Rozmowa z Joanną Szumacher

 

Eliza Gaust: Rozmawiamy przy okazji, drugiej już, edycji cyklu muzycznego Byle do wiosny, którego jesteś pomysłodawczynią i kuratorką. Pierwsza edycja koncentrowała się na twórczości artystów (Mikołaj Tkacz i Piotr Tkacz, Łukasz Jastrubczak, Hubert Wińczyk i inni), tym razem zaprosiłaś artystki-kobiety. Skąd ta zmiana?

Joanna Szumacher: Po pierwszej edycji doszło do mnie, że zupełnie nieświadomie zrobiłam cykl męski. Nie było to
w ogóle moim zamiarem, stało się to przez przypadek. Ale może stało się tak też dlatego, że na scenie eksperymentalnej, przynajmniej w Polsce, działają głównie mężczyźni. Kobiety można policzyć na palcach. Trochę inaczej sytuacja wygląda np. w Berlinie, czy w innych dużych miastach w Europie. Kiedy doszło do mnie, że faktycznie powstał cykl męski, postanowiłam jako kolejny zrobić cykl kobiecy. Nie miało to na początku żadnego feministycznego wydźwięku, po prostu uznałam, że musi być sprawiedliwość i skoro wcześniej zaprosiłam samych mężczyzn, to druga edycja będzie z samymi dziewczynami. Rozmawiałam o tym z Marcinem Maleckim z 6. dzielnicy, gdzie organizowałam pierwsze koncerty (przy okazji chciałabym Marcinowi za wszystko bardzo podziękować) i to on mi uświadomił, że powstała taka właśnie, męska całość. I wtedy, już rok temu, zapowiedziałam zmianę i tak zrobiłam. W tym roku zaprosiłam Katarzynę Justkę, Paulinę Miu Zielińską, Magdę Ter, Olgę Szymulę i Annę Zaradny. Każda z artystek ma zupełnie różne podejście do dźwięku np. Magda Ter gra na syntezatorach modularnych a Paulina Miu Zielińska bazuje w swoich działaniach na nagraniach terenowych. Jestem bardzo szczęśliwa, że grały i będą grać w Muzeum Sztuki i że każdy może zapoznać się z tym co robią. Najbliższy koncert czyli już czwarty w cyklu odbędzie się już w ten piątek. Będzie grała Maga Ter, która jest jedną z nielicznych kobiet w Polsce grających na syntezatorach modularnych. https://www.facebook.com/events/659466924155977/

 

A płeć w sztuce ma znaczenie?

Mam wrażenie, że akurat w działaniach związanych z eksperymentem muzycznym, kobiety wolą używać głosu. Częściej eksperymentują wokalnie, niż mężczyźni. Nie wiem z czego to wynika, ale moim zdaniem można taką tendencję zauważyć.

 

Wszyscy zaproszeni przez Ciebie artyści i artystki działają na styku muzyki i sztuk wizualnych. Czy takie wizualne korzenie wpływają na sposób tworzenia muzyki?

Wydaje mi się, że takie działania z pogranicza poszerzają perspektywę. To nie jest tylko muzyka, ale jakiś większy projekt, gdzie łączy się ruch, obraz i inne elementy, a wszystkie one oddziałują na siebie.

 

Sama również wywodzisz się ze sztuk wizualnych, aktywność muzyczna narodziła się później. Czy cykl Byle do wiosny jest w takim razie odbiciem Twoich osobistych inspiracji i zainteresowań?

Tak, absolutnie jest to odbiciem tego, co mnie interesuje – o czym czytam, czego słucham. Dla mnie ważny jest dźwięk sam w sobie, ale także cały performance dźwiękowy i jego warstwa wizualna, wszystko to ma znaczenie i tworzy całość.

 

A czy jest jakiś wspólny mianownik artystów biorących udział w cyklu, klucz, według którego decydujesz, kto powinien zagrać?

