Łódź, lipiec-sierpień 2021

 

 

Szanowna Pani Prezydent,

 

miałam sen.

 

Kiedyś przyśniło mi się, że chciała mi Pani wręczyć jakąś wielką uznaniową nagrodę, a ja się bardzo uniosłam i odmówiłam jej przyjęcia. Wysłałam do wszystkich mediów oświadczenie z wytłumaczeniem, że robię tak, ponieważ prowadzona przez Panią w ostatnich latach polityka jest tak szkodliwa dla mnie i tego miasta, że nie mogę z czystym sumieniem przyjmować honorów z Pani rąk i wyjeżdżam, opuszczam Łódź, bo to wszystko, co się tu dzieje jest już nie do zniesienia. Obudziłam się potem z myślą, że cóż za pretensjonalne sny miewam i zapomniałam na jakiś czas o tym nocnym nawiedzeniu.

 

Mijały lata. Za moim oknem wycięto dwa stare, dorodne klony, kilkadziesiąt mniejszych drzew i krzewów oraz majaczący w oddali szpaler topoli, żeby na "wu-zetce" zbudować dwa apartamentowce. Apartamentowiec to – jak się ostatnio przekonałam naocznie – taki nowy rodzaj dużych i niezbyt funkcjonalnych bloków wypluwanych przez branżę deweloperską, otoczonych betonowymi płytami, wysychającym sukcesywnie trawnikiem z rolki i tak zwanymi „nasadzeniami zastępczymi”, czyli nielicznymi drzewkami o grubości moich trzech palców, które niestety również sukcesywnie usychają. Budownictwo, wiadomo, koło napędowe gospodarki, jak to Pani powiada. Ciągły ruch branży, który wypełnia nasze miasto wszędobylskimi skrawkami styropianu i całunami folii żałośnie łopoczącymi na wietrze. I betonem.

Może można by się dzięki temu nauczyć ukraińskiego, gdyby nie to, że rozmowy i podśpiewywane melodie robotników przeważnie zagłuszane są przez osiągnięcia techniki maszynowej. U nas na dzielni zaczynają nawet o godzinie 6:32.

Rzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzrzr

Drdrrrrdrdrdrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Łubudum!

Niesie się echem

Symfonia uporczywego miasta.

 

Czasami, kiedy gapię się na robotników z okna czuję się jak nadzorca pracy, ale szybko przechodzę w tryb inspektorki BHP, bo rzadko pracują dobrze zabezpieczeni i ze zgrozą obserwuję cięcie mechanicznym ostrzem płyt chodnikowych przytrzymywanych stopą. No i napatrzyłam się, jak marzną i pieką się w tych blaszanych kontenerach, w których mieszkają przez kilka lat budowy. Jak robią pranie i dzwonią do dawno niewidzianych rodzin.

O godzinie 17 bywam już zwykle zdesperowana, znerwicowana i bliska szaleństwa. A jeszcze jakiś remontujący samozdatnie samozwaniec po godzinach swojej pracy zaczyna szaleć ze szlifierką lub wymianą instalacji i niesie się do późnego wieczora, nawet w niedzielę.

No i beton. Beton potrafią wylewać nawet o północy. Wiadomo, beton przecież nie poczeka.

 

My literatki (osoby piszące, nie mylić – przynajmniej zazwyczaj – z małymi naczynkami do wódki) bywamy nadzwyczajnie wrażliwe, taki profil zawodowy, rozumie Pani. Zresztą, cała ta twórczość, kreatywność, rozumie Pani, ta co tak dobrze wygląda w mediach i raportach sprawozdań (no i na Instagramie) oparta jest na czuciu, myśleniu i przetwarzaniu rzeczywistości na różne formy sztuki. A ja na przykład tak mam od dzieciństwa, że mam nadwrażliwość na głośne dźwięki, światło i zapachy, nadwrażliwość skórną i emocjonalną niestety też, płakałam przy czytaniu podręczników historycznych i takie tam. To jest ponoć neuronalne, ponoć kiedyś takie osobniki przydatne były w pierwotnych hordach plemiennych do rozpoznawania terenu i wyczuwania drapieżników z oddali. Ale dzisiaj nie żyję na sawannie, tylko na betonie. Rozumie Pani, nie mogę wziąć kredytu i zmienić pracy, bo ja się po prostu do niczego innego w życiu nie nadaję, tylko do tego czucia, obserwowania i opisywania. Ale Pani to przecież docenia, prawda?

