Czyli wzlot i upadek partycypacji społecznej w naszym mieście.

 

Czy to możliwe, że w ciągu 10 lat zatoczyliśmy koło i znów jesteśmy w miejscu, w którym władze miasta nie chcą i nie potrafią nas słuchać ani z nami rozmawiać? O drogach a częściej bezdrożach łódzkiego dialogu społecznego pisze Jarosław Ogrodowski.

 

Łódź – lider partycypacji społecznej w Polsce! Łódź stolicą budżetu obywatelskiego! Największy budżet obywatelski w kraju! Kolejny rekord frekwencji! Partycypacja 3.0 – nowe pomysły na partycypację społeczną w Łodzi!

Te i inne, utrzymane w tym samym duchu nagłówki towarzyszą nam od lat. Dziennikarze powielają je, słysząc je na miejskich konferencjach prasowych. Jeśli by czytać wyłącznie te hasła, w Łodzi przez wiele lat partycypacja społeczna działała idealnie. Dopiero ostatnio wkradła się pewna wątpliwość, aż w końcu nagłówki znikły. Teraz pozostała nam tylko smuta.

Łódź zatoczyła koło. Aby to zobaczyć, musimy cofnąć się do późnej jesieni roku 2009, kiedy ówczesny prezydent Kropiwnicki stał na krawędzi odwołania. Jego styl zarządzania miastem był autorytarny, władza rzadko się liczyła z tym, co mają jej do powiedzenia obywatele. Konsultacje społeczne były – i mniej więcej tyle można było o nich powiedzieć, a i tak nie był to najgorszy scenariusz, bo władze miasta potrafiły się uciec do otwartego zniekształcania ich wyników, czego najbardziej rażącym przykładem były ankiety dotyczące rewitalizacji osiedla na Księżym Młynie. Te same, w których nie można było odpowiedzieć że jest się za rewitalizacją, ale również za tym, aby móc na osiedlu pozostać. Władze miasta więcej nie popełniły tego błędu – po prostu przestały mieszkańców pytać o zdanie.

Wrocław, Poznań czy Kraków nadal nam uciekały, ale wydawało się że my, w naszych łódzkich polonezach i dużych fiatach jesteśmy w stanie ich dogonić. Niestety, oni już wtedy odjeżdżali zachodnimi autami.

Tamten okres w życiu miasta słusznie kojarzył się wielu łodzianom z rządami Władysława Gomułki. Było biednie, było oszczędnie, było szaro, a rządził nami kostyczny i pochodzący z poprzedniej epoki gospodarz. Gospodarz, który potrafił co prawda zadbać o budżet i który wyprowadził miasto znad krawędzi, ale który jednocześnie nie miał i nie potrzebował mieć wizji zarządzania nowoczesnym, europejskim miastem. Ta kropiwnicka mała stabilizacja nie mogła trwać długo – w międzyczasie zobaczyliśmy, jak odjeżdżają nam inne miasta, jak dystans do Poznania, Wrocławia czy Krakowa nie tylko się nie zmniejsza, ale się zwiększa. Zechcieliśmy zmian – i je dostaliśmy.

Tak jak zdarzyło się to w historii Polski, tak i u nas po gomułkowskiej siermiężnej małej stabilizacji nastał okres gierkowskiej prosperity. Nowa prezydent miasta Hanna Zdanowska postawiła na PR i inwestycje wizerunkowe. Miasto (a więc my wszyscy!) hojniej sypnęło na remonty, odmalowywanie fasad, wymianę jezdni, kolejną już przebudowę głównej ulicy miasta. Do tego koniunktura była zdecydowanie lepsza – budżet miasta pomimo inwestycji ciągle rósł, do Łodzi przychodzili nowi pracodawcy, a bezrobocie spadało. Wrocław, Poznań czy Kraków nadal nam uciekały, ale wydawało się że my, w naszych łódzkich polonezach i dużych fiatach jesteśmy w stanie ich dogonić. Niestety, oni już wtedy odjeżdżali zachodnimi autami.

Jedną z dziedzin, którą chciała naprawić nowa prezydent miasta, był dialog z mieszkańcami. Trudno się temu dziwić – sama zdobyła władzę w wyniku otwartego ich buntu i referendum, za sprawą którego głowę położył Jerzy Kropiwnicki. Do ręki dostała sporo narzędzi – w międzyczasie rosnące w siłę ruchy miejskie wypracowywały kolejne metody współpracy, które wymagały odzewu ze strony magistratu, a na Księżym Młynie toczył się modelowy proces odzyskiwania zaufania mieszkańców i włączania ich w decydowanie o własnym osiedlu, któremu patronowały z jednej strony organizacje pozarządowe, a z drugiej nowa wiceprezydent miasta Agnieszka Nowak. Lata 2010-12 to zresztą okres przyspieszenia i odkrywania nowych dróg. Konsultacje społeczne należało zreanimować i wypełnić nową treścią, inicjatywę lokalną przywrócić do życia, wreszcie wprowadzić i inne metody współdecydowania, takie jak choćby budżet partycypacyjny. Mówiło się o tym dużo i głośno, a urząd miasta zdawał się chętnie słuchać i współpracować. Do czasu.

