnym społeczeństwie. Z jednej strony mamy ZOO w Łodzi, które zdaje się stawiać na rozbudowę infrastruktury i podniesienie standardu widowiskowego swojej ekspozycji, a z drugiej, ZOO w Poznaniu, które odchodzi od funkcji rozrywkowej na rzecz misji ratowania nie tylko zagrożonych gatunków, ale też dzikich zwierząt z niewoli. 

Nadal jednak nasuwa się szereg pytań o samą istotę ogrodu zoologicznego. Czy ZOO nie pozostaje miejscem trochę bardziej komfortowej, ale jednak niewoli? Dlaczego i po co właściwe istnieją ogrody zoologiczne? Po co egzotyczne zwierzęta zostały sprowadzone do naszych miast?

 

Miasta i menażerie

Według danych Światowego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych, zrzeszone instytucje odwiedza ponad 700 mln osób rocznie, a średnio co piąta osoba z Europy wybiera się do ZOO przynajmniej raz w roku. W Polsce zwiedzających jest 3,5 mln (choć nie dotyczy to oczywiście ostatnich lat w pandemii COVID-19). Jednak są to miejsca, które niemalże od początku swojej historii były kontestowane. Bardzo często porównywane do więzienia, krytykowane z powodu ich celu, funkcji, estetyki, warunków, jakie mogą stworzyć dla dzikich zwierząt w niewoli. 

Pod koniec XVIII wieku znacznie wzrosło zainteresowanie historią naturalną, a w związku z tym chęć kolekcjonowania żywych zwierząt przez arystokrację. Do tej pory zwierzyńce były domeną królów i władców, ponieważ trzymanie żywych, egzotycznych zwierząt było niezmiernie kosztowne. Królewskie menażerie zazwyczaj składały się z „dyplomatycznych podarków”. Samo słowo „menażeria” pochodzi z języka francuskiego, od czasownika ménager – „oszczędzać, pokierować czymś lub zarządzać gospodarstwem domowym, najczęściej żywym inwentarzem”. Kiedy pozyskiwanie nowych, niespotykanych dotychczas w Europie gatunków zwierząt stało się znacznie łatwiejsze dzięki wyprawom zamorskim, coraz większe grono bogatych arystokratów mogło pozwolić sobie na ten rodzaj ekscentrycznej rozrywki. W Łodzi pierwsze zwierzyńce powstały w XIX wieku jako prywatne kolekcje lub ekspozycje w przypałacowych ogrodach i parkach, między innymi w parku Grohmana, Parku Helenowskim i w Łagiewnikach. W skład tych niewielkich kolekcji wchodziły przede wszystkim krajowe zwierzęta łowne oraz nieliczne egzotyczne okazy, takie jak szympansy, niedźwiedzie malajskie, tygrysy bengalskie czy papugi.

Z końcem XVIII wieku coraz więcej prywatnych menażerii otwierało swoje bramy dla szerszej publiczności. Po raz pierwszy w Europie, w 1779 roku, otwarto dla zwiedzających cesarską menażerię w Schönbrunn koło Wiednia. Następnie w 1792 roku, tuż po rozpoczęciu rewolucji francuskiej przetransportowano zwierzęta z Wersalu do Jardin des Plantes w Paryżu. Przez wiele lat uznawano to miejsce za pierwszy publiczny ogród zoologiczny, który stanowił wzór dla podobnych instytucji w Europie i w Nowym Świecie. Wkrótce publiczne ogrody zoologiczne powstały w Londynie w 1828 roku, w Amsterdamie w 1838, w Antwerpii w 1843, w Berlinie w 1844, w Marsylii w 1855 i w Rotterdamie w 1857. Najstarszym ogrodem zoologicznym w Polsce jest Wrocławskie ZOO założone w 1865 roku.

zoo3b5

Warto zauważyć, że pierwszymi miastami, w których założono ogrody zoologiczne, były miasta portowe. Nie jest to przypadek, gdyż handel egzotycznymi gatunkami rozwinął się jako część handlu kolonialnego.

Publiczne ZOO w Łodzi pojawiło się w 1938 roku, pomimo że plany zagospodarowania 260 ha terenów zielonych Polesia Konstantynowskiego pojawiły się dekady wcześniej. Projekt inż. Stefana Rogowicza, kierownika miejskiego Wydziału Plantacji, zakładał przeznaczenie 20 ha na ogród zoologiczny. Lokalizacja ZOO na obszarze popularnie zwanym Zdrowiem jest znamienna: od XX wieku publiczne ogrody zoologiczne stanowią ważny element polityki prozdrowotnej miasta. Szczególnie w silnie uprzemysłowionych ośrodkach miejskich ZOO miało spełniać funkcję dostarczenia zdrowej rekreacji. Na przełomie XIX i XX wieku, kiedy rozwój przemysłu spowodował znaczną migrację ze wsi do miast i przeludnienie tych ostatnich, obszary zieleni, takie jak parki miejskie, ogrody botaniczne i zoologiczne, miały przywrócić utracony kontakt z naturą i zapewnić zdrową formę rekreacji dla powiększającej się rzeszy mieszczan. Poza tym, wraz z rozwojem wczesno-kapitalistycznych stosunków pracy, pojawiła się nowa kategoria temporalna: czas wolny. Ten czas należało wypełnić w odpowiedni sposób, a wizyta w miejskim ZOO idealnie się do tego nadawała.

