Powiedzmy to sobie wprost – Ściana Płaczu zostanie z nami na zawsze. Jest ona emanacją kondycji, w której od dziesięcioleci znajduje się nasze miasto – wielkie ambicje idą w parze z niemożnością naprawienia chodnika czy ogarnięcia elementarnego porządku. Jest to Ściana Prawdy, przy której można przeprowadzić bolesną, ale prawdziwą lekcję o Łodzi, które powoli acz systematycznie godzi się ze swoim prowincjonalnym statusem. Choć w ramach „rewitalizacji” chodniki na Zachodniej właśnie wymieniają. Może to, mimo wszystko, jakiś znak lepszej przyszłości?

 

 

1

 

Stoję na skrzyżowaniu Zachodniej z Ogrodową. Szaroszklane elewacje hotelu i znajdującego się po drugiej stronie biurowca odbijają pałac Poznańskiego. Miejsce mimo patelniowatej formy znajdującego się przed hotelem placyku nawet się broni – nie jest to tkanka miejska najwyższych lotów, ale nie jest też powodem do wstydu. Gdy przyglądam się biurowcowi widzę jednak pewną anomalię – jest on cofnięty w stosunku do innych budynków po tej stronie Zachodniej. Oczyma wyobraźni zastanawiam się co musiałoby się stać, aby był on zaczątkiem pierzei. Szybko dochodzę do wniosku, że na całej długości ulicy aż do Zielonej wszystkie budynki po wschodniej stronie musiałyby zostać wyburzone, w tym mieszczący się w dawnej mykwie Akademicki Ośrodek Inicjatyw Artystycznych i znana chyba wszystkim łodzianom przychodnia przy Próchnika, dawny hotel Bristol. Tylko wtedy dałoby się wyrównać pierzeję ulicy względem biurowca stojącego vis-a-vis Muzeum Łodzi. Gdy przed dekadą miasto ogłosiło konkurs urbanistyczny na zagospodarowanie okolic Piotrkowskiej jedynie architekt Mirosław Wiśniewski miał odwagę by zaproponować powtórne zwężenie Zachodniej i odbudowę wschodniej pierzei w pierwotnej lokalizacji. Uznano to powszechnie za mrzonkę. Wniosek nasuwa się tylko jeden – ulica ta jest niejako skazana na „szczerbatość” i wizytówką miasta nigdy nie będzie. Czy jest dla niej jakaś nadzieja?

IMG 8920

 

Zastanawiam się nad tym widząc przy Legionów godny powiatowego miasteczka tandetny pawilon handlowy ze szkła i znajdującą się za nim kamieniczkę poobklejaną tandetnymi gipsowymi ozdobami oraz stanowiącą stelaż pod wielkoformatową reklamę.

 

2

 

Jako historyk dostrzegam pewien paradoks w nieumiejętności zabudowy tego miejsca. Przecież Spacerowa, czyli dzisiejsza aleja Kościuszki powstała na skutek podzielenia działek, które pierwotnie ciągnęły się od Piotrkowskiej aż do Wólczańskiej. I szybko zabudowała się najdroższymi kamienicami w mieście (choć kilka fabryk i parterowych domów i tam się znalazło) oraz nielicznymi w Łodzi budynkami użyteczności publicznej. Dawny Bank Państwa, czyli NBP, znajdujący się naprzeciw Bank Handlowy, czyli PKO BP, wspaniały, smukły budynek centrali telefonicznej, monumentalne kamienice na rogu Zielonej, Andrzeja, 6 Sierpnia – wszystkie one powstały właśnie dlatego, że Łódź rosła przez podziały. Również i Moniuszki, swego czasu Pasaż Meyera – najelegantszy w całym mieście – powstał w ten sposób. A jednak, w drugiej połowie XX wieku zatracono gdzieś umiejętność wykorzystywania okazji, jaką stwarzała każda budowa arterii. Poszerzenia dróg dokonane „za komuny” są w większości niezagojonymi ranami w centrum miasta. Zachodnia, Narutowicza, Główna – każda z tych ulic stanowi pomnik łódzkiego niedasizmu. Powiedzmy sobie jednak wprost – twórcy Ściany Płaczu nie chcieli, by wyglądała ona tak, jak wygląda. Przenieśmy się z Ogrodowej myślami dwa przystanki na północ – w miejscu dawnego kirkutu zobaczymy porządne socrealistyczne kamienice, pozbawione nachalnych symboli ustroju obowiązującego po 1945 roku, stojące za to w osi ulicy i tworzące całkiem niezłą zabudowę miejską. Brutalna prawda jest taka, że gdyby włodarze Łodzi w PRL chcieli zabudować Zachodnią to by to uczynili.

