Kuba Wandachowicz: Ktokolwiek nie wygra zbliżających się wyborów, życzę temu Miastu, aby nowi włodarze nie zapomnieli, jak ważny jest jego artystyczny, kulturotwórczy potencjał.

Mieszkam w Łodzi od ponad 42 lat, z czego mniej więcej połowę tego czasu próbowałem – z mniejszym lub większym powodzeniem – wpływać na kulturalne oblicze mojego miasta. Nie był to wpływ szczególnie doniosły, jednak sama ilość płyt, tekstów, filmów i imprez, które w ten czy inny sposób firmowałem, zdaje się usprawiedliwiać tę odrobinę nieskromną autoprezentację. Swego czasu moje wysiłki docenił nawet Wydział Kultury Urzędu Miasta Łodzi, który kilka lat temu powierzył mi rolę eksperta komisji opiniującej projekty zgłaszane do konkursów organizowanych przez tę instytucję. Wpływu na wyniki prac komisyjnego gremium nie miałem (miażdżącą większość nadal posiadali miejscy urzędnicy), jednak moja próżność została oficjalnie, urzędowo dopieszczona.

 

Oczywiście oprócz tego jednorazowego, bardzo nobilitującego epizodu znacznie częściej odwiedzałem Urząd Miasta w charakterze interesanta. Na kilkanaście wniosków o dofinansowanie, udało mi się przeforsować kilka, co i tak uważam za spory sukces. Dzięki pomocy Wydziału Kultury, Wydziału Promocji oraz Łódzkiego Centrum Wydarzeń zorganizowanych zostało wiele wartościowych projektów: wykłady, koncerty i projekcje filmowe pod szyldem Kosmopolitanii (wymyślonej i prowadzonej przez Marcina Pryta), konkurs piosenek do tekstów Juliana Tuwima (zorganizowany wspólnie z Radiem Łódź), seria koncertów Jam z Gwiazdą, podczas których amatorzy mogli wystąpić na jednej scenie z uznanymi gwiazdami, oraz trzy edycje Festiwalu Kultury Niezależnej Domoffon – imprezy, która rozsławiła nasze miasto w kręgach odbiorców muzyki niezależnej i stała się okazją do skonfrontowania reprezentantów rodzimego undergroundu z uznanymi artystami ze świata.

 

Każdy pomysł, każda impreza, każdy wniosek składany przeze mnie na ręce urzędników, wypływał z autentycznej potrzeby reanimowania łódzkiego życia kulturalnego, którego powolną agonię obserwowałem przez dobrych kilkanaście lat. Zawsze uważałem, że łodzianie, będąc spadkobiercami wspaniałych artystycznych tradycji, powinni zdać sobie sprawę z tego, jakie obowiązki na nich spoczywają – zarówno te związane z należytą ekspozycją dokonań przeszłych pokoleń, jak i działań skupionych na odważnym budowaniu współczesnego oblicza miasta, czynienia z niego miejsca sprzyjającego rozwojowi sztuki we wszelkich przejawach – tak, aby Łódź znów mogła się stać wylęgarnią talentów zdolnych podbijać świat.

 

Miejscy decydenci jeszcze jakiś czas temu zdawali się rozumieć tę prostą mądrość. Wymyślono hasło „Łódź kreuje” i powtarzano je głośno przy każdej okazji. Slogan ten zyskał nawet formę atrakcyjnego logotypu, w którym wykorzystano czcionkę zaprojektowaną przez Władysława Strzemińskiego, artysty, który stał się dla Łodzi tym, kim jest Gaudi dla Barcelony w prospektach biur podróży – znakiem towarowym, turystycznym gadżetem w postaci breloczka lub magnesu na lodówkę. Ta łatwość trywializowania dokonań wielkich twórców, rozmieniania ich geniuszu na tandetę gadżetów reklamowych, wydawała się jednak nieunikniona i w pewnym sensie zrozumiała. Tak dzieje się we wszystkich miastach świata i jedyne, co można w tym wypadku zrobić, to zachować zdrowy dystans i zadbać o to, żeby sklepy z pamiątkami nie przejęły funkcji muzeów i galerii sztuki.

 

Hasło „Łódź kreuje” było wezwaniem do działania skierowanym do osób reprezentujących środowiska opisywane mianem „przemysłów kreatywnych”. Przyznam, że od początku byłem zadziwiony logiką tej nowomowy. Co to jest przemysł kreatywny? Czy chodzi o kreację artystyczną, czy o kreację jako taką? I czy tam, gdzie zaczyna się przemysł, jest jeszcze miejsce na sztukę? Wydaje się, że podświadomą intencją twórców tego określenia było pragnienie, by zadziałało ono niczym zaklęcie, które w magiczny sposób pogodzi świat definiowany przez reguły wolnego rynku (gdzie wszystko musi być policzalne i nastawione na zysk) z tajemniczym i nieobliczalnym żywiołem działań artystycznych.

