Z Piotrem Bilińskim, bezpartyjnym kandydatem na Prezydenta miasta, rozmawia Marcin Polak

 

Dlaczego chciałby Pan zostać prezydentem?

To, że się źle dzieje w Łodzi, widzimy na każdym kroku. Nietrafione, niczym nieuzasadnione, megalomańskie inwestycje, gdzie Trasa WZ to tylko czubek góry lodowej, marnotrawstwa naszych pieniędzy. Kolosalne zadłużenie na inwestycje, które nie są stymulatorem rozwoju, a jedynie pomnikami władzy – typu dwa stadiony, itd. To wszystko prowadzi do bankructwa. O tym wszystkim rozmawiamy wszędzie. Narzekamy, ale chętnych do zakasania rękawów nie widać… A ten chocholi taniec nieodpowiedzialności trzeba przerwać. Zweryfikować i zoptymalizować plany tak, by zamiast w beton, inwestować w sprawy bliskie  ludziom. Takiej weryfikacji może dokonać tylko osoba spoza „układu”, niezależna, znająca dobrze problematykę tego miasta i nie bojąca się odważnych decyzji.  Spełniam te kryteria
i postanowiłem zaryzykować.

 

Jakie ma Pan kompetencje do bycia prezydentem i w czym Pan jest lepszy od kontrkandydatów?

Znam problematykę miasta jako całości od wielu lat. Pracowałem w Biurze Programowania i Projektowania Rozwoju Łodzi zajmując się sprawami urbanistyki i architektury śródmieścia, przez 7 lat byłem architektem miasta, a więc poznałem specyfikę urzędu od wewnątrz, a od 1998 roku prowadzę pracownię projektowo-inwestycyjną
i reprezentuję interesy i zwykłych mieszkańców, i rzeczywistych inwestorów działających w Łodzi, a więc niejako
z zewnątrz „zderzałem” się z Urzędem.

Jednocześnie projektowałem wielkie inwestycje o wielusetmilionowym budżecie i zarządzałem ich procesami, więc wiem z praktyki, co to jest racjonalność i optymalizacja. Wiem, że warto otaczać się fachowcami o najwyższych umiejętnościach, bo dzięki rozmowie z nimi i wspólnie z nimi można wypracowywać optymalne rozwiązania. To jest doświadczenie, którego nie ma żaden z kandydatów.

 

Które z inwestycji zrealizowanych w ostatnich latach i z tych aktualnie realizowanych uważa Pan za najbardziej zasadne i pożyteczne, a które za niepotrzebne lub zbyt kosztowne, by zrekompensować płynące z nich korzyści?

Nie mogę totalnie skrytykować wszystkich inwestycji prowadzonych w mieście. Do każdej z nich mam istotne uwagi natury technicznej, rzemieślniczej bądź ideologicznej, ale cieszę się, że powstały. Tu wymienię: tzw. woonerf na ul. 6 Sierpnia, remont ul. Tuwima, a szczególnie ul. A. Struga ze skwerkiem przy al. Kościuszki.

Remonty chodników w Śródmieściu, niektóre budynki z programu „Mia100 Kamienic”, przebudowę ul. Kopernika, której tylko brakuje zieleni, no i jestem wdzięczny za przecięcie węzła gordyjskiego, to znaczy wyburzenie zrujnowanej oficyny przy ul. Łąkowej, co będzie początkiem budowy ważnej obwodnicy wewnątrzmiejskiej Żeromskiego-Łąkowa-Żeligowskiego/Strzelców Kaniowskich- Karskiego-ks. Brzóski-Inflancka.

Cieszę się z nasadzeń drzew wzdłuż ul. Rokicińskiej czy budowy na większą skalę dróg rowerowych i…  w zasadzie to wszystko.

Przykładów negatywnych jest więcej i są to inwestycje, które będą się odbijały czkawką przez wiele lat, a w wypadku trudności ze spłatą zobowiązań może się to skończyć prywatyzacją ZWiK i GOŚ – jako jedynych składników majątku Miasta posiadających rzeczywistą i wymierną wartość (pamiętajmy, że 3 lata temu Pani Prezydent wszczęła nieudaną na szczęście procedurę sprzedaży ZWiK).

