Motywem przewodnim nowego albumu zespołu Tryp są Afryka, pustynia i miasto Trypolis, a graficznie – karabin Kałasznikowa. Nasza cywilizacja zaczęła się w Afryce, a wokalista Marcin Tryp przekonuje, że problemy, które dziś trapią Czarny Ląd, prędzej czy później dotrą do Europy. I robi to w bardzo poetycki sposób.

 

Zespół Tryp (pisany często TRYP) ma już dziesięć lat. Pierwsze nagrania – epkę „Wędrówka ludów” – opublikował w stulecie „Manifestu futurystycznego” Marinettiego, półtora roku później poszła za nią płyta „Kochanówka”. Tytuł dał jej szpital psychiatryczny zlikwidowany przez Niemców w czasie II wojny światowej w ramach akcji T4. Zamordowanych pacjentów kilka lat temu upamiętniono tablicą powstałą z datków (bez wsparcia władz państwowych i samorządowych), a inicjatorami zbiórki byli historyk Łukasz Nadolski i Marcin Pryt. Ten ostatni od 30 lat śpiewa w grupie 19 Wiosen, a także z Trypem, 11 czy Niebieskimi i Kutmanem. Organizuje spotkania w cyklu Kosmopolitania, które gromadzą wyznawców humanistycznych wartości, fanów kontrkultury, esperanto, futuryzmu, punku i metody „zrób to sam”.

To wszystko kontekst dla działalności Trypa. To zespół mniej romantyczny niż 19 Wiosen, a bardziej postapokaliptyczny. Oferuje muzykę, powiedzmy, futurystyczną: zdehumanizowaną, nasyconą technologią, brzmiącą pustką miast, które istnieją już nie wiadomo po co, próbując dotrwać do dnia własnego rozpadu. Rytmy z perkusyjnych padów przenikają się w piosenkach Pryta z nieczytelnymi samplami głosów ludzi i zwierząt, maszyn, instrumentów. Tak samo w słowach (np. „Wędrówka ludów” z pierwszej płyty) mieszają się religie, narody, miasta, tożsamości.

Do tego są jeszcze specyficznie łódzkie industrial i nowa fala, jako nurty niezbędne wszędzie tam, gdzie w słowach głównymi motywami są chaos, alienacja i rozpacz. Muzycznymi partnerami Pryta, jednego z najważniejszych poetów polskiej muzyki niezależnej, są w Trypie: Kuba Wandachowicz (elektroniczne rytmy, bas; dawniej w Cool Kids of Death, NOT), Robert Tuta (gitarzysta; Agressiva 69, NOT, 1984) oraz Paweł Cieślak (syntezatory, elektronika; były muzyk 19 Wiosen, wzięty producent).

Pierwotnie czteroosobowy zespół składa się dziś z sześciu ludzi na scenie plus odpowiedzialnego za stronę wizualną Pawła Gizy. To on stworzył dla Trypa np. szokujący, nieodzobaczalny teledysk dla dorosłych „Lament mokotowski”. Oprócz niego współtwórcami „Trypolisu” są nieobecni na pierwszej płycie Piotr Połoz (basista zespołu Psychocukier, TSVEY, Tsar Poloz) i Marcin Zabrocki (multiinstrumentalista występujący wcześniej m.in. w Hey).

Do tego są jeszcze specyficznie łódzkie industrial i nowa fala, jako nurty niezbędne wszędzie tam, gdzie w słowach głównymi motywami są chaos, alienacja i rozpacz.

Co zastąpiło na drugiej płycie wyrafinowany koncept oparty na historii wymordowanych pacjentów szpitala? Tym razem motywem przewodnim są Afryka, pustynia i miasto Trypolis, a graficznie – karabin Kałasznikowa. Tło: w Libii po rezolucji ONZ państwa zachodnie wsparły rebeliantów, dyktator Muammar Kaddafi został zabity i chociaż rozpad społeczeństwa stał się faktem, to – inaczej niż w Syrii, gdzie Zachód nie interweniował – nie doszło do masakry cywilów. W ostatnich latach rządzący twardą ręką Kaddafi zaprzyjaźnił się z UE i brał pieniądze za to, by nie pozwalać uchodźcom z Afryki przenikać do Włoch (i dalej).