W pierwszej kolejności robię odsłuchy, zapoznaję się z tym, co dany artysta tworzy i musi mnie to zainteresować, to jest chyba klucz – ich muzyka. Wszystkie artystki, które teraz występowały, były znalezione przeze mnie na soundcloudzie, czy na youtubie ale też przez osobiste znajomości i sugestie przyjaciół. To jest przede wszystkim to, co mnie się podoba, co jest zgodne z moimi muzycznymi poszukiwaniami. Ja niezbyt lubię piosenki. Podobają mi się znacznie kompozycje, które nie są związane z wokalem i wykorzystują inne dźwięki. Chyba że ten śpiew jest w ostry sposób przerobiony, poszatkowany. Byłam jakiś czas temu na koncercie zespołu The Jist w Studenckim Radiu Żak, koncercie, który zorganizował Ryszard Gawroński na którym dziewczyna wpuszczała głos do samplera, który bardzo go ciął, w taki sposób, że robiły się z niego poszatkowane sekwencje muzyczne. Gdybyś nie wiedziała, jak ta muzyka powstaje, to prawdopodobnie nie pomyślałabyś, że to jest głos ludzki. Podoba mi się też to, co robi Maja Ratkje
i wszystkie inne, dziwne i nieoczywiste, formy użycia mowy ludzkiej, lubię noise, brak harmonii. W cyklu Byle do wiosny śpiewu użyła Paulina Miu Zielińska ale zrobiła to w specyficzny sposób.

 

Performansy muzyczne, które mieliśmy okazję słyszeć i widzieć do tej pory, opierały się często na rejestracji dźwięków z otoczenia. To pokazuje, że muzykę można robić z wszystkiego, co jest wokół i przetwarzać to na różne sposoby…

Tak, i to jest fantastyczne. Ludzie często nie zdają sobie sprawy z tego, ile jest materii dźwiękowej naokoło. Słyszą ją dopiero, kiedy idą na koncert i dostają porcję tych dźwięków, których nie zauważają na co dzień. Artyści wykorzystują często nagrania terenowe i je przetwarzają. Nie jest to więc tylko przypadek, strumień tego, co się słyszy, ale jest to selektywne, wybiórcze. Powstają kompozycje. To bardzo fajne, że w tej codzienności brzmień można znaleźć coś, co nagle zachwyci. Na przykład nie zdawałaś sobie wcześniej sprawy, jak pięknie kapie woda. Ona robi kap, kap, kap, kap, kap i okazuje się, że w tym jest rytm. Albo na przykład jedziesz pociągiem i jest na wpół otwarte okno i nagle słyszysz, że wiatr brzmi jak chór. To jest niesamowite.

 

Te wszystkie działania, prezentowane w ramach cyklu Byle do wiosny, są w jakiś sposób spójne, wpisują się
w szeroko pojęty muzyczny eksperyment, chociaż chyba ciężko tu mówić o konkretnym gatunku, raczej
o pograniczu. A jednak zapraszani przez Ciebie artyści i artystki działają bardzo różnie. Czasem słyszymy dźwięki improwizowane, innym razem konkretne partytury. Który styl tworzenia muzyki jest Ci bliższy?

Mnie interesuje wynikowość, czy to improwizacji, czy rozpisania partytury. Nie uważam, żeby któryś z tych sposobów był lepszy albo gorszy, obydwa są ciekawe i interesuje mnie, co z tego wynika. Lubię, kiedy te projekty są spójne, kiedy ktoś ma pomysł. Na przykład kiedy grała Martyna Poznańska trzeba było wziąć do ręki jedno ze zdjęć, które rozłożyła. Można powiedzieć, że niejako grała do tych zdjęć. To bardzo fajne podejście bo zdjęcia zazębiały się z jej nagraniami terenowymi. Nawet jeśli artysta/artyska gra muzykę, która jest improwizowana, to ważne, żeby miał narzędzia
i łączył je z czymś innym. Na przykład Kasia Justka, ona właściwie improwizuje łącząc dźwięk z obrazem, to nie są powtarzalne koncerty. Nie korzysta z komputera, abletona, gdzie lecą nagrania terenowe, jedno po drugim,
a faktycznie robi improwizację na te urządzenia. To jest bardzo fajne, bo nie wiesz, co się w takiej improwizacji zdarzy. Kasia jest takim muzycznym chaosem, który mi się bardzo podoba. W inny sposób nagrania terenowe wykorzystuje Paulina Miu Zielińska, ale styl jej grania też jest fantastyczny, w te dźwięki można wejść, zatopić się w nich. Słyszysz harmonię, nie ma dysonansu i to jest bardzo przyjemne. Każdy sposób tworzenia muzyki może być fajny, jeśli artysta ma pomysł na swoje działanie.

 

Trwa druga edycja Twojego cyklu, który wcześniej odbywał się w 6. dzielnicy, a w tym roku przeniósł się do Muzeum Sztuki. Masz wrażenie, że ta muzyka, mimo że niszowa, eksperymentalna, znalazła tu swoje miejsce, ma odbiorców?

