Mieszkam na Starym Polesiu, ja i Agnieszka, z nami dwójka synów. Nieopodal mieszkają Agata z Norbertem i dwójką dzieciaków, Maciek z żoną i dziećmi, Witek z Magdą i dwójką świetnych córek. I jeszcze Przemek z Moniką i córcią, Agata z Kamilem i synem, niedaleko Rafał z żoną i dwojgiem dzieci, Jola z mężem i córką, Jeszcze Jolka, Marta z siostrą, Marysia z Guillermo, Kamila. Jeśli dobrze liczę, to będzie razem 35 osób. Praktycznie, co skrzyżowanie na Starym Polesiu, to kamienica ze znajomymi. A wszystko to osoby, z którymi z przyjemnością spędziłbym popołudnie, odbył spacer po okolicy, pogawędził na rogu podczas przypadkowego spotkania. Wszyscy oni mieszkają w kwadracie ulic Włókniarzy - Ogrodowa - Wólczańska - Struga. Wykształceni, świadomi, roztropni, dbający o przestrzeń publiczną, szanujący bliźnich. Cnota na cnocie. Wszyscy oni mają sąsiadów. Sąsiedzi to osobna historia. Kłopoty różnej maści.

A jednak koegzystencja ma się. Dzień dobry, przepraszam. Sąsiedzi mają dzieci. Dzieci bywają okrutne. Najczęściej jednak są sympatyczne i pomocne. Przypadkowo spotkane na pikniku częstują popcornem z rożka, „dasz się przejechać na rowerze?” pytają. Wieczorami bazgrzą po murach. Nawet nie spodziewają się, że miasto szykuje program rewitalizacji.

W znakomitej większości wymienieni znajomi nie planują szybkiej wyprowadzki. Wielu ślubuje osiedlu wierność. Mieszkanie na Starym Polesiu oferuje uroki dość niespotykane. Mieszka się było nie było w centrum, a jednak trochę na wsi. Po godzinie 20 senna atmosfera ulic Starego Polesia uspokaja, rozleniwia. Cisza, spokój, słychać kroki wracających do mieszkań w kamienicach. No, chyba, że za oknem impreza. Ale to rzadko. Na Pietrynę kwadrans spokojnego spaceru.

Sielankowy obraz ulicy łamią mroczne historie staropoleskich rodzin. Każda niemal kamienica je zna. Wiejsko-senny klimat osiedla to przykrywka dla bulgoczących pod spodem historii. Znają je ci, którym chce się tych historii słuchać. Ostatnio chce się między innymi Teatrowi Pinokio i Koglom Moglom z Legionów. Wiemy to z ich programu „Wjeżdżamy
w bramy”, granego w staropoleskich podwórkach. A jaka z tych historii płynie nauka? Najpierw ta, że obecna kondycja Starego Polesia ma źródło w tych historiach i bez przepracowania ich, osiedle nie ruszy do przodu. Przede wszystkim jednak nauka jest ta, że rewitalizacja to ludzie.

W czasie dyskusji w Muzeum Sztuki w ostatnią środę (14 maja) Małgorzata Hanzl wypowiedziała świetną myśl: dobrze się stało, że zrozumiano wreszcie, iż szukając pomysłu na Łódź należy patrzeć przede wszystkim na to, co jest fajne
w starej Łodzi, a nie pławić się w marzeniach o tym, co nowego można by wybudować i kto bogaty nam tego nie sprezentuje. (Do czego notabene sprowadza się aktualnie całe nieszczęście związane z pustką projektu Nowego Centrum Łodzi). Teraz należałoby oczekiwać - kontynuowała Hanzl - że miasto zrozumie i tę prostą myśl, iż fajni są również starzy mieszkańcy Łodzi i nie trzeba czekać na nowych, wspanialszych. Wielu ze starych, taka jest smutna prawda, czeka, aż miasto wyciągnie do nich pomocną dłoń. Chyba warto się zastanowić, czy to przypadkiem nie jest lepszy i praktyczniejszy pomysł, niż karmienie się marzeniami o tym, jacy to świetni ludzie przyjadą, gdy już im tę kreatywną ojczyznę przygotujemy i podamy na tacy?

Niepokoję się trochę, że chwilowy szum wokół programu rewitalizacji centrum miasta koncentruje uwagę ludzi przede wszystkim na odnowie budynków i infrastruktury. Bo ta kwestia, jako stosunkowo niebudząca kontrowersji, nie powinna nas kłopotać w pierwszym rzędzie. Niepokoi mnie brak rozmowy o rewitalizacji społecznej, czyli o tym, jak
z lokatorów kamienic zrobić mieszkańców Starego Polesia, mieszkańców Łodzi. Jak spowodować, żeby im się chciało chcieć, np. chcieć dbać o wspólną przestrzeń, o ich przestrzeń? A w tym niepokoju utwierdza mnie dziwaczny
i niezrozumiały pomysł dzielenia staropolesian na mieszkańców pierwszej i drugiej kategorii (tych sprzed i zza Żeromskiego). Czymże bowiem innym są pomysły wyodrębnienia kwartałów „rewitalizacyjnych” w poprzek osiedla?

Skoro powiedziało się A (włączamy kwartały staropoleskie do programu rewitalizacji), to oczekiwałbym B (włączmy je wszystkie w granicach strefy wielkomiejskiej). Nie wyobrażam sobie prawdziwej rewitalizacji społecznej na Starym Polesiu (a więc w centrum miasta) w sytuacji, gdy połowa osiedla podlega programom aktywizacji społecznej, a druga - nie... Bo niby jak? Przecież to osiedle stanowi obecnie bardzo spójną całość. Rozumie to każdy, kto je codziennie przemierza, kto na nim żyje, a nie tylko karmi się pustymi stereotypami.

Szymon Iwanowski

Stowarzyszenie Społecznie Zaangażowani

 

PS. Oglądając mapę 55 kwartałów wyznaczonych przez miasto do rewitalizacji, za każdym razem mam to samo dziwne uczucie, że centralne staropoleskie kwartały, o których społeczną rewitalizację się upominamy, logicznie uzupełniają obrys centrum Łodzi, a nie są jedynie sztucznym dodatkiem. Zerknijcie proszę na szkicowy rysunek poniżej. (Czerwona linia stanowiąca zachodnią granicę na załączonej mapce to ulica Żeligowskiego - faktyczna granica strefy wielkomiejskiej).

 

              brakujace kwartay rewitalizacji