„Łódź. Miasto po przejściach” zbiera w jednej okładce reportaże o Łodzi pisane przez dwóch autorów – Wojciecha Góreckiego i Bartosza Józefiaka, odpowiednio w „czasach przełomu” na początku lat dziewięćdziesiątych i w ostatnich latach. Czekałem na tę książkę niecierpliwie, bo seria reporterska Czarnego często przynosi rzeczy ważne.  Niestety, to mocna kandydatka do tytułu „rozczarowanie roku”. „Eksperyment wykonany, lecz niestety nieudany” – tak w skrócie można podsumować tę pozycję. 


Na początku zastrzeżenie: będę pisał o szczegółach, bo w stosunku do tej książki każde uogólnienie będzie niesprawiedliwe. A to z tej przyczyny, że ta książka nie jest całością – ale zlepkiem, który się rozłazi.

Na poziomie konceptu – skonfrontowanie tekstów o Łodzi z wczesnych lat dziewięćdziesiątych ze współczesnością – brzmi bardzo obiecująco. Niestety, na przykładzie „Łodzi” widać, że nie jest to pomysł, który da się zrealizować szybko i tanio, to znaczy kompilując gotowe zestawy tekstów dwóch autorów i dodając tylko trochę nowego kontentu. Tak podane, teksty nie nawiązują ze sobą dialogu. Odmienny styl pisania dwóch autorów i zwyczaj podawania daty publikacji dopiero na końcu poszczególnych tekstów utrudniają czytanie. 

Artykuły Góreckiego z wczesnych lat dziewięćdziesiątych dotrwały do naszych czasów w różnym stanie. Kilka z nich nadal czyta się świetnie – albo po prostu jako historie (fantastyczna opowieść o próbie wystawienia musicalu w Teatrze Muzycznym przez młodego Michała Wiśniewskiego udającego doświadczonego zachodniego reżysera), albo jako dokumenty poziomu świadomości miasta 30 lat temu (wywiad z Anną Fornalczyk mógłby posłużyć do przygotowania „Łódzkiego Słownika Komunałów Lat 90.”). Wydaje się, że Górecki jest cokolwiek bezkrytyczny względem swoich juweniliów. Niektóre z nich po prostu nie pasują i warto by je wyciąć (np. „Gaz Story” o wybuchu gazu jeszcze w roku 1987). Niektóre lepiej by się czytało po połączeniu w jeden, spójny tekst o tej samej sprawie, zamiast po prostu przedrukowywać jak leci to, co poszło w „Życiu Warszawy” w 1993 roku. 

Przede wszystkim jednak, wiele z archiwalnych tekstów Góreckiego miałoby większą wartość, gdyby napisać, co było dalej. Opowieści, że wojewoda z SdRP Andrzej Pęczak (1994-97) był nieprzyjemny dla dziennikarzy, a za kontakty z mediami odpowiadali u niego goście z UB i „Trybuny Ludu”, zaciekawią może koneserów kuriozów z czasów transformacji. Przypominanie tego w roku 2020 miałoby sens, gdyby opisać dalszy ciąg tej historii, przez wielki upadek SLD i samego wojewody na początku lat dwutysięcznych i sprawdzenie, co z ducha Pęczaka w tej formacji w Łodzi zostało. Bo przecież obecnie, po zhołdowaniu przez Zdanowską, SLD Łodzią współrządzi. Inną historią, która prosi się o porządne zbadanie dalszego ciągu, jest wzlot i upadek Janusza Baranowskiego, prezesa „Westy”. Zatrzymanie na wniosek prokuratury, na którym urywa swoją relację Górecki, ani nawet skazanie, bynajmniej jej nie skończyło. Google mówi, że Baranowski nadal działa… i jest rektorem jednej z prywatnych łódzkich uczelni.

___________________________________   

 

  Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak, „Łódź. Miasto po przejściach”, Wydawnictwo Czarne.

