Wymazywania robotników i robotnic z przestrzeni centrum miasta ciąg dalszy, a może raczej logiczna konsekwencja? Hanna Zdanowska na swoim profilu na Facebooku zaproponowała, żeby zmienić nazwę ulicy Włókienniczej na Kamienną, motywując to tym, że „po rewitalizacji zmieni się wszystko” i że należy w związku z tym „przywrócić” poprzednią nazwę.

 

Nie jest to dla mnie niczym nowym – od lat w kręgach urzędniczych mówi się o Włókienniczej właśnie per Kamienna, podobnie wśród radnych opcji obecnie rządzącej w mieście. Jest to element szerszej, choć zupełnie nieuświadomionej całości, opakowanej w ładny papierek odzyskiwania mitycznej łódzkiej tożsamości, odnajdywania śladów łódzkich lodzermenszów i wzdychaniu za dawnymi czasami, kiedy w Łodzi Było Lepiej, Ładniej i Porządniej, co przyjmuje czasem karykaturalną wersję wrzucania zdjęć z czasów hitlerowskiej okupacji i zachwycania się, jakie były rabaty z kwiatami, zamiecione chodniki i równo przycięte trawniki. Jest to optyka bardzo wąska, ograniczona do kilku obrazków-artefaktów i wyrzucająca poza nawias 99% historii i przestrzeni tego miasta – brzydkiej, nieestetycznej, śmierdzącej jak łódzki rynsztok płynący pod bokiem odrapanej czynszówki gdzieś na Bałutach.

153502376 2692855494358766 6242143131648698841 n2


Całe to odzyskiwanie łódzkiej tożsamości zasadza się na tworzeniu bardzo jednostronnej wizji historii miasta, w której głównymi bohaterami są dzielni biznesmeni-fabrykanci, którzy zbudowali to miasto w całości na kamieniu. Zastali las, a zostawili po sobie pałace, fabryki i kamienice. Nie ma w tej wizji miejsca ani na wydatną pomoc państwową którą otrzymywali, ani na bezmiar nędzy i ludzkiego cierpienia jakim ich sukces został okupiony. To historia do bólu męska i bardzo neoliberalna w wydźwięku, to opowieść o dzielnych pionierach kapitalizmu w III RP, w której zmieniono tylko dekoracje. Biznesmenów ubrano we fraki i surduty, a "leniwa i roszczeniowa" hołota pozostała taka sama i ma zachcianki w typie podwyżek, płacy minimalnej czy dostępnej opieki nad dziećmi, o przeludnieniu w mieszkaniach nie wspominając. Cała dostępna przestrzeń w tym imaginarium jest już zajęta, role zostały rozdane. Nic więc dziwnego że robotniczą, albo jak później pisał Tomasz Piątek bezrobotniczą ulicę należy przerobić. W ramach procesu gentryfikacji centrum miasta ulicę Włókienniczą wybrano jako centrum tej zmiany. Patrzcie, oto bierzemy zapuszczoną, „patologiczną” okolicę, mało albo wcale wnikając w przyczyny jej obecnego stanu, i ją zmieniamy pod nasze gusta i potrzeby. A ponieważ są to gusta do bólu prowincjonalne i plebejskie, do czego nigdy nie będziemy chcieli się przyznać, to całość wyłożymy kostką, a kamienice obłożymy kariatydami i jarmarcznymi ozdobami, których tam nigdy nie było. Otrzymamy architektoniczny i estetyczny ekwiwalent springerowskiej wanny z kolumnadą, ale będzie to nasza wanna, w dodatku z inteligenckimi pretensjami. To wszystko podlejemy pseudo-inteligenckim sosem – skoro Agnieszka Osiecka śpiewała o „kochankach z ulicy Kamiennej”, to należy przywrócić tę dawną nazwę ulicy, bo przecież tak będzie bardziej akuratnie, ładnie i spójnie z naszą wizją Łodzi i świata.

Wszystko w tym postulacie jest źle – nie dość, że Osiecka nie śpiewała (nieważne, dla wielu osób śpiewała i mają to już utrwalone w głowie i co im pan zrobi), to nijak się to ma do samej ulicy, jej byłych już mieszkańców i do samej Łodzi. Bohaterowie tej melancholijnej piosenki prawdopodobnie nie mieliby szans oprzeć się walcowi gentryfikacyjnej zmiany. Ich klasowe pochodzenie jest jasne – są z klasy ludowej, „wcale Szekspira nie znają”, więc dla nich jest tylko wysiedlenie i ewentualna wycieczka turystyczna w ramach jednej z łódzkich imprez masowych, jak Festiwal Światła. Ich ulica już dawno nie jest ich – stała się własnością polityków, urzędników i całej miejskiej klasy aspirującej, która marzy o tym, żeby tu był Mediolan, Barcelona, Wiedeń czy nawet Wrocław, ale kompletnie bez zrozumienia czemu te miasta są dziś tym czym są, czemu mieszka się w nich lepiej niż w Łodzi i czemu stoją w urbanistycznym rozwoju lata świetlne przed Łodzią. Jest to swoisty kult cargo, przeszczepianie na miejscowy grunt fragmentów modernizacji bez zrozumienia jej istoty i stojących za nią mechanizmów, ślepa wiara w to, że jeżeli wyłożymy ulicę granitową kostką, doczepimy do kamienic gipsowe detale i korten, posadzimy rachityczne drzewka podtrzymywane kijem i wysiedlimy „patologię” poza centrum miasta, to będzie tu Europa, wielki biznes i masa turystów. Dlatego jako miasto podejmujemy ten gargantuiczny wysiłek, płacimy za to miliardami złotówek i euro, a na koniec zostaniemy z tymi kariatydami, kostką i gipsowymi aniołkami jak Himilsbach z angielskim – bez wielkiego biznesu, bez turystów, ale za to z gigantycznymi problemami, tylko przesuniętymi kilka ulic dalej.

 

___________________________________   

 

Jarek Ogrodowski – miejski aktywista i społecznik, w roku 2013 brał udział w kampanii edukacyjno-informacyjnej pierwszego Budżetu Obywatelskiego w Łodzi realizowanej przez Fundację Fenomen i Stowarzyszenie Topografie. Ekspert w zakresie partycypacji społecznej i rewitalizacji.