Ulice Łodzi to raj dla wszystkich podglądaczy, którzy za obiekt fascynacji obrali sobie relikty minionych epok. Jedną z takich perełek jest sklep z kapeluszami przy Więckowskiego 1. Odwiedzam dziś jego właścicielkę - Lidię Zambrzycką.

 

W salonie "Lidia” można kupić gotowe, ręcznie wykonane kapelusze, czapki, berety, dżokejki, toczki i opaski. Wybór jest bardzo duży, klientki przebierają zatem w fasonach, rodzajach wełny, kolorach. Pani Lidia tworzy nakrycia głowy od 1960 roku. Zawodu nauczyła ją mama - Stanisława Zambrzycka, warszawska modystka, która po wojnie osiedliła się Łodzi - jednym z najmniej zniszczonych przez wojnę miast. Swój pierwszy łódzki zakład pani Stanisława otworzyła w nieistniejącym już budynku przy ulicy Głównej, dziś Piłsudskiego. Po kilku latach salon przeniesiony został na plac Wolności, a następnie na Więckowskiego, gdzie znajduje się do dziś. Pani Lidia, od dziecka zaangażowana w pracę, towarzyszyła mamie we wszystkich przeprowadzkach.Zaczynałam jeszcze jako licealistka. Zaraz po lekcjach szłam do zakładu pomagać mamie. Nie robiłam tego z obowiązku. To była prawdziwa pasja - wspomina modystka. W 1975 roku rozpoczęła własną działalność i przejęła warsztat. Prowadziła go sama, przy pomocy kilku uczennic szkoły zawodowej, dla których praktyka w warsztacie była obowiązkowa, tak jak i zaliczenie zajęć teoretycznych oraz ogólnokształcących. Pod okiem mistrzyni dziewczęta przygotowywały się do egzaminu czeladniczego oraz prowadzenia własnego sklepu. Moje uczennice uczyłam rzetelności. Najpierw musiały prosto szyć, aby dostać rondo do stebnowania - mówi pani Lidia - Oprócz tego pokazywałam im, że w tym zawodzie potrzebna jest empatia i ogromne wyczucie. Moje klientki wiedzą, że uczciwie powiem im, w czym wyglądają świetnie, a w czym lepiej nie wychodzić na ulicę - dodaje ze śmiechem.

IMG 6534a

       
     Na szczęście minęł
y już czasy modowych szałów. Kiedyś wszystkie panie na hurra, zupełnie bezmyślnie, nosiły to samo.

 

Proszę modystkę, aby zdradziła mi tajniki swojego zawodu. Prezentację technik modniarskich pani Lidia rozpoczyna od wyciągnięcia zza kotary białych, drewnianych form służących do kształtowania kapeluszy. Chwilę później pokazuje mi filcowy stożek, który na gorąco, przy pomocy wody z usztywniaczem, naciąga na formę. Jest to zdecydowanie najpopularniejszy sposób na wykonanie kapelusza, ale nie jedyny, bo nakrycia głowy modeluje się też ręcznie, bez pomocy w postaci formy. Umiejętność manualnego formowania ronda świadczy o wyjątkowej biegłości w sztuce modniarskiej, dlatego w tej technice pani Lidia wykonała kapelusz na swoim egzaminie mistrzowskim. Cała filozofia to gorąca woda, para, żelazko. Wymagana jest oczywiście zręczność palców, którą zdobywa się poprzez wieloletnią praktykę. Jest jeszcze jedna rzecz, bez której się nie obejdzie. Wyobraźnia- uśmiecha się. Po wyschnięciu kapelusz jest prawie gotowy. Teraz wystarczy wypolerować go szczotką do filcu, obciąć nożyczkami, obszyć i ozdobić wstążką. Taka praktyka jest dziś rzadko spotykana, bo w fabrykach wszystkie te czynności wykonuje maszyna. Do tego kapelusze produkowane masowo są sztywne i ciężkie, aby nie pogięły się w trakcie transportu. Mimo to i tak szybciej się niszczą, bo filc z którego są produkowane jest gorszej jakości, niż polski surowiec używany przez modystki. 

IMG 6521

 
     Utarło się, że kapelusz to wymagający, trudny dodatek. A on po prostu zdobi. - komentuje pani Lidia.

 

Pomysły na nowe wzory kapeluszy pani Lidia czerpie z pokazów mody, kolorowych magazynów i zagranicznych podróży. Dziś może pozwolić sobie na większą swobodę w projektowaniu. - Na szczęście minęły już czasy modowych szałów. Kiedyś wszystkie panie na hurra, zupełnie bezmyślnie, nosiły to samo. Jednym z koszmarów mojej branży były furażerki, czyli podłużne czapki bez daszka, których - delikatnie mówiąc - nie powinny nosić kobiety o okrągłych twarzach. -mówi. Młodym, odważnym dziewczętom modystka proponuje kapelusz z dużym rondem, albo model cloche inspirowany latami 20. XX wieku. Wiele fasonów dostosowuje do potrzeb pań, które nie szukają ekstrawaganckich akcesoriów, a prostych i eleganckich kapeluszy na niedzielę lub wygodnych, praktycznych czapek. Utarło się, że kapelusz to wymagający, trudny dodatek. A on po prostu zdobi. - komentuje pani Lidia. Wśród kupujących najmniej jest młodych kobiet. Modystka obserwuje je w tramwajach i na ulicach Łodzi - Zimy są coraz cieplejsze. Dziewczyny chodzą z gołymi głowami, albo jeżdżą autami, więc kapelusze są im w ogóle zbędne.