 

___________________________________  

 

Fragmenty pisane przez Józefiaka datowane są od roku 2017 do bieżącego. Pomiędzy „starymi” a „nowymi” fragmentami książki zieje więc dwudziestoletnia czarna dziura, która wessała między innymi całe panowanie Jerzego Kropiwnickiego. Książka zostawia nas z wrażeniem, że trzydzieści lat temu wszystko padło i ludzie kradli ser tylżycki w Centralu, a teraz jest Zdanowska, która jeździ sprawdzać, jak się posuwa realizacja jej wizualizacji w terenie.  Mało w tej książce rozumienia i opisywania procesów, które widać w dłuższej perspektywie czasowej. Pozytywnym wyjątkiem jest tekst o rewitalizacji ulicy Włókienniczej (gdzie „rezultatem projektu” okazało się rozbicie zamieszkałej tam społeczności).

No dobra, jest jeszcze reportaż o dniu Hanny Zdanowskiej. Przemiksowany z historią zdobycia władzy i kolejnych kadencji. Przedziwny tekst. Pełen tropów, za którymi będąc reporterem po prostu trzeba pójść. Ale Józefiak nie idzie. Nie sprawdza faktów, drugiej stronie poszczególnych sporów przydziela głos bardzo oszczędnie albo wcale. Nie ciągnie wątku pani prezydent, która wychwala Margaret Thatcher i „nie pozwoli”, żeby w odnowionych mieszkaniach były lokale socjalne „bo powyrywają krany”. Nie sprawdza uzasadnienia budowy tunelu na trasie W-Z „żebyśmy nie stracili dofinansowania z Unii” – tymczasem kształt tej inwestycji był rozstrzygany już przez aktualne władze, nie był to żaden niewygodny spadek. Nie weryfikuje, czy pani prezydent rzeczywiście mogłaby opiniować „każde wycięte w mieście drzewo”, jak deklaruje – gdyby tak było, spędzałaby na tym pokaźną część swojego czasu pracy, bowiem w latach 2010-2017 zezwolenia na wycinki dotyczyły prawie 77 tys. drzew, w tym 11 tys. w ramach miejskich inwestycji. Gdyby docisnąć zaznaczone już w tekście sprawy, musiałby powstać tekst o tym, jak sztandarowe projekty prezydentury Hanny Zdanowskiej – rewitalizacja, ikoniczne inwestycje, partycypacja, troska o zieleń – okazują się po kolei wydmuszkami albo karykaturami samych siebie. Józefiak niestety został na poziomie streszczania wątków wielokrotnie już po gazetach eksploatowanych. W efekcie powstał zbiór anegdot, który przyjaznej czytelniczce wydaje się cudownie ironiczny, mnie – trywialny.

„Łódź” jest książką dla nikogo. Nadmiernie rozbudowana, a jednocześnie uboga w przypisy „stara” część będzie trudna do przejścia dla osób, które o Łodzi wiedzą niewiele i chciałyby się wprowadzić w temat. Nie pożywią się „Łodzią” osoby, które oczekują materiału wchodzącego głębiej w miejskie bebechy, jak w „Poznaniu” czy „Białymstoku” Marcina Kąckiego, albo też sequela genialnej „Alei Włókniarek” Marty Madejskiej, rozpracowującego, co się zdarzyło później. Choć podana w sposób, który sugeruje spójną narrację (i takie też jest mniemanie autorów o swoim dziele, jak usłyszeliśmy podczas premiery książki w Niebostanie), „Łódź” jest zestawem pocztówek, często banalnych, jak to pocztówki bywają.

Redaktorów z „Czarnego” informuję więc: nadal nie macie w katalogu książki tłumaczącej, o co chodzi z tą Łodzią, przyślijcie tu kogoś lepszego. Może być Kącki. Chociaż, jak czasem słucham obecnych władz naszego miasta, to myślę sobie, że przydałby się taki Thomas Bernhard.

 

___________________________________   

 

Wojciech Makowski (ur. 1980) – jest byłym łódzkim aktywistą i byłym poznańskim oficerem rowerowym, obecnie w rezerwie.

 

___________________________________  

  

Zdjęcia Aleksandra Wysokińska