Oczywiście, największą porażką inwestycyjną jest decyzja o budowie trasy WZ w takim kształcie jak się to buduje,
a szczególnie w obszarze centrum miasta.

Pisałem i ja i wielu innych fachowców na ten temat. Jest to pomnik głupoty, megalomanii, wstecznictwa w myśleniu
o kształtowaniu przestrzeni miejskiej w śródmieściu, no i przede wszystkim petryfikacja chorego podziału przestrzennego ul. Piotrkowskiej na północną i południową.

Wielu fachowców z zewnątrz wręcz kpiło z tej budowy (np. prof. Jan Gehl), ale Pani Prezydent jest nieugięta i twierdzi, że najważniejszym argumentem za tą inwestycją była… potrzeba wydania pieniędzy z dotacji unijnych (!).

Trasa Górna – niewątpliwie potrzebna, ale znowu wykonana w zawyżonej klasie, co spowodowało konieczność budowy ekranów akustycznych, a to z kolei ograniczyło możliwość wykonywania zjazdów na działki z nią sąsiadujące. Stała się więc nie stymulatorem rozwoju dzielnicy, a „rzeką”, kanałem komunikacyjnym dzielącym obszar bardzo dogodny do inwestowania w przemysł, bazy logistyczne, itp.

Był czas na optymalizację rozwiązań związanych z trasą Górna, był czas na odłożenie budowy tunelu pod ul. Rzgowską – wprost do lasu – czytaj: można było ograniczyć koszty tej inwestycji o 100 milionów złotych. Wyobraźmy sobie, ile można by za tę kwotę wyremontować chodników i przystanków komunikacji miejskiej (przypominam , że remont Piotrkowskiej kosztował 50 milionów). Chorym też jest pomysł budowy dwóch stadionów, które będziemy wzorem Krakowa utrzymywać, bo kluby na nich grające będą je wynajmowały tylko na 3 godziny w tygodniu. To będzie kula
u nogi wydatków na sport – zamiast inwestowania w sport masowy będziemy musieli utrzymywać stadiony dla komercyjnych, prywatnych przedsiębiorstw, jakimi są kluby piłkarskie.

Nie chcę już się pastwić nad miejską częścią inwestycyjną wokół Nowego Centrum Łodzi. Beztroska, głupota, czy swoiste wyrachowanie (im drożej tym lepiej!)?

Podsumowując inwestycje w Łodzi: megalomania, brak optymalizacji, wysoka cena niewspółmierna do efektów.

 

Ma Pan sposób, jak poradzić sobie z rosnącym zadłużeniem miasta?

Po pierwsze, należy przeprowadzić rzetelny audyt budżetu i po stronie dochodowej (aby wykluczyć z niego wszystkie „manewry” księgowe), i po stronie wydatków, oraz dodać zobowiązania zadłużenia spółek miejskich, które też stanowią zobowiązania Miasta. Dopiero po uzyskaniu wyników z takiego opracowania będzie można podjąć działania naprawcze oraz poszukiwanie oszczędności. Z pewnością ograniczenia te w najmniejszym stopniu dotyczyłyby inwestycji podnoszących jakość życia w mieście.

 

A jak Pan ocenia program „Mia100 kamienic”?

I dobrze i źle. Dobrze – bo jest…

Źle, bo widzę, że w pogoni za dobrą statystyką, prace są niestarannie wykonywane i bardzo często w miejscach nieuzasadnionych z punktu widzenia powrotu do prawidłowego kształtowania przestrzeni miejskiej (np. róg ul. Gdańskiej i al. Mickiewicza – uniemożliwiający wykształcenie narożnika wypełniającego pierzeję).

Winą za ten stan rzeczy obarczam zespół programujący inwestycję, gdyż widzę, że nie ma zielonego pojęcia o celach przestrzennych, jakie powinna wywoływać inwestycja miejska.