W tym momencie temat naszej cywilizacji arbitralnie wybierającej miejsca, w których broni praw człowieka, i temat eksploatowanej przez stulecia Afryki, która jest przecież kolebką tej cywilizacji, podejmuje Marcin Pryt. Album otwiera łagodny motyw z piosenki „Saratow” 19 Wiosen, później wchodzą dudniące bębny i bas, partia saksofonu Zabrockiego, a Pryt przemawia słowami z książeczki „Trypoliskie ABC” wydanej przez Iskry w 1987 roku, które brzmią jak tytuły rozdziałów lub podpisy fotografii. Oprócz „Bramy Sahary” są tam takie frazy jak „Polacy w Libii” i „rycerze pustyni” sklejone przez wokalistę w jedno. Ten utwór-wstęp ustawia więc płytę następująco: upływ czasu, zmiana perspektywy, kolonializm, obieg informacji (co mówi nam stara książeczka o dalekim kraju wydana w epoce przedinternetowej?).

tlo

Libijskie dekoracje wracają w „Pocztówce z Trypolisu”, stonowanym, przestrzennym utworze, w którym to chyba Cieślak imituje brzmienie klawesynu, a Pryt maluje obraz rozpadu, biedy, jakby „życia na temblaku”, które na próżno próbuje wypełnić zmieciony przez wojnę lub apokalipsę rynek (polskiego lub oglądanego polskimi oczami) miasteczka. Głośniki rozdzierają niskie dźwięki syntezatorów i werbel Wandachowicza, płynie melancholia, której puentą jest fałszywy Murzyn, który „ma czarne ręce bardziej niż węgiel z Katowic” i oferuje tytułową pocztówkę. Jesteśmy tu. Tamto znamy z przekazów. Od kogo kupujemy przekaz, zależy od nas.

Dosłownie najbliżej Afryki Pryt ciągnie słuchaczy w „Muamarze”, krótkiej piosence łączącej rytmy pseudoetniczne z techno, gitarowy riff, sentymentalne akordy klawiszy i chór. Wdziera się ona w głowę najmocniej z całego materiału. Wprost mowa jest tu o konieczności podjęcia szybkiej decyzji i pokonania Morza Śródziemnego. Kto to opowiada? Uchodźca ze Środkowej Afryki, który po upadku reżimu ma możliwość ucieczki? A może żołnierz Kaddafiego, którego życie po triumfie rebelii jest zagrożone?

„Też chciałem przetrwać, to był błąd/ ta cała eskapada/ miałem już dość obrony własnej/ zabijania i mordowania”, opowiada Pryt, może głosem najemnika z Czadu. Taki tekst na pewno poszerza perspektywę, rodziny porzucali przecież nie tylko niewinni. To o uciekającym przestępcy są przecież słowa z dalszej części piosenki: „Dobry dokument, właściwa cera i w białej Europie/ z pieniędzmi i złotem na koncie, rozpocznę nowe życie w końcu”. Z drugiej strony mogą pasować np. do Polaków czy Rosjan pragnących rozpocząć nowe życie na Zachodzie. 

Zanim poprowadzi słuchaczy w objęcia „Muammara”, Pryt w piosenkach takich jak „Gauna” czy „Pustka” w szybkich tempach, przy dynamicznych podkładach – niczym człowiek krzyczący u stóp niebotycznego muru – śpiewa właśnie o depresji, bezruchu i frustracji, o poczuciu „zamienianiu się w truchło”. Wściekłość, którą znamy z Marszów Niepodległości i podobnych imprez, wokalista wlewa w formy ekstremalne. W „1, 2, 3, 4...” przedstawia człowieka, który przekonuje o łatwości zabijania. Może to były żołnierz? Albo tylko fan teorii spiskowych? Zderzony z nim narrator jakby nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Jednak już w punkowym „Widzimy się” Pryt idzie kilka kroków dalej: zagląda do głowy zamachowca wściekłego, bo „absolut zniszczyliście/ kontekst wypaczaliście”. Bohater przypomina kaznodzieję, chce zmienić świat na lepsze, jest wierzący („w piekle widzimy się”) i przekonany do swoich racji. Nie zatrzymuje go nawet to, że jest ojcem, przeciwnie, to jeden z motorów działania („dla przyszłości mojego dziecka”).

