22 marca – 6 kwietnia 2022

 

 

Szanowna Pani Prezydent,

 

tak się mozoliłam z tym drugim listem do Pani, że zdążyła wybuchnąć kolejna wojna i te rzeczy, o których chciałam Pani opowiedzieć, jak moje przygody z sikaniem w mieście, wydają się teraz – delikatnie mówiąc – mało istotne.

Rozglądam się w tych moich bazgrołach i niezliczonych skrawkach notatek i wychodzi na to że zaczęło się chyba jeszcze wczesną wiosną zeszłego roku, kiedy usłyszałam ciche szmery idąc przez park 3 Maja (szyszyszyszy - - szyszyszyszyszy). Okazało się, że to tupot budzących się jeży szperających w zeschłych liściach. Bardzo chciałam Pani o tym opowiedzieć.

A potem jeszcze o tym, jak pięknie zakwitły drzewka wiśniowe na Traugutta, jak niekoszone (niekoszone!) trawy falowały na wietrze, przetykane białoróżowymi stokrotkami i żółtymi główkami mleczy. O tym, jak gołębiom grzywaczom rozkładają się kolory na brzuchach, jak siwawy róż przechodzi stopniowo i delikatnie w stalowy błękit. Czy Pani ma w ogóle czas na takie rzeczy?

Zwykle wyłapuję ten lokalny koloryt kiedy idę na rynek. Zeszłej wiosny o tej porze przemierzałam Zieloną śledząc gnany wiatrem okruszek styropianu (styropian jest teraz w Łodzi równie powszechny jak foliowe całuny) i wpakowałam się w zasieki wokół tunelu średnicowego.

Kilka lat temu śniło mi się, że od Fabrycznej do ŁDK-u ziemia rozstąpiła się tworząc olbrzymi krater. Czy sądzi Pani, że to mogła być antycypacja wiercenia tunelu? Czy może ogólnie stanu świata?

Kiedyś bardzo cieszyłam się na ten tunel, ale ostatnio zbliżam się do pozycji rewizjonistycznych.

Może to przez starzenie się organizmu. Człowiek z wiekiem zaczyna doceniać coraz prostsze i mniejsze elementy rzeczywistości. Na przykład te wszystkie przyjazne miejsca w mieście, gdzie można się bezpłatnie napić wody i wysikać. Ale czymże jest budowa tunelu średnicowego w porównaniu z utrzymaniem sieci bezpłatnych, czystych toalet?

Tamtego wiosennego dnia, kiedy dotarłam pod rynkową halę, minęłam pana, który – słowo daję – miał tylko pół zarostu po lewej stronie, a drugie pół twarzy wygolone na gładko. Wokół snuli się szarzy obywatele, w poszarzałych ubraniach, na ich twarzy wypisane wszystkie życiowe trudy i lata stosowania tego jednego, jedynego sposobu, który pozwalał im sobie z nimi (nie) radzić. Kto ich skrzywdził, jaki ból noszą w sercu? Tak się zastanawiałam, zanim skręciłam do pana Grzegorza po bakalie.

Dalej w notatkach mam już lato, dziewczyny jak kwietne łąki, czereśnie (obłe i lśniące) wysypujące się ze straganów, truskawki rozgniatające się na dnie łubianki, sok z malin ściekający po brodzie. Kwitnące miodnie akacje i lipy, i Akademię Muzyczną brzmiącą przez okna otwarte w pierwszym upale. W bramach kamienic, w których ponoć poezja mogłaby skonać (ale hip-hop ma się świetnie) robiło się duszo i beżowo od pyłu. Nagrzany bruk i beton oddawały ciepło jeszcze na wiele godzin po zachodzie słońca.