Warto zauważyć, że pierwszymi miastami, w których założono ogrody zoologiczne, były miasta portowe. Nie jest to przypadek, gdyż handel egzotycznymi gatunkami rozwinął się jako część handlu kolonialnego. Początkowo dzikie zwierzęta były tylko dodatkowym ładunkiem przy transporcie drewna, gumy, przypraw, kawy, herbaty, trzciny cukrowej i innych surowców z zamorskich terytoriów. Nieliczne okazy, które przetrwały mordęgę wielotygodniowej podróży morskiej, trafiały na publiczne wystawy. Takie wystawy podnosiły prestiż metropolii, które mogły się poszczycić nowoczesną ekspozycją fauny z odległych i podległych krain. W królewskich menażeriach, egzotyczne i rzadko spotykane zwierzęta były symbolami władzy, stanowiły demonstrację siły i wpływów możnowładców. Ta symboliczna rola kolekcji zoologicznych przetrwała do czasów nowoczesnych, kiedy ogród zoologiczny można traktować jako przedłużenie kolonialnej dominacji. Wystawienie na publiczny widok dzikich zwierząt schwytanych i ujarzmionych w podległych terytoriach to potężny symbol imperialnej władzy, a zarazem kontroli politycznej i ekonomicznej zamorskich terytoriów.

Ta tendencja jest wyraźnie zaznaczona w XIX-wiecznej architekturze ogrodów zoologicznych. Na przykład słoniarnie były często stylizowane na indyjskie świątynie, i to niezależnie od tego, czy trzymano tam słonie afrykańskie, czy azjatyckie. Pozaeuropejskie motywy były wykorzystywane dla podkreślenia egzotyki widowiska. Nadal można zaobserwować taką tendencję we współczesnych ekspozycjach odwołujących się bezpośrednio do okresu wielkich podróżników i łowców dzikich bestii w dżungli, ubranych w mundury khaki i korkowe hełmy. Nawet sama nazwa łódzkiego „Orientarium” kojarzy się z dość staroświeckim sposobem nazwania Azji Środkowo-Wschodniej i przywodzi na myśl mistyczną krainę baśni tysiąca i jednej nocy. W tym sensie ZOO stabilizuje materialną i namacalną obecność orientalizmu w samym sercu imperium, poprzez architekturę, dyskurs oraz oczywiście żywe zwierzęta w roli ambasadorów miejsc, z których genetycznie pochodzą, nawet jeśli ich łapa nigdy tam faktycznie nie postała.

Po drugiej wojnie światowej wraz z dekolonizacją coraz trudniej było pozyskać zwierzęta do zoologicznych kolekcji. Populacje dzikich zwierząt zostały znacznie spustoszone przez rabunkową gospodarkę kolonizatorów wobec środowiska i zasobów naturalnych. Za przykład skali tego zjawiska może posłużyć los afrykańskiego nosorożca czarnego, którego populacja zmalała z około miliona osobników na początku XX wieku do siedemdziesięciu tysięcy w latach 60. na skutek polowań, a następnie do dwóch tysięcy trzystu sztuk w 2001 roku (wraz ze śmiercią ostatniego przedstawiciela podgatunku zachodnioafrykańskiego w… ZOO , został on oficjalnie uznany za wymarły w 2011 roku). Wiele zdekolonizowanych państw wprowadziło obostrzenia lub zakaz wywozu dzikich zwierząt, wzrosła też ogólna świadomość ekologiczna. W latach 70-tych wprowadzono międzynarodowe prawo o zakazie handlu gatunkami zagrożonymi, był to też czas, kiedy ogrody zoologiczne po raz kolejny były zmuszone przeprowadzić reformę wizerunkową. Od tamtej pory zwiększono nacisk przede wszystkim na ochronę gatunków zagrożonych wymarciem poprzez ich rozmnażanie w niewoli. ZOO miało stać się nową arką Noego.