Zanim poprowadzi słuchaczy w objęcia „Muammara”, Pryt w piosenkach takich jak „Gauna” czy „Pustka” w szybkich tempach, przy dynamicznych podkładach – niczym człowiek krzyczący u stóp niebotycznego muru – śpiewa właśnie o depresji, bezruchu i frustracji, o poczuciu „zamienianiu się w truchło”.

Nad całą płytą „Trypolis” przebiega łuk. Wiedzie on od rozpoczęcia „Trypoliskiego ABC” motywem z „Saratowa” po przypominające tamten utwór, podniosłe „Wracam”. Oczyszczający manifest, którego nie da się opowiedzieć, który trzeba wchłonąć pod własną skórę, z muzyką, ekspresją, z ładunkiem nadziei zawartym w głosie wokalisty. Pryt tak samo jak w „Saratowie” wcale tu nie śpiewa, tylko opowiada: „jestem prawdziwym bohaterem, wróciłem z dziesięcioletniej wojny (...) chcę dobiec do ciebie, nie chcę być dłużej sam”. W przebiegu tej opowieści naznaczony piętnem wojny bohater, pragnący wrócić do dawnego życia, musi zmierzyć się z pokusą jeszcze jednej ucieczki, i być może znaleźć trzecie, pośrednie wyjście. Chyba nikogo znającego twórczość Marcina Pryta ta piękna puenta nie zaskoczy. 

Największym prezentem i rzeczą spoza porządku tej płyty, za to związaną z całym obejmującym dziesiątki albumów pisaniem Marcina Pryta, jest ostatnia na „Trypolisie” piosenka „Trupolitania”. To brzmi jak testament niewysłuchanego pokolenia 19 Wiosen, Cool Kids Of Death, 11, NOT i innych. Parafrazując Świetlickiego – to jest jak ostatnia piosenka ostatniego zespołu będąca hymnem nieistniejącego państwa. Marcin Pryt (tylko moim zdaniem, co odnosi się do wszystkich słów, które beztrosko wyrzucam z siebie w tym tekście) tłumaczy tu, dlaczego w ogóle pisze, na czym polega bycie artystą i przy okazji dlaczego jest on, Marcin Pryt, jednym z największych poetów naszej epoki.

„Widziałem takie rzeczy/ których nie można kryć/ nie umiem o tym śpiewać/ usta nie otwierają się same”, już tylko ta zwrotka zasługuje na wyrycie w kamieniu – inaczej, napisanie i wykonanie tej zwrotki zasługuje na wyrycie w kamieniu. To jakby uzupełnienie piosenki „Wracam”, działające też niezależnie. A Pryt, deklarując brak słów, nie porzuca jednak wiary w komunikację: „Zamknij oczy, prześlę ci/ podprogowo, mową gestów, znaki/ na rękach mamy mnóstwo krwi/ i kiedyś dojdzie do nas krzyk Ich taki...”. Proszę zwrócić uwagę na wielką literę w tej przestrodze: ta historia się nie kończyła.

Od pierwszych słów „brama Sahary” do ostatniego słowa „trup”, ten album budzi na przemian wzruszenie i dreszcze. Tryp wrócił, ogłaszajcie.

   ___________________________________   

Jacek Swiąder - dziennikarz i redaktor "Lampy", "Gazety Wyborczej", Culture.pl i "Gazety Magnetofonowej", prowadzi blog: Ktoś Ruszał Moje Płyty 

  ___________________________________  

fot. Paweł Giza