Czasami szłam z hamakiem popracować nad stawem w Arturówku (w wolnych chwilach dawałam kaczkom oceny za styl lądowania na wodzie). Czasami szwendałam się bezczynnie podsłuchując rozmowy w knajpach („Życie to nie Caritas”), albo na przejściach dla pieszych (kobieta w języku migowym jedną ręką gestykulowała do ekranu w telefonie, bezgłośnie ruszając ustami – „kocham cię bardzo, buziaki”). Czasami miałam nadzieję, że podejdzie do mnie jeden z tych rdzawych emerytów, odwiecznie obsiadających swoje ulubione ławki, i spyta – pani nie ma normalnej pracy? A ja z dumą mogłabym odpowiedzieć – nie, nie mam.

Ach, Pani Prezydent, życie bywało dobre tego (pandemicznego) lata!

Za to jesienią pod naszym blokiem ktoś wysypał niebieskie granulki – truciznę na ślimaki. Srebrzyste ślady śluzu i dziesiątki ślimaczych zwłok otoczyło cały nasz dom. Na parapetach leżały musze trupki, u sąsiadującego deweloperskiego giganta nieustannie szumiały dmuchawy (bo jak wiadomo, opadłe na trawnik liście stanowią największe zagrożenie dla zgodności ze stanem wizualizacji). Wciąż dużo tam ciemnych okien, pustych mieszkań zakleszczonych w spekulacyjnym obrocie nieruchomościami. Białe ściany trwające w ciszy, nienagannie symetryczne balkony niezaburzone rowerami, psami, krzakami w doniczkach, żadnym nieznośnie nieuporządkowanym życiem.

Październik i listopad spędziłam w cudzym mieście na zachodzie kraju, ale i tam, jak u nas w Łodzi, jeże w parku przecinały ścieżki szybkim truchtem w poszukiwaniu krzaków i stert gałęzi do zimowania. Tak, tak, kochamy jeże, te urocze stworzenia, które mają kolce tylko po to, żeby chronić ukrywane pod nimi ciepłe ciałka, miękkie brzuszki.

Na poznańskim Rynku Jeżyckim (sic!) zagadałam kiedyś do pani sprzedającej warzywa, że wieje, czy słodka ta cebula, dostałam sms-em alert, że będą jeszcze bardziej porywiste wichury, schowaj rzeczy, zabezpiecz dom. Ona odpowiedziała mi, że tak, cebula słodka, my w mieście jakoś damy radę, ale ci ludzie w lesie... Głos jej się zawiesił. Spojrzała mi w oczy głęboko, a ja byłam w stanie jedynie wymilczeć do niej – bardzo mi przykro, jestem tylko prostym kanibalem żerującym na rzeczywistości w swoim pisaniu, nie umiem zmierzyć się z tym, co się dzieje na polskiej granicy z Białorusią. 

Do Łodzi wróciłam na zimę. Słońce zachodziło wcześnie, smog za oknem mienił się i różowił, w zawieszonych w powietrzu drobinkach pyłu (PM 10, PM 2.5, PM 1) odbijały się światła latarni i neonów. Budziłam się często o 4 nad ranem i myślałam dużo o strachu. Wyliczałam w głowie własne strachy, potem te najbliższych (którzy przez te strachy bywają najdalsi), a potem dalej i dalej (co tak bardzo ludzi straszy w szpitalach, szczepieniach, szabasach?), aż dochodziłam do różnych władców większych i mniejszych połaci świata. Jakie strachy kierują ich palcami na ważnych przyciskach?

A czego się boi ten mały, samotny siedemdziesięciotrzyletni chłopiec, który mieszka z kotem na Żoliborzu?

A czego Pani się boi, Pani Prezydent?

A potem zaraz święta, świąteczne piosenki w psychodelicznym zapętleniu w każdym sklepie, atmosfera rodzinna, prezenty, pierniki, pieczenie, ojcowie jak duchy, matki jak zranione zwierzęta, albo na odwrót, albo wcale nie. W święta najlepiej widać nasze spuścizny. Dziedziczymy trochę drobnych, pięknych rzeczy, a poza nimi niektórzy mieszkania, inni raczej długi i sporo bólu, którego niestety nie da się zrzec u notariusza. Zresztą, na pewno przesadzam, na pewno w tym kraju są w święta rodziny harmonijne, pełne i szczęśliwe (tylko polska kinematografia ich jeszcze nie odkryła).