Tu posłużę się przykładem remontu kamienicy na rogu ul. Więckowskiego i ul. Zachodniej oraz ul. Traugutta i ul. Sienkiewicza, gdzie zamiast próby „odtworzenia” narożnika zostawia się ślepą ścianę jako tło dla muralu.

Nawet gdyby ten mural był najpiękniejszy, widać będzie gołym okiem, że pierzeja zamiast kończyć się narożnikowo, jest prymitywnie przycięta, co  szczególnie kłuje oczy na ul. Sienkiewicza/Traugutta. Świadczy to o braku nadzoru architektoniczno- urbanistycznego nad inwestycjami.

W wielu obiektach pod znakiem zapytania jest jakość nadzoru nad budową (mówię tu o elewacjach), gdzie np. przy ul. Piotrkowskiej 173 drewniany gzyms został jedynie zamalowany farbą elewacyjną… itd. I tak mogę jako profesjonalista przejść od kamienicy do kamienicy i wskazywać ewidentne niedociągnięcia rzemiosła.

Kiedyś reagowałem publicznie na te niedoróbki, ale usłyszałem w odpowiedzi, że my się jeszcze uczymy. No cóż… Tyle że my, jako podatnicy, nie mamy obowiązku płacić za naukę amatorom, tylko mamy zatrudniać profesjonalistów
i mamy prawo wymagać profesjonalizmu, bo to są nasze pieniądze. Nauka to jest w szkole.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy, kto wie, czy nie najważniejszy.

Miasto jako inwestor powinno dawać przykład, być „wzorcem metra”, być punktem odniesienia dla prywatnych inwestorów. Jeżeli nie jest, to nie ma moralnego prawa pouczania innych !

A więc – program Mia100 Kamienic tak, ale profesjonalnie.

 

Jak Pańskim zdaniem powinny wyglądać Piotrkowska i centrum Łodzi?

Celowo omijam to pytanie. To temat rzeka. Myślę, że wart osobnego spotkania  i długiej rozmowy.

  

Śledził Pan sprawę warzywniaka z ulicy Tuwima? Jakie jest Pańskie zdanie w tej kwestii? Biuro Architekta Miasta uważa, że w Centrum nie ma miejsca na kioski z warzywami, nawet na nowe, estetyczne.

To sposób działania kompromitujący władzę.  Gdyby ten warzywniak nie był w tym miejscu bez potrzeby, to by splajtował! Drobni przedsiębiorcy to sól tego miasta i powinni być otoczeni szczególną troską przez władze. Drobni przedsiębiorcy nie znikną, tak jak Philips czy Dell, po skonsumowaniu dotacji czy ulg. Oni tu są i zostaną, znosząc wszelkie trudy i znoje. Należy im się za to najwyższy szacunek.

Nawet w najbogatszych miastach Europy są miejsca dla kiosków z warzywami (przykładami mogę sypnąć), więc nie ma powodu, by i w Łodzi nie znalazło się dla nich miejsce. To tylko kwestia dobrej woli i empatii. Prezentowane przez Urząd stanowisko nie ma żadnego profesjonalnego uzasadnienia i świadczy o głębokim oderwaniu planistów od realnego życia mieszkańców.

 

Łódź jest przez wielu postrzegana jako miasto brzydkie, brudne, zaniedbane. Podziela Pan to zdanie? Jak zadbałby Pan o przestrzeń publiczną?

Zgadzam się z twierdzeniem, że Łódź to miasto brudne i zaniedbane, ale nawet w tym jest urokliwe i miejscami piękne. Fachowcy, w tym ja, widzą w nim diament , który po szlifie staje się drogocennym brylantem… Tylko od lat szlifierza brak.

 

W Łodzi ubywa mieszkańców. Mówi się, że to miasto bez perspektyw, nie dające szans na rozwój zawodowy. Co zrobiłby Pan, aby powstrzymać emigrację?