Mieszkańcy muszą widzieć, że pani prezydent jest fajna, że jest równą babką, że nie jest odległa i że pilnuje łódzkich spraw.

Rok 2012 to również rok próby odwołania prezydent Zdanowskiej. W akcję zbierania podpisów pod referendum włączyło się wiele środowisk, aczkolwiek zdecydowanie mniej niż trzy lata wcześniej. Jednym z nich było środowisko skupione w stowarzyszeniu „Teraz Łódź”, któremu szefował Piotr Jabłoński, a partnerował Jakub Polewski. To właśnie to środowisko w ostatniej chwili zmieniło zdanie i odmówiło oddania zebranych podpisów, w zamian za co prezydent Zdanowska oddała mu całkowitą kontrolę nad kontaktami urzędu miasta z obywatelami. Konstrukcję tą wprowadzono ponad naszymi głowami, zarządzeniem prezydent miasta, przy złamaniu przepisów prawa miejscowego i krajowego, o zasadach współżycia społecznego i zwykłej przyzwoitości nie wspominając. Inicjatywa referendalna upadła, bo zabrakło jej podpisów, a urząd miasta osiągnął swój cel – prezydent Zdanowska pozostała u władzy.

Po tych wydarzeniach władza postanowiła odzyskać utracone zaufanie. Zarządzenie zostało wycofane, „Teraz Łódź” pozostało z niczym. Urząd miasta zaś rzucił ruchom miejskim łakomy kąsek na zgodę – budżet partycypacyjny. Było to coś, o co społecznicy dobijali się od dobrych dwóch lat, a prace nad nim postępowały szybko. Pierwsza edycja miała ruszyć już w roku 2013, a organizacją miały się zająć organizacje pozarządowe, po których stronie miała leżeć cała kampania informacyjna, edukacyjna i promocyjna, ale też organizacja spotkań dla mieszkańców i doradztwa dla osób chcących składać wnioski. Akcja ta ruszyła wczesną wiosną 2013 roku i jej sukces zaskoczył wszystkich. Budżet, teraz nazwany obywatelskim, spotkał się z olbrzymim odzewem łodzian. Ilość zgłoszonych propozycji poszła w tysiące, uczestników głosowania – w setki tysięcy. Nie mogło to ujść uwadze urzędu miasta.

Hanna Zdanowska, ucząc się na błędach Jerzego Kropiwnickiego, wiedziała, że musi dbać o własny wizerunek, a tym, czego się musi wystrzegać najbardziej, jest śmieszność i wyniosłość. Jej otoczenie dbało i dba o to dzień i noc. Mieszkańcy muszą widzieć, że pani prezydent jest fajna, że jest równą babką, że nie jest odległa i że pilnuje łódzkich spraw. Muszą widzieć i wiedzieć, że pani prezydent w razie potrzeby obsobaczy winnego zaniedbań, a nawet wyrzuci ze stanowiska, że jest stanowcza i że zawsze chce dobrze. I że słucha ludzi. Jak łatwo można zauważyć, budżet obywatelski nadawał się idealnie, aby go wpisać w ten wizerunek.

I tak od następnego roku rozpoczęło się powolne przejmowanie budżetu obywatelskiego z rąk organizacji pozarządowych. Coraz więcej i więcej zadań oddawano urzędnikom, coraz mniej i mniej pozostawało ruchom miejskim. Od pewnego momentu urząd miasta przejął organizację budżetu obywatelskiego na wyłączność – i niemal nikt nie zauważył różnicy. W międzyczasie urząd miasta powoli zaczął wygaszać tradycyjne metody partycypacji społecznej, zastępując je nowymi. Jeszcze w latach 2014-15 udało się przeprowadzić duże, warsztatowe konsultacje społeczne dotyczące rewitalizacji, a nieco później podobne konsultacje dotyczące Starego Polesia, ale to były już ostatnie tak duże wydarzenia. Ciężar został przełożony na bezpośrednie spotkania pani prezydent z mieszkańcami, koniecznie w formule pani prezydent versus pełna sala, podczas których mikrofon wędrował pomiędzy ludźmi, a pani prezydent obiecywała rozwiązania, będąc ich jedynym gwarantem. Ponadto uruchomiono internetową platformę Vox Populi, która partycypację społeczną sprowadziła do zerojedynkowego plebiscytu, najczęściej dotyczącego spraw trzecio- i czwartorzędnych, takich jak kolor foteli w tramwajach. 