Zaczęłam się wtedy uczyć grać w szachy. Bardzo to Pani polecam! Współczesne algorytmy pozwalają ćwiczyć grę w samotności. Szachy wiele uczą o życiu – że główne zasady zostały rozpisane na długo przed naszym urodzeniem, że w sytuacji ataku ma się tylko trzy wyjścia – blokować, uciekać lub walczyć. Że jeśli coś jest skoczkiem, to nie porusza się jak goniec. Że zawsze prędzej czy później polecą głowy i czasem można wybrać tylko to, w jakim stylu się przegra daną rozgrywkę. Że i tak zacznie się potem kolejną partię, od samego początku, od pierwszego ruchu pierwszego pionka.

Nad szachami zastał mnie styczeń. Przyszły pierwsze pity, wśród znajomych rozprzestrzeniły się powszechnie życzenia wiosny, w niezmiennym oczekiwaniu, że przyjdzie i nas zbawi, przyniesie upragnione światło i tak po prostu zabierze smutki, niespełnienia i bóle (zapomnij, zapomnij, zapomnij, szepcą wiosenne trawy, które jeszcze nie wyrosły). Ocieplenie nastąpiło już w lutym, śniegi topniejąc odsłaniały ciała na wschodniej granicy kraju. Na tamtych uchodźców nie mieliśmy skryptów działania, z tymi nowymi radzimy sobie dużo lepiej.

Informacja o wojnie w Ukrainie spłynęła do mnie w cudzym mieście, które mimo to snuło się swoim spokojnym rytmem. Na krakowskich Plantach dziewczyny robiły sobie selfie z preclami, przedszkolaki przechodziły przez ulicę żółtym sznurkiem ochronnych kamizelek, a turyści z Izraela przemierzali miasto w poszukiwaniu jego ostatnich synagog. Na rogu ulic minął mnie starszy człowiek, który miał takie oczy, jakby zobaczył Wszechświat od spodu i pomieszało mu się od tego w głowie.

Na Starym Kleparzu, jednym z ichnich rynków, koło stoiska z kiełbasą żywo dyskutowano, co na to wszystko Amerykanie i co na to NATO („NATO na to nic! Górnicza, hutnicza orkiestra dęta, robi nam paparara”, tak śpiewał zespół z moich lat szkolnych). Niewesoło się robi – orzekł pan między brukselką a ziemniakami, podczas kiedy pani obok kapusty zachowywała wciąż optymizm – no wiosna w końcu, a czy daje pani do barszczu marchewki? Potem w pociągu powrotnym ktoś z boku łkał przez całą podróż, ktoś z przodu niewzruszony przeglądał nuty do Tarantelli, załoga PKP Intercity życzyła miłej podróży.

Te marchewki wciąż są, i brukselka, i kapusta, i ziemniaki, i pociągi, a jednak świat jaki znaliśmy już nie. Siedziba mojego stowarzyszenia w Łodzi zmieniła się w punkt zbiórki rzeczy dla uchodźców. Nasza księgowa J. co tydzień jeździ na granicę, zawozi środki medyczne, ubrania i jedzenie*, przywozi ludzi. Nie umiem nawet Pani opisać, co czułam kiedy przygotowywałam paczkę „dla chłopców na froncie”, wełniany sweter i opatrunki. Żadnych wzniosłych, trwoga idiotycznych powtórzeń, chichot a nie koniec historii.