To bardzo poważny problem. Myślę, że można ten proces spowolnić,a w perspektywie odwrócić . Zaproponowałem
w swoim programie dwa bardzo ważne działania.  Jedno to „Łódź Senioralna” a drugi to „Mały Program Mieszkaniowy” . Oba z sobą skorelowane otwierają drogę do wykorzystania każdego kapitału nawet jeżeli jest to tylko kapitał dwóch rąk chętnych do pracy. Zapraszam do przeczytania ich na moim blogu  http://piotr-bilinski.blog.pl/lodz-miasto-moich-marzen/

 


Czy jako prezydent zwiększyłby Pan wydatki na kulturę? Jakie wydarzenia kulturalne powinny być wspierane przez miasto?

Tak,  zdecydowanie bym powiększył, bo widzę w tym nie tylko sposób na promocję Łodzi, ale i możliwość spełnienia się twórczego młodych ludzi, co pozwoli wierzyć, że zwiążą się z naszym miastem i będą tu chcieli być i żyć.

Łódź słynie w Polsce wśród młodych ludzi z niezliczonej ilości niszowych targów, imprez wystawienniczych, festiwali
i kongresów. To właśnie dowód, jak wielki potencjał tkwi przede wszystkim w młodych ludziach, organizatorach tych wydarzeń. Chwała im za to. Gwarantuję, że w dalszym ciągu będą oni mogli liczyć na wsparcie i pomoc władz miasta, tyle że na bardzo przejrzystych zasadach oraz równych dla wszystkich, czytelnych kryteriach.

Miasto nie wykorzystuje atutów, jakie posiadamy w sferze kultury zwanej „wysoką”, w tym ikon światowego formatu związanych z naszym miastem, takich jak: Artur Rubinstein, Aleksander Tansman, Grażyna Bacewicz, Władysław Strzemiński i Katarzyna Kobro, Jan Karski, Marek Edelman, a także wybitnych absolwentów Szkoły Filmowej. To wokół tych nazwisk powinniśmy tworzyć imprezy o najwyższym światowym poziomie. Będę szukał dróg wsparcia dla każdego dobrego pomysłu w tej kwestii.

Wspólnie z Marszałkiem, koncentrując środki, winniśmy reanimować Teatr Wielki i Filharmonię Łódzką, by tak jak przed 40 laty stały się miejscem pielgrzymek melomanów z całej Polski. Łódzkie teatry, i te miejskie, i te „marszałkowskie”, także w ramach wspólnego finansowania, powinny wystawiać przedstawienia będące sensacją na skalę kraju, a teatry prywatne czy społeczne winny uzyskać szczególną opiekę Prezydenta. Muzea muszą dostać duży zastrzyk finansowy, by stać się na tyle nowoczesnymi w swych formułach, by chęć ich odwiedzenia ściągała turystów z całego świata. Nie ma powodu, by doskonała kolekcja Muzeum Sztuki nie stała się najlepszą w Polsce.

Chciałbym, byśmy przyznawali wysoką i prestiżową, doroczną Nagrodę Artystyczną Miasta Łodzi.

Obecność artystów i szkół artystycznych w naszym mieście musi być widoczna w przestrzeni publicznej i musi uzyskać wsparcie ze strony władz miasta. Chcę udowodnić, że i pod względem Kultury Łódź może być liderem
w naszym kraju.

 

Czy ma jakiś pomysł na wzmocnieni idei społeczeństwa obywatelskiego?

Dla mnie Łódź obywatelska to jeden z podstawowych filarów mojego programu. To też był jeden z powodów mojej decyzji o wystartowaniu w wyborach. Dominacja partii politycznych na szczeblu samorządu wypaczyła ideę samorządności poprzez zmarginalizowanie  znaczenia obywateli. Znowu koalicja rządząca oszukała nas wprowadzając jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach samorządowych do wszystkich miast z wyjątkiem takich jak Łódź – czyli takich, w których budżety miejskie są wysokie.

