Miodowe refleksy po drugiej stronie okna spływają mi po policzku jak pot z musztardy. Może to dobry moment, żeby zacząć pisać? “Unikać dotykania oczu, ust i nosa!” - ostrzega Ministerstwo Zdrowia - będzie trudno. Wiercenie się, jak świat światem, to przecież nieodłączna część procesu kreacji. Tylko nie oko! Nie drap się! Półgębkiem, drogą czarującej, prospołecznej propagandy, do zaryglowanych jestestw wkrada się dyskretne poczucie zewnętrznej inwigilacji. Obgryzanie - proszę bardzo, ale dotykanie ust palcami... Ma pani prawo zachować milczenie! Co jeszcze zrobi z nami widmo nadciągającej zarazy? 

 

W pobliskiej kawiarni co druga osoba pokasłuje. Wyczuwamy się na odległość lepiej niż psy gończe. Pod skromnymi uśmiechami świadków symptomów bliźniego ukrywają się nieufne, porozumiewawcze spojrzenia. Niby nie ma w nas agresji, ale jak jeszcze raz kaszlniesz…! Od kiedy całe Włochy ogłoszono czerwoną strefą, nie ma pobłażania dla nonszalanckiej ignorancji informacyjnej - kontestatorskich całusów na powitanie i rebelianckich spacerów w odległości mniejszej niż dwa i pół metra od siebie. Wszyscy mamy siedzieć w domu i nie dotykać twarzy. Po ulicach jeździ policjai przez megafony przypomina o tej silnej, acz uprzejmej sugestii władz. Jeden z nagłówków znanego pisma doniósł właśnie, że od teraz, każde wyjście z domu wymagać będzie pisemnej autoryzacji. W komentarzach do tekstu rozwijają się żartobliwe negocjacje na temat pozwoleń na wyjście ze śmieciami. Konkluzja - lepiej zdążyć przed jutrem! Coraz surowsze postanowienia rządu zwykły bowiem przeciekać do mediów wieczorem i wchodzić w życie następnego dnia rano.  

 

Nad Włochami wciśnięto wielką, pękatą pauzę. Wizja zamrożenia aktywności populacji 60 milionowego kraju mocno pobudza wyobraźnię, choć świat widział większe problemy niż konieczność siedzenia w domu. Pokolenie Z nie pamięta czasów, kiedy trzeba było wstać z kanapy, żeby włączyć telewizor. Wiedzą za to, że już nie trzeba, żeby wyłączyć całe państwo. Zanim konsekwencje wirusa wyraźnie zaistniały w realu, dramat rozgrywał się w każdym urządzeniu mobilnym z dostępem do internetu. Pandemia, epidemia? Mało groźne, śmiertelnie groźne? Starzy, młodzi, dzieci? “Niski poziom baterii”. Szkoły otwarte, zamknięte? Szpitale pełne, puste? Iran, Włochy, Francja, USA? Jest, nie ma, jest, nie ma? Dotyczy, nie dotyczy? "Wyłączanie". Pokój, łazienka, kuchnia.

 

tęcza i zarys Włoch na prześcieradle, wiszące na balkonie

  

Pierwszą zbiorową reakcją na wirtualną niepewność była potrzeba pójścia na zakupy. To wtedy powstały, wzbudzające panikę na skalę Europy, zdjęcia opustoszałych sklepowych półek. Gremialne pielgrzymki do marketów skręciły następnie do aptek po płyny do dezynfekcji i maseczki ochronne. Oba szturmy trwały tylko kilka dni. Przed ostateczną narodową hibernacją nastąpiło jeszcze kilka istotnych zwrotów akcji. Ogłoszenie w telewizji, przez kilku znanych i szanowanych lekarzy, że wirus jest tylko odmianą grypy, znacznie rozluźniło skumulowane w narodzie napięcie. Włochów zresztą trudno winić za ich pogodę ducha. Jeśli mają wybierać między perspektywą pokrzepiającą, a dołującą, zawsze wybiorą tę pierwszą. Jeśli mają pracować/spotkać się ze znajomymi albo zostać w domu, to też zawsze wybiorą to pierwsze. 