Najlepszym przykładem tego zmierzchu były konsultacje „dużego” budżetu miasta. Pierwotnie budżet konsultowano w ten sposób, że liczący kilkaset stron projekt udostępniano do wglądu w siedzibie urzędu. Później, po naciskach strony społecznej, udostępniano zeskanowany projekt w Internecie. W końcu urząd miasta się zgodził na porządne konsultacje, przeprowadzone przez jedną z łódzkich organizacji pozarządowych. Konsultacje były sukcesem, wzięła w nich udział rekordowo duża liczba mieszkańców, ale i tak dla urzędu było to za mało. Władze miasta ogłosiły, że mieszkańcy się nie interesują budżetem, więc w następnych latach konsultacje skrócono do kilku dni, a w zeszłym roku w ogóle je zlikwidowano. Ponownie nikt zdawał się nie zauważyć różnicy.

 Ewidentnie było widać, że partycypacja społeczna nie jest już sexy i nie przynosi punktów wizerunkowych.

W międzyczasie budżet obywatelski zaczął trzeszczeć i kłaść się cieniem na wizerunku pani prezydent. Coraz więcej projektów nie trafiało do realizacji (niektóre latami), coraz więcej pieniędzy przejmowały miejskie instytucje, tworząc swoiste spółdzielnie wspierające się nawzajem, coraz więcej ludzi wyrażało niezadowolenie. Nawet przychylna dotychczas władzy prasa zaczęła pisać o budżecie obywatelskim w tonie negatywnym i domagać się zmian, na co ostatnią odpowiedzią władz miasta była konferencja prasowa w styczniu 2019 roku, podczas której nowy wiceprezydent miasta, Adam Wieczorek, ogłosił nowe otwarcie pod nazwą „Partycypacja 3.0”. Jeśli jednak ktokolwiek spodziewał się zmian jakościowych, srodze się przeliczył. Zauważalna była jednak zmiana narracji – urząd miasta znajdował się w defensywie, znikło hasło o „Łodzi – liderze partycypacji”, a budżet obywatelski już nie był tym największym, ale zaledwie „jednym z najlepszych w Polsce”. Blado przy tym wypadało podsumowanie ośmiu poprzednich lat, które sprowadziło się do „kilkuset spotkań w szkołach i galeriach”, „kilkudziesięciu spacerów badawczych” i „Vox Populi – platformy której nie mają inne miasta”. Ewidentnie było widać, że partycypacja społeczna nie jest już sexy i nie przynosi punktów wizerunkowych. Nic więc dziwnego, że temat oddano radnym z sąsiedniego klubu zgodnie z zasadą, że co złego to nie my, a urząd miasta o partycypacji społecznej praktycznie przestał mówić.

Pejzaż partycypacji społecznej w Łodzi u progu nowej dekady jest bardzo ubogi. Oprócz budżetu obywatelskiego nie funkcjonują praktycznie żadne narzędzia włączające mieszkańców do zarządzania miastem. Rozmontowano rady osiedli, zabierając im praktycznie wszystkie fundusze, niemal zaprzestano konsultacji społecznych, likwidując m.in. konsultacje społeczne budżetu miasta, inicjatywa lokalna nie działa (ponoć z braku zainteresowania, ale skąd ono ma się brać, jeśli nikt o niej nie wie?), znikły nawet słynne spotkania pani prezydent z mieszkańcami, a platforma Vox Populi uparcie milczy. W końcu padł i ostatni szaniec – w zeszłym tygodniu gruchnęła wieść o tym, że władze miasta zawieszają budżet obywatelski, łamiąc przy tym zapisy ustawy o samorządzie gminnym, która zakłada jego obligatoryjność w dużych miastach. Oczywiście tłumaczone jest to epidemią coronavirusa i bezpieczeństwem mieszkańców, a także potrzebą cięcia wydatków z powodu kryzysu. Ci jednak, którzy potrafią czytać znaki, wyraźnie widzą, że jest to przede wszystkim pozbycie się problemu, który zagrażał wizerunkowi i ucieczka do przodu. Budżet obywatelski (i szerzej, cała partycypacja społeczna) już dała obecnej ekipie wszystko, co mogła, i zwyczajnie nie jest jej potrzebna. Społeczeństwo stoi „murem za Hanką” i wybrało ją na kolejną kadencję, w końcu 70% głosujących nie ma prawa się mylić. Prezydent miasta jest silna i – jak głosiły jej plakaty wyborcze z jesieni 2018 roku – JEST Łodzią. A jeśli nią jest – to przecież sama najlepiej wie, co dla Łodzi jest najlepsze.