 

Czemu na odcinku, który potem łodzianie przezwą Ścianą Płaczu, nie udało się zatem zrealizować nowej zabudowy? Głównie dlatego, że centrum oczekiwało na kompleksową przebudowę. Moderniści widzieli w Łodzi „city” z szerokimi drogami. Piotrkowska miała zostać jako pamiątka przeszłości, zabudowa innych ulic traktowana była jako zwierzyna łowna dla buldożerów. Architekt Witold Millo proponował na tyłach zabudowy placu Wolności (te brzydkie bloki na placu to jego sprawka) wieżowce o odważnych trójkątnych bryłach, podobnych nieco do niektórych hoteli w górskich kurortach. Tyle, że przebudowa centrum zawsze przegrywała w hierarchii wartości z budową nowych osiedli mieszkaniowych. Łatwo było wyburzyć stare, lecz nowa jakość, która miała powstać w tym miejscu pozostawała głównie na papierze. W wielu przypadkach aż chce się dodać, że na szczęście. Czy jednak, gdyby Zachodnią obudowano blokami w podobnej skali jak te znajdujące się tam, gdzie był kiedyś cmentarz żydowski, ktokolwiek tęskniłby za tym, co znajdowało się przy niej wcześniej? Zastanawiam się nad tym widząc przy Legionów godny powiatowego miasteczka tandetny pawilon handlowy ze szkła i znajdującą się za nim kamieniczkę poobklejaną tandetnymi gipsowymi ozdobami oraz stanowiącą stelaż pod wielkoformatową reklamę. Jakże żałośnie wygląda to miejsce w porównaniu do dwóch zaniedbanych, ale wielkomiejskich kamienic po drugiej stronie ulicy. Może Witold Millo miał rację?

IMG 8932IMG 8926IMG 8927

 

Kilka lat temu pojawiła się plotka, że między Zieloną a Więckowskiego powstanie duży biurowiec do którego przeniosą się liczne wydziału urzędu miasta. Ów „duży open space” miał ułatwiać zarządzanie urzędem. Nic z tego jednak nie wyszło, a najnowsze plany zakładają ewakuację magistratu do Nowego Centrum, w myśl zasady „nie wyszło nam centrum miasta, zróbmy sobie nowe”.

 

3

 

Z Ogrodowej dochodzę do Więckowskiego przyglądając się wyburzaniu oficyn, przez które prowadził łącznik z Piotrkowską. Już nie przejdziemy stąd do Niebostanu, bo stojące przy Zachodniej ruiny dożywają właśnie swych dni. Uświadamiam sobie, że według pierwotnych zamierzeń wszystko, co widzę miało zniknąć. Nawet elegancka kamienica PWN, która miała ustąpić miejsca nowoczesnemu budynkowi Teatru Nowego. Widząc smutny, wręcz klejący się od brudu i opustoszały budynek dyrekcji kolei wchodzę na odcinek, który można by nazwać obszarem nędzy i rozpaczy. Nie zawsze to miejsce wyglądało jednak aż tak źle. Przy samej Zielonej jeszcze dwie dekady temu stała mała i dość zadbana fabryka z czerwonej cegły. Kamienice po drugiej stronie ulicy nie były zaś puste. Patrzę na to depresyjne miejsce i zadaje sobie pytanie co zrobić z najsmutniejszym fragmentem Ściany Płaczu. Miasto widzi tam nową zabudowę. Kilka lat temu pojawiła się plotka, że między Zieloną a Więckowskiego powstanie duży biurowiec do którego przeniosą się liczne wydziału urzędu miasta. Ów „duży open space” miał ułatwiać zarządzanie urzędem. Nic z tego jednak nie wyszło, a najnowsze plany zakładają ewakuację magistratu do Nowego Centrum, w myśl zasady „nie wyszło nam centrum miasta, zróbmy sobie nowe”. Gdy widzę charakterystyczne schodki prowadzące do dawnej siedziby gminy żydowskiej przypominam sobie, że Jacek Wesołowski z Politechniki proponuje w tym miejscu niewielki park. Bardzo podoba mi się ten pomysł, bo w tej części Śródmieścia dramatycznie brakuje zieleni. Czy jednak nie byłaby to kapitulacja wobec trwającej już ponad pół wieku bezradności? Dochodzę do Zielonej. Nieco dalej widzę wyczyszczony z drzew plac synagogalny. W mojej głowie natychmiast pojawiają się wizualizacje niezłej klasy biurowca, który miał tam stanąć. Niestety inwestor z branży konfekcyjnej nie gwarantuje sukcesu tego przedsięwzięcia... Za moimi plecami znajduje się miejsce, o które dekadę temu zabiegałem – teren powstającego przystanku w tunelu kolejowym łączącym Łódź Fabryczną z Kaliską. Przystanku, który może odmienić losy centrum miasta. Wspominam ile trudu kosztowało nas, by przekonać miasto, województwo i kolej, że budowana za miliardy linia kolejowa nie powinna ominąć Łodzi od spodu… A przecież przystanek przy Zielonej i tak jest kompromisem. Powinien się on znajdować przy Piotrkowskiej. 