Znowu my, mieszkańcy, traktowani jesteśmy nie jak obywatele, lecz bezrozumny tłum, który de facto ma do wyboru nie konkretnego człowieka, tylko partię. Znowu może się okazać, że radnymi mogą zostać osoby ze śladowym poparciem, wyłącznie dlatego, że gdzieś to wynika z jakiegoś podziału (Metoda d'Hondta).

Dość! Musimy postawić tamę tej praktyce. Samorząd to Obywatele a nie partie polityczne!

Mam nadzieję, że przyszły rząd doprowadzi do tego, by samorządność była oparta o jednomandatowe okręgi wyborcze. By wybrany radny czuł bezpośrednią odpowiedzialność przed swoim wyborcą, a nie lęk przed liderem partyjnym, który może go umieścić, bądź nie, na liście wyborczej.

Czas by radnymi nie byli wierni żołnierze, funkcjonariusze poszczególnych partii, a osoby o autentycznym doświadczeniu, autorytecie zawodowym i liderzy lokalnych społeczności.

To samo dotyczy Prezydenta – my, łodzianie, potrzebujemy skromnego, dobrego gospodarza, a nie stojącego w świetle fleszy lidera struktur partyjnych, którego celem samym w sobie jest nie dobro miasta, tylko… utrzymanie władzy, czyli zapewnienie miejsc pracy dla swoich popleczników i funkcjonariuszy partyjnych.

Dziś postawiliśmy pierwszy krok. Stworzyliśmy listę obywatelską, a  kandydatem na Prezydenta jest osoba absolutnie niezależna. Komitet Wyborczy „Łodzianie bez partii” to grupa ludzi, społeczników i fachowców w swoich dziedzinach, dla których służba w Radzie Miejskiej to zaszczyt, a nie sposób na podreperowanie budżetu domowego, pierwsza i jedyna praca czy trampolina do parlamentu.

Wierzę głęboko, że wielu z nich dostanie się do Rady Miejskiej. Jestem pewien, że będą zaczynem mądrej, merytorycznej dyskusji o naszym mieście, wolnej od partyjnego koniunkturalizmu. Czas skruszyć zabetonowaną partyjną scenę naszego samorządu.

Jako prezydent przy podejmowaniu decyzji o strategicznym znaczeniu będę korzystał ze wszelkich instrumentów demokracji bezpośredniej takich jak: referendum, zapytania obywatelskie, czy konsultacje społeczne.

Ważnym instrumentem w budowie poczucia obywatelskiej odpowiedzialności będzie wzmocnienie Rad Osiedlowych jako pomocniczych jednostek samorządu i najniższego ogniwa samoorganizacji obywateli. Widzę tu dużą rolę dla  Budżetu Obywatelskiego.

Dziś „lokalne projekty”, tak ważne dla tych małych społeczności, nie mają szans przebicia się. Dlatego chcę wprowadzić zasadę by ogólna suma (poza częścią ogólnomiejską) w ramach tzw. Budżetu Obywatelskiego, przeznaczona do rozdysponowania,  została podzielona na 36 osiedli (tyle mamy rad osiedlowych), a nie na pięć dzielnic.

Wspólna praca na projektami w ramach osiedla bądź osiedli (tego nie należy wykluczać) będzie budowała więź społeczną i poczucie odpowiedzialności za swoje najbliższe otoczenie. Będzie wyzwalała aktywność i wyłaniała liderów w tych społecznościach. Z nich, mam nadzieję, urodzi się grupa nowych, odpowiedzialnych radnych.

Deklaruję poważną i partnerską współpracę z organizacjami pozarządowymi.

Stworzę trójstronne forum gdzie Radni, w tym radni z rad osiedlowych, NGO i Prezydent, jako przedstawiciel władzy wykonawczej, przy jednym stole będą dyskutować o żywotnych interesach tego miasta i wspólnie wypracowywać jego kierunki rozwoju. Podkreśliłem słowo „wspólnie” - bo wyraża ono ideę społeczeństwa obywatelskiego - czyli wspólnoty.