Ale tak jak gierkowską prosperity zakończył kryzys schyłku lat 70., tak zdanowską prosperity kończy kryzys roku 2020. Władze miasta to widzą i podobnie jak w schyłkowych latach 70. szukają dróg wyjścia. Wśród bezwzględnie lojalnych do tej pory baronów i mandarynów pojawiają się pęknięcia i frakcje, których nie zaleczyła nawet przymusowa likwidacja wszystkich kół partii rządzącej i połączenie ich w jedno jesienią zeszłego roku. Frakcja stojąca do tej pory bezpośrednio za panią prezydent w dawnym Kole Aktywności utworzyła swoją bezpośrednią kontynuację i zaznaczyła odrębność wobec pozostałych frakcji. Tak powstało stowarzyszenie „Kocham Łódź” – od hasztagu używanego przez miejskie służby prasowe i PRowe przez ostatnich kilka lat. W jego władzach znajdziemy wiceprezydenta miasta Adama Wieczorka (tego samego od Partycypacji 3.0), ale też dyrektorów w urzędzie miasta, łódzkich radnych i pracowników wysokiego szczebla w łódzkich spółkach miejskich. To nie są ludzie przypadkowi, niczym dziwnym nie jest, że spośród czterech najważniejszych współpracowników Hanny Zdanowskiej we władzach odnajdujemy aż trzech (Adam Wieczorek, Paweł Bliźniuk, Michał Chmielewski). Zadziwia nieobecność czwartego z nich, do niedawna wszechwładnego w urzędzie i okolicach Tomasza Piotrowskiego, ale to temat na osobną analizę.

W ten sposób zatoczyliśmy pełne koło – władza nie tylko ignoruje mieszkańców, ale wręcz ostentacyjnie słuchać ich nie chce.

Stowarzyszenie to przedstawia się jako „profesjonalny ruch miejski” i odwołuje się wprost do technokratycznej wizji zarządzania. Nie liczy się idea, liczy się tylko sprawność reagowania i zarządzania miastem, tym mocniej akcentowana, im bardziej są z tym problemy. Stowarzyszenie to bez żenady korzysta z zasobów urzędu miasta, np. rozdając zakupione z naszych, podatników, pieniędzy maseczki i przedstawiając to jako własną akcję. Granica pomiędzy organizacją pozarządową a jednostką publiczną została całkowicie zatarta, a własność publiczna stała się własnością partyjną – bo wszyscy wymienieni w KRS członkowie zarządu i komisji rewizyjnej stowarzyszenia posiadają bądź posiadali legitymację członkowską Platformy Obywatelskiej. W ten sposób zatoczyliśmy pełne koło – władza nie tylko ignoruje mieszkańców, ale wręcz ostentacyjnie słuchać ich nie chce. Symuluje dialog z łodzianami, tworząc koncesjonowany ruch miejski, który w niedalekiej przyszłości zamienić się może w tubę do zagłuszania coraz bardziej niezadowolonych mieszkańców i przejmowania miejskich funduszy przeznaczonych na zadania dla organizacji pozarządowych. Który bowiem urzędnik odmówi organizacji, w której władzach zasiada jego szef, miejski radny czy wiceprezydent miasta? 

Podobnie jak w roku 2009, władza istnieje przede wszystkim dla siebie samej. Nie jest już w stanie wiarygodnie i sprawnie zarządzać miastem, a lista jej zaniedbań, tuszowanych przez wciąż sprawne biuro prasowe jest coraz dłuższa. Mimo demonstrowanego na zewnątrz zadowolenia i jedności widać wyraźnie, że w szeregach partii rządzącej nie dzieje się dobrze i wszyscy czekają, co będzie dalej. Epidemia coronavirusa prawdopodobnie skatalizowała te ruchy tektoniczne wewnątrz obozu rządzącego i pchnęła nas ku ciekawym czasom. Niestety, zgodnie z chińskim przysłowiem, jest to bardziej klątwa niż szansa – podczas gdy my pogrążymy się w kilkuletniej smucie i walce o władzę i pozycję, inni znów uciekną nam do przodu. Tylko że teraz to już nie są Wrocław, Poznań czy Kraków, ale Lublin, Bydgoszcz i Szczecin.

 

___________________________________   

 

Jarek Ogrodowski – miejski aktywista i społecznik, w roku 2013 brał udział w kampanii edukacyjno-informacyjnej pierwszego Budżetu Obywatelskiego w Łodzi realizowanej przez Fundację Fenomen i Stowarzyszenie Topografie. Ekspert w zakresie partycypacji społecznej i rewitalizacji.

___________________________________   

ilustracja: GRA-FIKA