Opowiedzieć wam, jak się dzieje gentryfikacja? Opowiem, a co mi tam. A było tak:

 

Pewna bliska mi osoba opowiedziała mi o szkoleniu, w którym wzięła udział w swojej korpo pracy. Szkolenie jest wielodniowe, ale na początek i dobry strat dla dziesięcioosobowej grupy pan trener stwierdził, że grupa powinna zbudować biznesplan dla dajmy na to piekarni. Piekarnia, uważacie, musi być skierowana do kogoś, mówiąc wprost, musi mieć swój target. Szybko wyszło, że jak dla każdego, to dla nikogo, więc zaczęto się zastanawiać nad lokalizacją. I wyszły dwie - jedna tzw. hipster-posh (zlokalizowana oczywiście w modnej części miasta, a więc oczywiście Off Piotrkowska), a druga dla tych tak zwanych biednych, zlokalizowana, uwaga, nie w żadnym centrum, ale w lokalizacji bardziej peryferyjnej, ale takiej, w której powstaje całkiem sporo nowych "apartamentów" po 4,5-5k z metra, czyli po ludzku mówiąc bloków developerskich, które od wielkiej płyty różnią się tylko metryką i ilością przestrzeni biologicznie czynnej wokół. Oraz tujami.

Tu uwaga pierwsza: w szkoleniu biorą udział ludzie zarabiający 3-4,5 tys. na rękę, a więc nie żadni krezusi. Większość z nich to jest klientela takich właśnie biedaapartamentów, jak już dostaną kredyt hipoteczny na 25 lat z łączną zdolnością kredytową na poziomie 300k zł. Niemniej oni już wiedzą, że mieszkają w mieście i w mieście chcą mieszkać. Nie interesują ich domy pod miastem, bo te znają doskonale albo z własnego dzieciństwa albo z dzieciństwa kolegów i wiedzą, że codziennie ponadgodzinne dojazdy do pracy, dowożenie dzieci i co jeszcze to nic miłego i fajnego. Tak, na naszych oczach dokonuje się postulowany od lat powrót do miasta. So far so good chciałoby się rzec, prawda?

Do tej pory wydawałoby się, że wszystko jest w porządku. Ale nie jest. Bo oto grupa zaczyna zastanawiać się, jakie różnice powinny być w biznesplanach dla tych dwóch typów piekarni. Pierwsza, jak to modny lokal, powinna postawić na dobry design i różnorodne menu, w tym wegańskie i inne gryczano-rukolowe. Z kolei ta biedniejsza... O panie, w tej biedniejszej to w ogóle jakie znowu naczynia, powinni dostawać klienci jedzenie na jednorazowych (kij z tym, że na dłuższą metę jednorazowe wychodzą drożej niż ceramiczne), a może w ogóle nie powinno być miejsca do jedzenia, tylko zapakuj w torebkę i idź. Zresztą, co to za znaczenie, biedni nie głosują.

I tu uwaga druga: mimo tego, że uczestnicy i uczestniczki szkolenia sami się lokują w tej "biednej" grupie, bo to oni zaludnią te "apartamenty" z polbrukiem i tujami, to oni się kompletnie tam nie widzą. Oni się widzą na tym Offie, ale nie Offie prawdziwym, utrzymywanym głównie przez białe kołnierzyki z pobliskich biurowców z niewielką domieszką bogatej młodzieży, ale na tym Offie wyobrażonym, gdzie siedzi bohema, artyści i całe to kreatywne tałatajstwo, które miało na nas spłynąć jak pouczał prorok Florida. To niewiele nam mówi oczywiście o prawdziwym świecie, ale już za to bardzo wiele o aspiracjach tych Kulczyków w przejściowych tarapatach, którzy już-zaraz-natychmiast dostaną awans (a potem kolejny) i będą zarabiać co najmniej tyle co Morawiecki kiedy był prezesem banku. I wtedy, właśnie wtedy będą mieszkać w centrum, gdyż centrum jest właśnie po to, aby mieszkali w nim ludzie bogaci.