Budowa społeczeństwa obywatelskiego to długi proces, z pewnością nie na jedną kadencję, ale tę budowę czas rozpocząć.

 

Dlaczego tak jest, że narzekamy ciągle na polityków, a kiedy pojawia się jakaś dobra inicjatywa, wydaje się bez szans w starciu zawodowymi politykami? Czy to tylko kwestia funduszy, czy społeczeństwo nie jest jeszcze gotowe do podjęcia ryzyka zaufania ludziom spoza polityki?

To prawda. Bardzo trudno jest się przebić przez mur partyjniactwa.

Partie mają przemożny wpływ na media - i te państwowe, i te prywatne - gdyż posiadając wielkie środki na reklamę mogą pośrednio wpływać na zachowanie mediów. I nieważne, czy są to partie z lewa, prawa, czy ze środka.

Ideą partii jest zdobycie władzy i jej utrzymanie za wszelką cenę. To oczywiście z demokracją nie ma nic wspólnego, bo to nie demokracja a partiokracja. Myślę, że społeczeństwo to jeszcze toleruje, bo w codziennej walce o godne życie
i możliwość dociągnięcia do wypłaty zapomina o sprawach ogólnych.

Oczywiście, tego typu systemy kończą się rewolucją, czego malutką namiastkę mieliśmy w sprawie ACTA - przestraszony rząd uciekł w mysią dziurkę i wycofał się z kolejnego pomysłu ograniczania wolności społecznej.

Myślę, że powstanie Obywatelskich Ruchów czy Organizacji jest tylko kwestią czasu. To dzieje się już w mniejszych miejscowościach. Na duże miasta też przyjdzie czas. Ludzie lubią „politykę ciepłej wody”, ale do czasu!

 

Osoby kandydujące w wyborach samorządowych promują się dość aktywnie, czasami wręcz nachalnie, są ciągle obecne w mediach, agitują na ulicach, na każdym kroku „atakują” nas z plakatów, nierzadko rozklejanych
w niedozwolonych miejscach, tymczasem Pańska kampania jest jakoś mało widoczna.

Bardzo szanuję nasze miasto, nie wyobrażałbym sobie, by wieszać tekturki na latarniach, oklejać drzewa, zaklejać barierki ochronne itd. Nie jest wytłumaczeniem dla mnie, że „to tylko kilka dni” - bo to jest AŻ KILKA dni przyzwolenia na śmietnik w moim mieście. Ryba, jak wiadomo, psuje się od głowy i jeżeli my, „liderzy”, będziemy przyzwalać na śmiecenie, to nie będziemy mieli moralnego prawa pouczania innych. Bo każdy przedsiębiorca zaśmiecający naszą wspólną przestrzeń agresywnymi reklamami ma także swoje bardzo ważne osobiste powody i wytłumaczenie, że tu
i tam powiesił coś, co w jego mniemaniu może mu przynieść zwiększone obroty, zwiększony zysk firmy itd. Dajmy mu więc pozytywny przykład.

Nasza kampania jest nastawiona na bezpośredni dialog i dotarcie do Obywatela słowem mówionym i pisanym. Pracujemy w Internecie, bo ideą jest maksymalne rozpowszechnianie myśli.

Nie mogę się też zgodzić z nachalną reklamą bilbordową czy wielkopowierzchiowymi reklamami Pani Prezydent na ścianach w całym mieście. Toż to kolosalny koszt i zabawa za nasze pieniądze, bo pochodzące z dotacji, jakie partie polityczne dostają z budżetu państwa – czyli naszych podatków. A poza tym, jeśli pani prezydent jest tak dobra, jak mówi i radzi nam oceniać siebie po owocach swojej pracy, to po co się tak nachalnie promuje?

 

Wierzy Pan, że jest Pan w stanie pokonać pozostałych kandydatów? Kilka lat temu kandydował Pan do senatu, niestety, bez sukcesu.

Brecht kiedyś powiedział: „Kto walczy, może ponieść klęskę, kto nie walczy – już przegrał”

 

Dziękuję za rozmowę.