Czy bliskość tego wywalczonego podziemnego przystanku ożywi Ścianę Płaczu? Oby, choć trudno być optymistą. Wystarczy zerknąć na pobliską aleję Kościuszki. Budynek centrali telefonicznej od lat stoi pusty. Właśnie wyprowadził się stamtąd duży państwowy bank. Przez lata chwalił się zabytkową siedzibą, godną największych metropolii Europy, a dziś uznał ją za zbędny koszt, którego trzeba się pozbyć. Widać, że banksterzy wzięli tam górę nad bankierami. Ci drudzy wiedzieliby, że wartościowa siedziba to majątek, a majątek to prestiż i poważanie klientów. Zresztą kto kupi zabytkowy bank z oryginalnym wyposażeniem? Takie miejsca powinny żyć a nie czekać na kupców, którzy nie nadejdą, jeśli żyć ma i centrum Łodzi. A tak mamy opustoszałe centrum wymierającego miasta, a w samym jego środku Ścianę Płaczu…

 

Na czarnym od brudu pofabrycznym budynku wisi równie brudny baner reklamujący jakieś nowe bloki na przedmieściach. Jakież to wymowne.

4

 

Wsiadam do tramwaju. Od razu przypominają mi się żywopłoty, które rosły między torowiskiem a jezdnią jeszcze kilkanaście lat temu. Jak można było przy okazji wielkiego projektu z Unii nie zastosować w środku miasta zielonego torowiska? Jadę na północ. Żwirowa podbudowa doskonale rezonuje z dziwacznymi esami, jakie musi wykonać tramwaj między Więckowskiego a Próchnika. Kiedyś tory były tam proste. Kto to wymyślił? Przy obu tych ulicach w ramach budowy tramwaju regionalnego, co to nigdy nie wyjechał poza granice Łodzi zlikwidowano po jednym przejściu dla pieszych. Któż – zastawiam się – chciałby mieszkać przy ulicy, która nie dość, że jest ściekiem komunikacyjnym to jeszcze pozbawiono ją przejść dla pieszych w oczywistych lokalizacjach!? Po chwili uświadamiam sobie, że przecież po drugiej stronie ulicy ludzie nadal mieszkają. Bardzo im współczuję… Na czarnym od brudu pofabrycznym budynku wisi równie brudny baner reklamujący jakieś nowe bloki na przedmieściach. Jakież to wymowne. Nieco dalej brama, w której pobierano krew przerażonym dzieciom, a na podwórku znajdowało się kultowe kino Cytryna. Uświadamiam sobie, że wspomnienia z tego miejsca są lepsze niż to, co widzą moje oczy w 2021 roku…

IMG 8918

 

Bylejakość tego fragmentu Zachodniej – myślę sobie – wynika nie tylko z faktu, że nie udało się go zabudować. My sami, żyjąc tu i teraz, przywykliśmy traktować to miejsce jako byle jakie. Przecież ogołocone z zabudowy place mogłyby być ogrodzone, tak jak robi to się w miastach zachodnich. Z perspektywy pieszego mur skrywający taką działkę wygląda o wiele lepiej niż pustkowie. Przecież przy torowisku mogłaby być urządzona zieleń. Doprawdy nie potrzeba budżetu obywatelskiego, by wpaść na taki pomysł. Przecież samo miasto mogłoby wybudować coś przy Zachodniej – te najbardziej kompromitujące Łódź działki przy Ścianie Płaczu są miejskie! Skrzyżowanie Nawrot i Sienkiewicza pokazuje, że komunalny blok może być wielkomiejski i dobrze uzupełniać śródmiejską zabudowę… Dużo tych „przecież”, a ulica jak wyglądała źle tak wygląda i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Powiedzmy to sobie wprost – Ściana Płaczu zostanie z nami na zawsze. Jest ona emanacją kondycji, w której od dziesięcioleci znajduje się nasze miasto – wielkie ambicje idą w parze z niemożnością naprawienia chodnika czy ogarnięcia elementarnego porządku. Jest to Ściana Prawdy, przy której można przeprowadzić bolesną, ale prawdziwą lekcję o Łodzi, które powoli acz systematycznie godzi się ze swoim prowincjonalnym statusem. Choć w ramach „rewitalizacji” chodniki na Zachodniej właśnie wymieniają. Może to, mimo wszystko, jakiś znak lepszej przyszłości?

 

 

 __________________________________

Kamil Śmiechowski – Pochodzi z Łodzi, co jak wiadomo powoduje efekty uboczne do końca życia. Oficjalnie dr nauk humanistycznych, adiunkt w Katedrze Historii Polski XIX wieku UŁ. Interesuje się historią miast, analizą dyskursu, procesami modernizacyjnymi na ziemiach polskich w XIX i XX w. oraz dziejami Łodzi. Kiedyś społecznik, dziś zwykła maruda ;)