Niestety, rzeczywistość skrzeczy. Okazuje się, że godziny otwarcia lokalu to nie to samo co godziny pracy w nim (ktoś go przecież musi otworzyć, zamknąć, odebrać dostawę, przeliczyć kasę etc). Że jeden człowiek nie może pracować 12 godzin codziennie, bo nie pozwala na to kodeks pracy. Że piekarnia otwarta między 8 a 20 to tak trochę nie bardzo wiadomo dla kogo (jak to dla kogo? dla studentów!). No i, co najgorsze, że w tym centrum ciągle mieszkają ludzie niebogaci, nieładni, niekreatywni.

I tu w sukurs przychodzi architekt miasta, Marek Janiak, który kiedyś raczył powiedzieć że ta cała rewitalizacja to jest po to, żeby biedotę wyprowadzić do bloków, a żeby w kamienicach zamieszkali luminarze i faceci z grubym portfelem. I to jest dosłowny cytat. To po to te wszystkie fidrygałki pod przewodem Liebeskinda na Włókienniczej, te Siudmaki w podwórzu przy Więckowskiego, to po to są Pasaże Róży i po to są kreatywne jarmarki. A my, ludzie robiący w kulturze, często staramy się nie patrzeć na to, że sami budujemy popyt na gentryfikację, szukając miejsca na naszą sztukę i możliwość wyrażenia się bez spojrzenia jakie skutki to za sobą pociągnie. Ale wiecie, dobrymi chęciami urbanistyczne piekło jest wybrukowane.

W każdej dobrej historii w tym miejscu powinien pojawić się morał, ale tutaj go nie będzie. Będzie tylko smutna uwaga, że pewne procesy już się dokonały i nie jesteśmy w stanie ich odwrócić mimo najlepszej woli. Od lat głoszono nam i sami głosiliśmy Łódź jako Mediolan Wschodu, Europejską Stolicę Kultury, Świętą Kreatywność i Dolinę Start-upowej szczęśliwości. Ludzie patrzyli na nas i nam uwierzyli. Patrzyli na te nasze proto biznesy, kreatywne agencje, biura i knajpy wysadzone meblami z palet, naszą miłość do fabryk i kamienic. I też w nie uwierzyli. Uwierzyli w Amazing City, ostatnie nieodkryte miasto w Europie. Uwierzyli w to, że chcą tu zamieszkać i uwierzyli w to, że za to zapłacą. A na przeciw wyszły im władze miasta, bo przecież trzeba ściągać młodych i kreatywnych, w końcu Łódź kreuje, prawda? Dlatego Miasto Kamienic stało się potężnym narzędziem masowych przesiedleń, bez żadnego społecznego materaca ochronnego. Dlatego rewitalizacja po łódzku to de facto Miasto Kamienic bis, uzupełnione o wkładkę artystyczno-turystyczną, która w całej pełni odsłoniła nam się w kolejnych projektach dla ulicy Włókienniczej. I to samo wiedzą też kamienicznicy, którzy wyczuli pismo nosem i powoli czyszczą kamienicę za kamienicą, dość wspomnieć choćby Targową 47, w której teraz można sobie kupić piękne ponadstumetrowe mieszkania za twardą walutę. Tak powstaje miasto-wydmuszka, miasto-widmo, miasto-dziecko wizji wczesnych lat dwutysięcznych, po którym będziemy sprzątać tak, jak teraz sprzątamy po turbomodernizmie lat 60 i 70. A że jednak mieszkamy w kraju peryferyjnym i mieście jeszcze bardziej peryferyjnym, to płynnie łączymy jedną zarazę z drugą, dodając do siebie kreatywny rynek Kobro i wielki węzeł autostradowy kilkadziesiąt metrów dalej, nazywając całość Nowym Centrum Łodzi. Pozostaje nam czekać na rok 2023 i później, gdy ustanie już manna unijnych srebrników i gdy przyjdzie otrzeźwienie. O ile przyjdzie - bo to miasto buduje się teraz na wizji i aspiracjach, które niełatwo będzie przekreślić i których upadek będzie potężnym i kosztownym społecznie wstrząsem.

 

Jarek Ogrodowski – miejski aktywista i społecznik, w roku 2013 brał udział w kampanii edukacyjno-informacyjnej pierwszego Budżetu Obywatelskiego w Łodzi realizowanej przez Fundację Fenomen i Stowarzyszenie Topografie. Ekspert w zakresie partycypacji społecznej i rewitalizacji.

ilustracja: GRA-FIKA