 

Moja przygoda z organizowaniem wydarzeń kulturalnych nabrała tempa wraz z powołaniem do życia klubu DOM. Razem z przyjaciółmi kilka lat temu postanowiliśmy stworzyć miejsce, które byłoby spełnieniem naszych artystycznych ambicji. Mniej więcej w tym samym czasie, ze strony prywatnej firmy deweloperskiej Orange Property Group, pojawił się pomysł utworzenia w Łodzi kulturalnego zagłębia, matecznika owych „przemysłów kreatywnych”. Terenem miała być zabytkowa fabryka w centrum miasta. Z zapałem przystąpiliśmy do projektu, który dziś znany jest w całej Polsce jako Off Piotrkowska. To był czas, gdy słowo „kreować” odmieniano w Łodzi przez wszystkie osoby, liczby i przypadki i wydawało się, że wiatr historii nam sprzyja. Snuliśmy ambitne plany, aż wreszcie odważyliśmy się zrealizować najodważniejszy z nich – wspomniany wcześniej festiwal Domoffon, którego pierwsza edycja odbyła się w roku 2015. Wyglądało na to, że Łódź, definiując się jako miejsce przyjazne sztuce, wróciła wreszcie na właściwe tory, a nam, łódzkim artystom, dane jest ten proces współtworzyć.

 

Jak miejscy urzędnicy rozumieją lansowany przez siebie slogan o kreatywnej Łodzi, okazało się trzy lata temu, kiedy miasto przejęło poznański festiwal filmowy Transatlantyk, organizowany przez Jana A.P. Kaczmarka, laureata Oscara za muzykę do filmu „Marzyciel”. Poznańskie edycje imprezy okazały się tak wielkim niewypałem, że tamtejsze władze zdecydowały o ograniczeniu finansowania tej imprezy. Wtedy pojawiła się oferta łódzkich urzędników, który zaproponowali kompozytorowi rekordową stawkę 4 milionów złotych na pierwszą łódzką edycję festiwalu i ponad 3 miliony na każdą kolejną (przez minimum 3 lata). Żeby było ciekawiej, impreza była nadal prawie w całości robiona rękami ludzi z Poznania (nawet na galę otwarcia w Teatrze Wielkim w Łodzi zwieziono autokarem poznańską orkiestrę), więc ogromna część miejskich pieniędzy wywędrowała właśnie do tego miasta. Łódzka odsłona festiwalu okazała się kompletną klapą i – pomimo zmian personalnych w składzie organizatorów przy okazji organizowania drugiej edycji – jej poziom nie uległ poprawie (polecam recenzję zeszłorocznej edycji, która ukazała się w „Dwutygodniku”.

 

Zainwestowanie tak kolosalnej kwoty w festiwalową fanaberię poznańskiego kompozytora odbiło się oczywiście na kwotach, jakie łódzcy urzędnicy byli w stanie zaoferować lokalnym organizatorom i promotorom. Kiedy startowaliśmy z festiwalem Domoffon, uzyskaliśmy wsparcie w kwocie 60 tysięcy złotych. Była to suma dalece niewystarczająca do zrobienia dobrej imprezy, jednak urzędnicy powiedzieli nam, że jest to dla nas swego rodzaju sprawdzian i jeśli dobrze poprowadzimy pierwszą, jednodniową edycję festiwalu, to w kolejnych latach możemy liczyć na dużo więcej. Zacisnęliśmy zęby i odnieśliśmy sukces – o Domoffonie zaczęto mówić i pisać w całej Polsce. Staliśmy się powodem do dumy urzędników z Łódzkiego Centrum Wydarzeń, więc zaczęliśmy przygotowania do drugiej, dwudniowej edycji. Traf chciał, że przypadała ona na rok 2016, czyli rok sprowadzenia do Łodzi Transatlantyku. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy po wstępnym zabukowaniu gwiazd na dwudniową imprezę, dowiedzieliśmy się, że ŁCW jest nam w stanie zaproponować dokładnie tyle samo, co rok wcześniej – 60 tysięcy złotych (minus VAT, bo pieniądze były nam wypłacane na podstawie faktury)! To było zdecydowanie za mało na zrobienie jednodniowego festiwalu, a co dopiero imprezy dwudniowej! Podobny los spotkał innych łódzkich aktywistów, więc w środowisku zaczęło wrzeć. W lokalnej prasie ukazały się artykuły piętnujące poczynania magistratu. To spowodowało, że koniec końców ŁCW zaproponowało nam podwojenie stawki (120 zamiast 60 tysięcy) i umowę na trzy lata. Było lepiej, ale nadal musieliśmy stawać na głowie, żeby dobrze przeprowadzić każdą kolejną edycję. Czuliśmy się odpowiedzialni za markę festiwalu, za poziom, który miał rosnąć z roku na rok. Skończyło się na tym, że do kolejnych edycji musieliśmy dopłacać z własnej kieszeni (ok. 60 tys. w roku 2016 i 70 tys. w roku 2017). Festiwal nadal zbierał entuzjastyczne recenzje, zadowoleni byli zarówno krytycy, jak i publiczność, jednak nikt nie zdawał sobie sprawy, jak wielkim kosztem ciągniemy to przedsięwzięcie. W tym roku, stojąc przed widmem bankructwa, poprosiliśmy urzędników o nieznaczne zwiększenie finansowania festiwalu. Rozmowy trwały kilka miesięcy, jednak finalnie nie zaproponowano nam nic (historię tych rozmów opisuję podczas wywiadu udzielonego portalowi FYH). Udałem się nawet na rozmowy ostatniej szansy do odpowiedzialnego za kulturę wiceprezydenta Piątkowskiego, jednak ten w niezwykle kulturalny sposób oznajmił mi, że miasto nie ma pieniędzy, bo ma gigantyczną dziurę w budżecie.