Mieliśmy taki wieczorek z segregowaniem rzeczy, który w tle miał wino z Maryjką i ścieżkę dźwiękową zrobioną przez P., która z powodzeniem mogłaby lecieć na jednej z imprez, organizowanych przez nas dekadę temu dla odskoczni od inicjatyw miejskich, z grubym bitem, bansem i koksownikami. Kiedyś poniedziałkowe dyżury w biurze zaczynałam od inspekcji, czy ubikacje wciąż istnieją, albo od sprawdzenia która postindustrialna rynna znów pękła od mrozu. Czy spodziewałam się że za dziesięć lat będziemy, już w innym biurze, organizować zbiórki pomocowe dla rodzin uciekających przed wojną? Nie. Ale to może właśnie jest ten cały rozwój społeczeństwa obywatelskiego? Trzeba przyznać, że kilkanaście lat z Panią i ze ZDiTem ewidentnie dobrze nam posłużyło na kryzysową reaktywność i naukę samoorganizacji (a pamięta Pani tę sprawę z estakadą nad skrzyżowaniem marszałków? Ależ się działo!).

Dalszą ścieżkę dźwiękową tamtego wieczoru przejęły algorytmy i zanim się zorientowaliśmy Boguś Linda melodeklamował, że już nigdy nie będzie takiego lata (zaprawdę, trwóżmy się momentów, kiedy algorytmy przejmują władzę). Potem przyszedł V. i gadaliśmy o broni chemicznej zatopionej na dnie Bałtyku w czasie II wojny światowej i o powodzi 1997 roku. Na dostępnych nagraniach z zalanej wtedy Oławy ludzie w otępiałym szoku recytują monotonnie (jakby ktoś ich wyrwał z eposu o Gilgameszu) – zalało domy, zalało pola, zwierzyna utonęła.

I tak to się właśnie w życiu toczy, że jest i przyjaźń i wino, i powódź i wojna.

Przyznam się Pani, że płaczę często. Kroję cebulę i płaczę, zamiatam i płaczę, czytam wiadomości i płaczę, myślę, że mogłabym też komuś dać w mordę i jednocześnie płakać (i krwawić). Przede wszystkim jednak staram się pozostać niczym grążel na tafli pomorskiego bajora i zamiatając zaklinam szeptem rzeczywistość. Żebyśmy wciąż trwali. Żeby to wszystko wokół wciąż trwało.
I studium zagospodarowania przestrzennego i uchwała krajobrazowa.
I EC1 i EC2.
I fabryki i pałace.
I chodniki na Starym Polesiu, nawet jeśli dziurawe.
I ulica Jaracza, nawet jeżeli w wiecznym remoncie.
I młode drzewka przy alei Scheiblerów, nawet jeśli usychają.
I pomnik Schillera z niedbale załataną dziurą.
I toalety publiczne, te nieliczne, które są.
I wszystkie rynki, z całą ich żywotnością, Bałucki, Czerwony, Zielony, Wodny…

Czuć już na nich, że wiosna. Wiosna, wiosna, Pani Prezydent, wreszcie wiosna! Ptaki śpiewają, młodzi wykwitli w parkach i na skwerach, szczodrze rozdając pocałunki. Pod moim blokiem wybiły przebiśniegi, krokusy i cebulice. Jeże wychodzą z zimowych kryjówek i szeleszczą w zeschłych liściach (precz z dmuchawami!).

M. przyszła do mnie ostatnio do pokoju i spytała – A wiedziałaś, że te zespawane kawałki torów, które stawia się na drogach jako przeszkodę przeciw czołgom, nazywają się jeże?
Nie, nie wiedziałam.

Niezmiennie życzę Pani zdrowia (na ciele i umyśle).

Uściski,

MM

 

* Joanna Ufnalska wciąż organizuje wyjazdy z zaopatrzeniem medycznym dla ukraińskich żołnierzy. Link do zrzutki pieniężnej na ten cel

Poziom Wyżej wciąż funkcjonuje jako punkt zbiórki rzeczy dla rodzin uchodźczych. Szczegóły na FB Stowarzyszenia Topografie 

 

****

Marta Madejska - z wykształcenia kulturoznawczyni, z zawodu kwerendzistka i asystentka muzealna, z pasji pisarka. Autorka książki reportażowej "Aleja Włókniarek" [Wydawnictwo Czarne, 2018]. Od 2010 roku związana ze Stowarzyszeniem Topografie, w którym zajmuje się głównie archiwistyką społeczną i projektami dotyczącymi historii mówionej.

****