 

Bolało mnie bardzo to wycinanie i budowanie, bo pisząc „Aleję Włókniarek” za oknem pokoju miałam jeszcze przyjemny zieleniec, klony i akacje, synogarlice i wróble. Okna są bardzo ważne dla literatek. Własne pokoje i okna. I każda pisarka oczywiście marzy, żeby za oknem przez kilka lat mieć plac budowy (taki żarcik). Wszystkim w naszym mieszkaniu, kotom i ludziom, oczy zaropiały od pyłu, gardła obeschły od kaszlu, kilka lat spędziliśmy w nerwicy dźwiękowej zaopatrując się w filtry, zatyczki, słuchawki i nadzieję, że kiedyś to się przecież musi skończyć. I że ten olbrzymi żuraw kilkanaście metrów od mojego łóżka nie runie pewnego dnia na nasz gomułkowski budyneczek.

 

Ale kiedy poszłam na spotkanie o naszym podwórku, które miało być remontowane z Budżetu Obywatelskiego, byli tam wbici w granatowe garniturki, półuśmiechający się profesjonalnie ludzie od innego dewelopera, który wykupił kolejną sąsiednią działkę, i który poznał projekt na to podwórko zanim pokazano go mieszkańcom i mieszkankom naszego bloku („Co zamierzacie państwo zrobić z zielenią zastaną” – zapytałam architekta, autora projektu – „Jaką zielenią zastaną?” - odpowiedział głęboko zdziwiony). I w ten właśnie sposób dowiedzieliśmy się, że niedługo za oknem kuchni też będzie plac budowy.

 

Do mojego zestawu wyposażenia pisarskiego – klawiatura, myszka, orteza na nadgarstek, profilowany fotel – musiałam dodać ostatnio profesjonalne nauszniki wytłumiające dla pracowników hałaśliwych stanowisk przemysłowych i budowlanych. Żadne zatyczki do uszu nie dawały już rady, kiedy nieopodal szumi jedno z najgłośniejszych skrzyżowań ulicznych Polski, za oknem pokoju trwa wykończanie deweloperskich snów i koszenie trawy spalinowymi kosami, a za oknem kuchni rozpoczęło się wyburzanie starej fabryki.

Kiedy po raz pierwszy założyłam te antysłuchawki poczułam głęboki smutek. Oto ostateczna porażka moich prób integracji ze światem, o którą walczyłam tak zawzięcie. Odcinam się. Nie słyszę plusku wody spuszczanej u sąsiadów, kocura ostrzącego pazury o dywan, tupania dzieciaków, śpiewu ptaków, wysokich głosów sąsiadek uprawiających partyzantkę ogrodniczą, poszumów i szeptów, których pełne byłoby podwórko gdyby tej przestrzeni nie wypełniały wibracje młotów pneumatycznych. Nagle tylko ja i moje mamranie do siebie, tylko ja i moje szumy uszne, tylko ja i bicie mojego serca. Jednak kilka momentów później poczułam się – po raz pierwszy od bardzo dawna – bezpieczna. Utulona w ciszy.

 

Może Magistrat powinien zrobić taką akcję: nauszniki wygłuszające dla każdego mieszkańca i mieszkanki Łodzi? Można zapakować w niewielkie zgrabne pudełko z logo Miasta i hasłem reklamowym "Cisza instant!".

 

Jesienią 2019 roku, leżąc w szpitalu na silnych lekach przeciwbólowych, znów o Pani śniłam. Tym razem wszystko działo się w spowitej w mroku wielkiej sali, w której zgromadzili się rozmaici łódzcy społecznicy i społeczniczki – ci już raczej dzisiaj emerytowani i nieraz na psychotropach – i bez zbędnych ceregieli pili wódkę dużymi kieliszkami wznosząc rozwlekłe toasty. Kiedy przyszła moja kolej wzniosłam toast za Panią (zdrówko!) jednocześnie nadmieniając, że przykro mi, że spędzam Pani sen z powiek (nie mam pojęcia z jakiego powodu). W tym właśnie momencie z ławki obok podniosła się leżąca tam dotąd w zaciemnieniu postać i to była Pani! I z tym swoim łagodnym, profesjonalnym półuśmiechem dała Pani znać, że mi wybacza.

Czy sypia Pani dobrze? Mam nadzieję, że tak. Mama dzwoniła jakiś czas temu i mówiła, że w telewizji wyglądała Pani na zmęczoną. Z całego serca życzę Pani dużo sił, żeby stawiać czoła wyzwaniom, jakie codziennie niesie zarządzanie półmilionowym miastem (wiem, wiem, jeszcze mamy trochę więcej ludności, ale pogódźmy się wreszcie z nieuchronnym).