 

Gigantyczna dziura w budżecie nie przeszkodziła jednak w sprowadzeniu do Łodzi kolejnej imprezy, która w miejscu narodzin nie spełniła oczekiwań. Na początku tego roku importowano z Gdyni festiwal See Bloggers, czyli zlot „internetowych influencerów”: youtuberów, blogerów i innych gwiazd ery portali społecznościowych. Miasto Łódź wsparło organizatorów kwotą „zaledwie” 400 tysięcy złotych. Impreza polegała głównie na spotkaniach i pogadankach, więc lwia część tych pieniędzy została wydana na gaże prelegentów. Ta sytuacja jak na dłoni pokazuje, że w naszym mieście wyższość nad kulturą i sztuką – choćby i tą w najbardziej popularnym, masowym wydaniu – przyznaje się internetowym jętkom jednodniówkom. Nie liczy się sztuka, liczą się lajki.

 

Łódzkie władze, a w szczególności osoby odpowiedzialne za wspieranie artystów, zdają się nie rozumieć sensu przedkładania interesu twórców lokalnych (którzy, poprzez osobisty związek z miastem, wyczucie jego specyfiki i wewnętrznego zniuansowania, są w stanie stworzyć unikalną, autorską ofertę kulturalną) nad desant mniej lub bardziej znanych postaci z zewnątrz, agencji i artystów do wynajęcia, którzy za gigantyczne pieniądze mają pokazać lokalsom, jak się takie rzeczy robi w wielkim świecie. Łódzcy urzędnicy zachowują się tak, jakby nie ufali tutejszym promotorom, traktując ich jak ubogich krewnych, których owszem, wypada wesprzeć, ale na tyle skromnie, żeby nie urośli w siłę i nie zapragnęli się wyemancypować. To właśnie z tego powodu Sławomir Fijałkowski, pasjonat filmu, a przy okazji wielki lokalny patriota, który od ponad dwudziestu lat organizuje w Łodzi Forum Kina Europejskiego, może tylko pomarzyć o budżecie choćby w połowie zbliżonym do budżetu Transatlantyku. Łódzcy twórcy nie mogą czuć się bezpieczni we własnym mieście, z trudem wiążą koniec z końcem, podczas gdy za importowane, głośne nazwiska, płaci się horrendalne kwoty, co – na domiar złego – skutkuje przerażającą artystyczną mizerią. Decydenci nie rozumieją, że lokalne środowisko pełne jest ludzi, którzy, odpowiednio wsparci, uczyniliby z tego miasta artystyczną metropolię o międzynarodowej renomie. Zamiast dokarmiania kompleksów potrzebna jest wiara, zaufanie, odważne decyzje, zdolne upodmiotowić twórców i współpracujących z nimi ludzi. To oni, a nie urzędnicy, wiedzą, jak kreować tożsamość tego miasta.