 

Druga odsłona komunalnej kwarantanny nabrała zatem pełnych wdzięku kształtów wspólnotowości (nb. słowo “kwarantanna” pochodzi od włoskiego “quaranta giorni” i powstało w Wenecji w XVI w. podczas epidemii dżumy). Restauratorzy dziarsko rozdawali pizzę pracownikom szpitali, a z ust optymistów zakneblowanych maseczkami typu FFP3, rozbrzmiało gromkie “Forza Italia!”. Co więcej, ceny artykułów pierwszej epidemiologicznej potrzeby nie były już zawyżone dziesięciokrotnie, tak jak na początku zakupowego szaleństwa. W internecie pojawiło się sporządzone przez miasto wideo pod hasłem “Milano non si ferma” (“Mediolan się nie zatrzyma”). W założeniu powstałe ku pokrzepieniu gospodarki Lombardii, psim swędem zagrzało do walki mieszkańców regionu, przywracając im uprzednio nadwątloną wiarę w możliwość powrotu do normalności, i, w konsekwencji, dając ciche przyzwolenie na wznowienie standardowej codziennej aktywności. Jednocześnie, rząd kraju systematycznie ciął ofertę komercyjną i kulturalną - okupione (wirtualnymi) protestami odwołanie imprez masowych (w tym największe na świecie targi wnętrzarskie Salone del Mobile), wernisaży, zamknięcie szkół, uczelni, galerii sztuki, kin, biur, lokali, atrakcji turystycznych, i wszelkich punktów, w których gromadzą się ludzie, później siłowni, barów i sklepów; Z każdym obostrzeniem, czas płynął wolniej. Ale ulice i parki wciąż były pełne! Dopiero gdy liczba zakażeń i zgonów wzrosła drastycznie z dnia na dzień, a szpitalne OIOMy zaczęły zbliżać się do punktu niewydolności (wokół którego oscylują cały czas), wigor w narodzie nagle okrzepł. 

 

flaga Włoch na płocie

 

Archetyp opustoszałego miasta krąży w podświadomości zbiorowej północnych Włoch od dziesięcioleci. W latach '60 ubiegłego wieku, pochodząca z Lombardii piosenkarka Mina śpiewała o wyludnionych ulicach (Mina - Citta' vuota) i niebie w pokoju zamiast sufitu (Mina - Il cielo in una stanza), rzecz jasna w kontekście miłosnym. Spójrzmy na sytuację optymistycznie. Żeby załatwić sobie miejsce siedzące w autobusie lub na ławce w parku wystarczy kaszlnąć. To nigdy nie było tak proste. Z drugiej strony, nie ma o co walczyć, bo świat zewnętrzny świeci pustką. Nic się nie dzieje, jak w polskim filmie. Pół-wegetacja stała się jedyną znaną człowiekowi kondycją. Zaraza pcha nas do jaskiń jak nietoperze. Wydaje się, że wirus nie tylko od nich pochodzi, ale też w nie przeobraża. Pomiędzy jedną, drugą i trzecią kawą, za oknem, pośród głuchej ciszy, skomlą syreny karetek. Moje biurko sukcesywnie zapełnia się krajobrazem z okruszków. Widziane pod różnym kątem, rzucają na ścianę fascynujące wariacje cieni. Każdy szczegół urasta do rangi wydarzenia, cztery ściany odbijają wszelkie kompulsje w kilkukrotnym powiększeniu.

 zamknięty park

 

Trudno powiedzieć, czy bardziej nas to wszystko łączy, czy dzieli - na nadwrażliwych, którzy uświadamiają innych, nie szczędząc sobie prawa do obrażania ich, i ignorantów, którzy wszystko mają za nic i obrażają tych pierwszych; na pracujących zdalnie i tych, którzy codziennie narażają życie podróżując do biur; na tych, którzy uwierzyli, choć nie widzieli, i tych, którzy wciąż nie; na na bohaterskich lekarzy/lekarki, pielęgniarzy/pielęgniarki, wirusologów i mało znaczących wszystkich innych. Wreszcie, na zdrowych i chorych, przy czym do drugiej grupy należy każdy, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kogo krewny zachorował. Wzmocnił się jeszcze jeden, i tak już silny podział. Kiedy czerwoną strefą objęta została Lombardia, pracujący tu ludzie z południa, odpowiednik polskich słoików, tłumnie i w pośpiechu ruszyli do ostatnich wieczornych pociągów, żeby wrócić do rodzin (nierzadko wielopokoleniowych, a więc, m.in. do dziadków, według statystyk, najbardziej narażonych na śmiertelne skutki infekcji). Próba zduszenia epidemii w metropolitalnym zarodku spełzła na niczym, bo potencjalni zarażeni najpierw zgromadzili się na dworcach, potem chuchali na siebie w pociągach, a na końcu rozproszyli się po całych południowych Włoszech, które w innym wypadku mogłoby pozostać stosunkowo wolne od zagrożenia epidemiologicznego. Dzielni, uciemiężeni, uwięzieni na północy kraju, nie zapomnieli potem wyśmiać nocnych uciekinierów, a właściwie robią to nadal. Następnego ranka, czerwona strefa objęła już cały kraj. W międzyczasie, pojawiła się jeszcze jedna przeszkoda logistyczna. Włosi, którzy nie muszą iść do pracy, jadą na wakacje. To rodzaj dziedzictwa genetycznego, swoisty automatyzm, z którym trudno dyskutować. Czerwone strzałki na mapie z Włoch do każdego zakątka świata nie wzięły się znikąd. Nie trzeba dodawać, że cały świat równie obsesyjnie przyjeżdża do nich. 