 

Piszę o tym wszystkim, bo ostatnio – w pandemicznym zawieszeniu biegu spraw – przeglądałam swoje stare notatki i zorientowałam się, że mam do Pani sporo niewysłanych listów. I muszę Pani wyznać – bo już znam tę prawidłowość z doświadczenia – że jeżeli pojawia się Pani w moich snach i bezwiednie piszę do Pani długie i rzewne listy, to znaczy, że jest Pani w moim życiu Kimś Bardzo Ważnym. Moje życie to jest trochę powieść oniryczno-epistolarna. Policzyłam sobie i wyszło mi, że nasza relacja trwa już jedenaście lat, a czuję, że wciąż tak mało o sobie wiemy…  Jakby nie było, współtworzy Pani w sposób znaczący całe moje środowisko życia. Robi Pani nawet rozmaite programy dla takich jak ja, „kreatywnych”, a nawet przyznaje Pani stypendia. Udało mi się takie dostać, dziękuję bardzo, to było niezwykle miłe (z wyjątkiem tego momentu, kiedy zawiesiliście ich wypłatę i bez klarownej komunikacji trzymaliście nas w niepewności przez kilka miesięcy).

 

Po tych wszystkich budowlanych rewolucjach dzisiaj za oknem pokoju mam plac zabaw. Każda pisarka oczywiście marzy, żeby za oknem mieć plac zabaw (taki żarcik), więc na początku trochę się spięłam, ale kiedy na niego patrzę nabieram otuchy, bo nie ma wątpliwości, że nikt nie będzie z niego korzystać. Na cały wielki, dwunastopiętrowy moloch jest jeden plac(yk) zabaw. Ma kilkanaście metrów kwadratowych, jedną huśtawkę wagową typu „konik”, jedną eliptyczną drabinkę sznurkową, jeden maleńki, karuzelowato-ruchomy podest, trzy ławki bez oparcia, kosz na śmieci i regulamin korzystania z placu zabaw.

 

Kiedy wyrosły te nowe budynki zmieniło się życie nie tylko moje i okolicznego ptactwa, nawet wiatr musiał zmienić swoje ścieżki. W miesiącach zimowych hula nam między budynkami ze smętnym słowiańskim zawodzeniem. Kiedy latem deweloperska trawa nieco podrosła, pięknie falowała na wietrze ukazując schematy nowych wirów powietrznych, za które przy każdej kolejnej nawałnicy słono płacą zachowane jeszcze okoliczne drzewa (w poprzednim roku straciliśmy już mirabelkę i pół starej akacji). Ale ścięli trawę, tną ją regularnie jakby nie zauważając, że z zielonego dywanika z wizualizacji zamienia się w mały step łódzki, ratowany okresowo sztucznym nawadnianiem.

A miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy nam...

Jak śpiewa zespół z moich lat licealnych

I ociekać szczęściem.

 

Na tych wizualizacjach była jeszcze furtka wychodząca na naszą stronę, którą oprotestowały moje sąsiadki i byli – jak zawsze – świetliści ludzie. Z pewnością nie było pana Andrzeja, który z pełną pogody życiową rezygnacją spędza dnie na ławce z puszką piwa i który do wszystkich młodych kobiet, również tych za deweloperskim płotem, mówi per „Aniołku”. To tyle z integracji społecznej na dzielni.

 

Ach, miałam kiedyś za oknem rytmicznie pulsujące cykanie owadów. Popołudnie ze świerszczami, pasikoniki grające wieczorami... Nie należy mylić tych dwóch gatunków, to zupełnie inne dźwięki. Świerszcze polne zakopują się w ziemi, ich skrzydełka nie pozwalają im migrować na duże odległości i na Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce wpisano gatunek w kategorię NT – bliski zagrożenia wygniciem.

W tym roku za moim oknem słychać było jednego, jedynego świerszcza.

Czy Pani sobie wyobraża, jak to jest być samotnym świerszczem?

 

 

Kończę już te moje rozwlekle wywody. Chciałam tylko Pani opowiedzieć, jak życie w tym mieście stało się dla mnie koszmarem.

 

Jeszcze raz życzę zdrówka i pogody ducha.

 

Uściski

MM

 

****

Marta Madejska - z wykształcenia kulturoznawczyni, z zawodu kwerendzistka i asystentka muzealna, z pasji pisarka. Autorka książki reportażowej "Aleja Włókniarek" [Wydawnictwo Czarne, 2018]. Od 2010 roku związana ze Stowarzyszeniem Topografie, w którym zajmuje się głównie archiwistyką społeczną i projektami dotyczącymi historii mówionej.

****

 Ilustracje: GRA-FIKA