 

Rok 2018 to był bardzo zły rok dla młodej łódzkiej kultury. Oprócz rezygnacji z Domoffonu, nie wsparto tak ważnych inicjatyw artystycznych, jak np. festiwal L'tronica, który miał szansę skonsolidować i na powrót wypromować łódzką scenę muzyki elektronicznej. Jeszcze kilkanaście lat temu mówiło się o Łodzi jak o stolicy nowoczesnych brzmień, byliśmy polskim zagłębiem muzyki techno – to tu powstał pierwszy rave'owy klub z prawdziwego zdarzenia, to tutaj odbywała się Parada Wolności. Dziś mało kto o tym pamięta, bo poprzednie władze (z prezydentem Kropiwnickim na czele) postanowiły ukręcić sprawie łeb, a to, czego nie zniszczył Kropiwnicki, jest dobijane przez ludzi obecnej władzy. Zaniechanie dotowania L'troniki jest tego koronnym przykładem.

 

Innym przykrą oznaką całkowitego ignorowania potrzeb lokalnego środowiska artystycznego, jest nieprzyznanie dotacji dla magazynu „Miej Miejsce”, na którego łamach publikowany jest niniejszy tekst. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie motywów, które legły u podstaw tej głupiej i szkodliwej decyzji, bo moim zdaniem pomysłodawców tak udanego przedsięwzięcia należałoby wszelkimi siłami wspierać i nagradzać. Dzięki „Miej Miejsce” stworzono platformę wymiany myśli skupionych wokół autentycznych, aktualnych tematów związanych ze sztuką i jej miejscem w przestrzeni publicznej, oraz podjęto próbę zinwentaryzowania zjawisk i ludzi najsilniej w ostatnich latach oddziałujących na łódzką kulturę. Rozproszeni, zagubieni w rynkowych realiach artyści, mogli poczuć wreszcie jakiś grunt pod nogami, zyskać nobilitujący kontekst i poczuć się częścią lokalnej wspólnoty. Niestety odpowiedzialni za kulturę urzędnicy zdają się być na te fakty ślepi.

 

To, że w Łodzi można zorganizować dobre imprezy kulturalne, udowadniają pojedyncze przykłady, jak np. Fotofestiwal, który umiejętnie czerpie z naturalnego artystycznego zalecza miasta, czyli z zasobów Łódzkiej Szkoły Filmowej oraz Akademii Sztuk Pięknych. Szkoły artystyczne są naturalnym bogactwem tego miejsca, dlatego należy wspierać ich rozwój oraz możliwości oddziaływania na lokalną przestrzeń. Pamiętaliśmy o tym podczas organizacji Domoffonu, współpracując przy każdej edycji ze studentami obu uczelni. Władze miasta muszą zrozumieć, jak wielkie dobro stanowią studenci i absolwenci szkół artystycznych i umożliwić im kreatywne funkcjonowanie, zarówno podczas trwania nauki, jak i po jej ukończeniu. Dlaczego nie stać nas na gest, jakim popisał się swego czasu Wrocław, rozdając artystom miejskie lokale na pracownie, sale prób? Program „lokali dla kreatywnych” to stanowczo za mało, by stworzyć przyjazne artystom miasto. Tu trzeba śmiałych decyzji, a nie półśrodków.

 

Ktokolwiek nie wygra zbliżających się wyborów, życzę temu Miastu, aby nowi włodarze nie zapomnieli, jak ważny jest jego artystyczny, kulturotwórczy potencjał. To miejsce jest w stanie zaoferować wiele, może być miejscem narodzin artystów i idei, zdolnych zadziwić odbiorców pod każdą szerokością geograficzną. Jednak aby to osiągnąć, trzeba zapewnić tutejszym twórcom większą swobodę – w praktyce musi to oznaczać większe finansowe wsparcie dla lokalnych, autorskich inicjatyw kulturalnych. Trzeba również, aby wartość owych przedsięwzięć nie była oceniania tylko w oparciu o ich rynkowy potencjał. To, co wydaje się nieopłacalne w kontekście doraźnych rozliczeń, może zaowocować w dłuższej perspektywie, a skutki tego oddziaływania nie zawsze muszą przekładać się na zyski ujęte w sprawozdaniach finansowych. Taka – czy się to komuś podoba, czy nie – jest domena artystycznych poszukiwań, umożliwiających powstanie symbolicznego języka zdolnego opisać życie wspólnoty w każdym wymiarze, zarówno lokalnym, jak i ogólnoludzkim.

_____________________________________________________________________________________

 

Kuba "qbx" Wandachowicz (ur. 27 listopada 1975). Basista, autor tekstów piosenek i kompozytor. Członek zespołów: Cool Kids of Death, TRYP, NOT i Mister D. Współwłaściciel klubu "DOM" w Łodzi. Autor tekstu "Generacja Nic" ("Gazeta Wyborcza", 5 września 2002), który wywołał szeroką dyskusję o pokoleniu 20-latków urodzonych w połowie lat 70. Mieszka w Łodzi. 

 

Foto: Paweł Giza