IMG 6536a

 Z 78 łódzkich zakładów modniarskich do dziś przetrwało zaledwie kilka. 

Powodów spadku liczby klientów jest wiele. Efekt - prosty do przewidzenia. Z 78 łódzkich zakładów modniarskich do dziś przetrwało zaledwie kilka. Pani Lidia z sentymentem przywołuje w pamięci czasy, gdy wszystkie modystki zrzeszał cech włókienniczy. - Podczas spotkań branżowych można było spotkać się z koleżankami, wypić kawkę. W grudniu organizowałyśmy spotkania gwiazdkowe dla dzieci. Byłyśmy ze sobą zżyte. - wspomina. Cech stał na straży praw pracowników, stanowił miejsce spotkań i dawał zrzeszonym oparcie. W latach 50., gdy rzemieślnicy nie mieli ubezpieczenia zdrowotnego, w cechu funkcjonowała przychodnia lekarska opłacana ze składek. Potem, w czasach niedoboru, organizacja wydawała kartki na cukier czy benzynę. Popularnością cieszyły się też prelekcje radcy prawnego dotyczące przepisów podatkowych. W ostatnich latach nie tylko zlikwidowano łódzki cech włókienniczy, ale skreślono również modniarstwo z listy zawodówi zamknięto klasy, w których młodzież mogłaby doskonalić się w tym rzemiośle. Który rodzic pośle dziecko na naukę takiego zawodu, którego nie ma w szkole?- zastanawia się pani Lidia. Podstawowym problemem nie jest jednak zamknięcie szkół, a brak chętnych do nauki. Modystki mogłyby przekazywać warsztaty swym dzieciom, lecz te nie chcą zajmować się nieopłacalnym biznesem. 

IMG 6525a        
     Poważną konkurencją dla pani Lidii jest też Chiński Market mieszący się w pobliskiej „Magdzie”. Za 10 zł można tam dostać berety, które po pierwszym deszczu zupełnie tracą fason, farbując przy tym włosy i czoł
o. 

 

Pani Lidia wciąż robi nowe kapelusze. - Zapotrzebowanie jest, choć bywa, że cały dzień nikt do mnie nie zagląda.- przyznaje. Podczas naszej rozmowy, w sklepie pojawia się tylko jedna klientka. Modystka prezentuje jej kilka modeli, lecz do transakcji nie dochodzi. Klientki nie chcą niczego kupować od razu, muszą się „przespać” z tematem. Absurdalnie łatwiej jest robić zakupy, kiedy niczego nie ma w sklepach. Często słyszę, że 50 zł za beret to za dużo. A100% najlepszej czeskiej wełny przecież musi tyle kosztować! - kontynuuje pani Lidia. Dla porównania: w popularnej sieciówce, czyli tam gdzie kupują najmłodsze klientki, ceny beretów zaczynają się od 40, a wełnianych kapeluszy od 70 zł, różnica jest zatem znikoma. Poważną konkurencją dla pani Lidii jest też Chiński Market mieszący się w pobliskiej „Magdzie”. Za 10 zł można tam dostać berety, które po pierwszym deszczu zupełnie tracą fason, farbując przy tym włosy i czoło. 

 

Ludzie powoli zaczynają wracać do tego co byłkiedyś i odkrywają na nowo dawne, szlachetne techniki. Plastik nie jest już modny - zauważa modystka. Ale czy wzrost świadomości konsumentów dotyczącej sposobów produkcji i jakości materiałówwykorzystywanych w przemyśle przekłada się na faktyczny rozwój zakładu pani Lidii? - Coraz częściej wracają do mnie klientki niezadowolone z chińskich beretów. Nie jest to jednak póki co powszechne. Praktycznie nie odczuwam pozytywnych skutków tego trendu. - mówi. Doskonała jakość i urok lokalnej, małej firmy najwyraźniej nie wystarczają, by zachęcić nowe klientki do odwiedzin w sklepie pani Lidii. Szkoda, bo w dobie globalnego ujednolicenia gustów przez kampanie reklamowe sieciówek, to ostatnia chwila na to, żeby zdobyć unikatowe, ręcznie robione kapelusze.

 

___________________________________  

 

Iga Knysak - historyczka sztuki, kolekcjonerka Matek Boskich i szklanych kaczek. Na co dzień zajmuje się łódzką sztuką powojenną