 

Egzotyczne hodowle i raj utracony

Przy braku możliwości pozyskania zwierząt żyjących na wolności – na czym pierwotnie opierały się dawne zwierzyńce – reprodukcyjne programy ochrony gatunków stanowią po prostu rację bytu dla ogrodów zoologicznych. To nic innego jak hodowla zwierząt. Programy te działają jako kompleksowy system, kontrolujący rozmnażanie poszczególnych osobników, tak aby zapewnić jak największą genetyczną różnorodność populacji. Wszystkie osobniki danego gatunku znajdujące się w akredytowanych jednostkach są traktowane jako jedna populacja i mogą być między tymi ogrodami wymieniane w celach rozpłodowych. Wszystkie informacje dotyczące poszczególnych okazów (ich pochodzenia, wieku, stanu zdrowia itd.) są zorganizowane w bazach danych, pozwalających określić, które osobniki można kojarzyć według stopnia ich pokrewieństwa. Stąd właśnie biorą się problemy poznańskiego ZOO, które przyjmuje zwierzęta spoza tej puli, choć w historii kolekcjonowania zwierząt cyrkowe słonie, tygrysy, lwy, niedźwiedzie czy inne egzotyczne bestie często pod koniec swojego życia trafiały do ZOO. Były to transakcje handlowe bardzo popularne jeszcze w połowie XX wieku (w 1941 roku łódzkie ZOO przyjęło zwierzęta ze spalonego cyrku Herrgota).

Programy ochrony gatunków wyznaczają też międzynarodowe standardy dotyczące opieki, żywienia, zachowania, stanu psychicznego czy innych czynników wpływających na dobrostan zwierząt w ZOO. Jednak to właśnie rozmnażanie zwierząt ex situ, czyli poza miejscem naturalnego bytowania, urosło do rangi głównego zadania dzisiejszych ogrodów zoologicznych. Wcześniej zwierzęta dość rzadko rozmnażały się w niewoli. Kluczowym problemem była raczej aklimatyzacja okazów przywiezionych z odległych krain. Obecnie ogrody stosują zaawansowane biotechnologie, sztuczne zapłodnienie, a nawet klonowanie, aby rozmnażać zwierzęta w sztucznie stworzonych warunkach. W San Diego funkcjonuje też tak zwane „zamrożone ZOO”, czyli bank materiału genetycznego gatunków zagrożonych, w celu ochrony różnorodności puli genetycznej. Podejmuje się nawet próby przywrócenia gatunków wymarłych wskutek działalności człowieka, jak australijski wilk workowaty czy – bliżej naszego regionu – tur. 

Czy konieczne jest przyglądanie się żywym zwierzętom z odległych krain, aby zrozumieć konieczność ochrony przyrody?

Powstanie ogrodów zoologicznych było sprzężone z tymi samymi procesami, które spowodowały degradację środowiska, eksploatację zasobów naturalnych i zanikanie różnorodności biologicznej. Poprzez obietnicę podróży dookoła świata od sawanny po tundrę dostępnej za jeden bilet komunikacji miejskiej, ZOO kształtuje globalną świadomość widzów tego „spektaklu natury”. Dzisiejsze ogrody zoologiczne muszą zmierzyć się z niechlubną przeszłością wystaw, na których prezentowano również ludzi, trzymania dzikich zwierząt w ciasnych klatkach i ogromnej umieralności pierwszych okazów, ale czy starania o rewitalizację wizerunku są odpowiedzią na kryzys ekologiczny? Czy konieczne jest przyglądanie się żywym zwierzętom z odległych krain, aby zrozumieć konieczność ochrony przyrody? Czy ten bezpośredni kontakt z naturą, który najczęściej teraz jest kierowany do najmłodszych, sprawia, że rzeczywiście przejmujemy się ich losem? 

Podczas obecnej pandemii stało się jasne, że ogrody zoologiczne są w znacznej mierze zależne od przychodów z biletów, więc funkcjonują jak subsydiowane przedsiębiorstwa. Niektóre ZOO zapowiadały nawet konieczność likwidacji, choć z drugiej strony wiele zwierząt cieszyło się odrobiną większej wolności przy braku zwiedzających. Być może współczesne ZOO naprawdę zaczarowuje dla nas świat przyrody, lecz robi to częściowo dla własnego przetrwania. Nasza troska o zagrożone gatunki jest odzwierciedleniem lęku utraty świata, jaki znamy, lęku naszego zniknięcia z powierzchni planety, którą przekształciliśmy tak głęboko, że w oceanach jest więcej plastiku niż planktonu. Być może ZOO jest pomnikiem naszej niemożności przezwyciężenia tego lęku.

 

****

dr Marianna Szczygielska – badaczka relacji ludzko-zwierzęcych, szczególnie w ich wymiarze środowiskowym i biopolitycznym. Absolwentka Uniwersytetu Środkowo-Europejskiego w Budapeszcie oraz Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autorka rozprawy doktorskiej o ogrodach zoologicznych. Oprócz zagadnień związanych z humanistyką środowiskową, zajmuje się także problematyką ekologii queerowej oraz feministycznych studiów nad nauką i technologią. Obecnie pracuje w Instytucie Historii Nauki im. Maxa Plancka w Berlinie. 

 ****

 Ilustracje: GRA-FIKA