 zamknięty park

 

Gęsta atmosfera krąży nad miastem jak chrząszcz wokół lampy. Przeszkadza, ale strach do bydlaka podejść i nie wiadomo jak, żeby nie zauważył. Tymczasem blednie nam pozimowa skóra i wiotczeją mięśnie od chronicznego siedzenia w domu. Bawimy się świetnie, choć z przymusu. Ile filmów trzeba obejrzeć i książek przeczytać, żeby z uśmiechem na ustach zauważyć, że siedzi się w więzieniu? Nuda. W wirze wirtualnych trosk, prawie o niej zapomniałam. Z bezczynności, braku wrażeń, izolacji, nuda szczerzy kły jak psychiczna śmierć głodowa. Powolna i dobitna, nie pozostawia wątpliwości, że obudzi nas co rano, by o sobie przypomnieć. Zaczynam fantazjować o tym, jak, powoli, ale odważnie, wyglądamy z okien, uchylają się drzwi wejściowe domostw, jak nieśmiało stawiamy stopy na nieznanym, skażonym lądzie, jakbyśmy byli tu po raz pierwszy. Zaczynam marzyć o tym, że jest już po wszystkim. Póki co, atmosfera przypomina jednak bardziej tę z pilchowskiego końca świata: “Łudziłem się długo – aż zrozumiałem: poza mną nikt się nie łudzi. Poza mną nikt nie ma złudzeń, bo nikogo nie ma". Stres - najlepsza z niewidzialnych broni biologicznych, od lat stosowana przez korporacje, media i szkoły podstawowe. Tak zastraszyć i zamęczyć, żeby odechciało się chcieć potrafią jednak tylko internetowe newsy. 

 

puste skrzyżowanie

 

W futurystycznym jądrze ciemności pośrodku Europy praktykuje się teraz nowy styl komunikacji - z daleka. Dziennikarzy i ich rozmówców, podczas telewizyjnych wywiadów, nie widzimy już po dwóch stronach obrazu. Jedno z nich zawsze pozostaje poza. Kamerzysta szamocze się na ślepo między jedną a drugą stroną kadru by uchwycić obie, stojące od siebie w znacznej odległości postaci, jak podczas satyrycznych przedstawień meczu ping-ponga. Na razie żaden obiektyw nie obejmuje nowych szerokości interakcji. Włochom wcale nie do twarzy z takim komunikacyjnym chłodem. Rozrywkowe programy telewizyjne tworzone są bez widowni. Dziennikarze rozmawiają z lekarzami w maskach, a i tak pocą się ze strachu jak myszy. Kelnerki noszą czarne, gumowe rękawiczki, a aptekarze karnie nie zbliżają oczu, ust i nosa do dziury w szybie. 

 

Jeszcze tydzień temu, w niedzielne popołudnie, wszystko było zwyczajne. Zaprzeczenie to chyba ostatnia instancja psychiczna, która trzymała pion tej orkiestry. Dziś, wyludniony park pachnie już post-apokalipsą z domieszką wczesnej wiosny. Grupa jest nadszarpnięta - nieliczna młodzież z Ameryki Południowej zbiera się wokół źródeł głośnej muzyki. Nie rozmawiają. Z innymi spacerowiczami z bezpiecznego dystansu wyszukujemy u drugiego symptomów, choć kurtuazyjnie udajemy, że nie. Zbiorowa psychoza nie zwalnia z kultury. Na razie porozumiewawcze uśmiechy z daleka wystarczą. Jeszcze będzie normalnie. 


___________________________________   

Dobrosława Nowak - absolwentka Fotografii na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu (2013). Magister psychologii na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu (2015 ). W 2018 roku wolna słuchaczka kursu „Najnowsze trendy w sztukach wizualnych” w Akademii Sztuk Pięknych Brera w Mediolanie. Pisze o sztuce po polsku, angielsku, francusku i włosku. Artystka, kuratorka i badaczka. Urodzona w Poznaniu, mieszka i pracuje w Mediolanie.