Trudno mi powiedzieć, jak jest z odbiorem. Chciałam zrobić cykl w innym miejscu też z tego względu, żeby zyskać inne grono odbiorców. Wydawało mi się, że wtedy ten projekt będzie oddziaływał szerzej. Z tego co widzę, na koncerty do Muzeum Sztuki przychodzą ci, którzy chodzili na poprzednie koncerty do 6. dzielnicy, ale też część odbiorców, związanych bardziej ze sztuką. Oczywiście, cały czas uważam, że jest ich za mało. Ja wiem, że ludzie często boją się tego typu działań muzycznych, wiem też, że one nie zawsze są łatwe. Ale uważam, że to fizyczne doświadczenie dźwięku też jest istotne. Nie ma potrzeby się tego bać. Można poczuć drżenie w środku, ten odbiór bywa bardzo przyjemny. Ja po sobie widzę, że się z tym osłuchałam. Kiedyś były dźwięki, które sprawiały mi trudność, do tej pory są, ale je akceptuję i dają mi radość. Chciałabym, żeby więcej ludzi przychodziło na tego typu działania i mogło tego doświadczyć.

 

Planujesz kolejne edycje? Widzisz szanse na rozwój tego projektu?

Zastanawiam się nad formułą przyszłorocznego Byle do wiosny i chyba chciałabym zrobić festiwal. Jeśli będę mieć środki, to na pewno spróbuję sprowadzić do Łodzi więcej artystów zagranicznych, bo uważam, że taka wymiana jest wzbogacająca. Za granicą scena eksperymentalna jest olbrzymia, a w Polsce wszyscy się znamy, każdy wie, kto i jak gra. Chciałabym bardziej poznać tamtą scenę i ściągnąć tych ludzi tutaj. I na pewno będę uważała, żeby nie zrobić kolejnego cyklu męskiego.

 

Trzymam kciuki za festiwal. Powiedzmy na koniec też o innych projektach muzycznych, w których bierzesz udział. Jest label –Super-, gracie koncerty z Mikołajem Tkaczem w ramach projektu Beton, grasz też indywidualnie…

Tak i cieszę się z tych wszystkich działań. –Super- się super rozwija – będziemy wydawali Sebastiana Buczka
i w najbliższych miesiącach wydamy też słuchowisko. Z Mikołajem, jako Beton, nagrywamy teraz płytę.

Jeśli chodzi o koncerty, to najbliższy już 27 lutego w Teatrze Szwalnia – razem z Michałem Frycem i Justyną Jakóbowską, Ewą Drzewiecką i Justyną Stopnicką. Już teraz zapraszam. Będę grała też w marcu na festiwalu CoCArt
w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu.

 

Jest też nowy intrygujący projekt z Pawłem Cieślakiem – słuchowisko muzyczne "Kopyta zła". To coś zupełnie innego na tle Twojej działalności - wreszcie słyszymy jak śpiewasz, mimo że mówisz, że nie lubisz głosu...

No tak, ale posługuję się głosem. To nie jest celowe, w tym słuchowisku to jest konieczność. Musiałam użyć głosu, bo było to potrzebne do konstrukcji całego słuchowiska, które jest takim pastiszowym, eksperymentalnym, postmodernistycznym miszmaszem. Stwierdziłam, że w tym wypadku głos wzbogaci całość. Używamy tu razem
z Pawłem różnych stylistyk, jest disco, walczyk, bawimy się dźwiękiem stąd wokal.

 

 

Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałyśmy o Pierwszej pieśni konia, na której słychać Twój głos, a która jest bardzo fajnym kawałkiem i powiedziałaś, że nie chcesz być odbierana, jako wokalistka…

Tak, bo ja nie chciałabym być tak odbierana (śmiech). Jak ktoś mi mówi: pięknie śpiewasz, to mnie to tak naprawdę
w ogóle nie interesuje. Oczywiście jest mi miło. W całym projekcie Kopyta Zła piosenki stanowią jedną trzecią, reszta to po prostu słuchowisko – tekst, który napisałam i muzyka, którą wspaniale zrobił Paweł. Bycie wokalistką mnie nie interesuje.

Rozmawiała Eliza Gaust - absolwentka kulturoznawstwa na UŁ, koordynatorka wydarzeń kulturalnych, obecnie pracująca w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana.

 

„Byle do wiosny” to cykl wydarzeń, podczas których muzyka styka się ze sztukami wizualnymi – seria spotkań dźwięku z obrazem, działaniem performatywnym, a także ze swoistym rodzajem pojmowania brzmienia jako tożsamego z twórcą. Do cyklu zaproszono artystki odnoszące się w swojej twórczości do muzyki. Dzięki temu potencjał relacji pomiędzy muzyką a sztukami wizualnymi jest eksplorowany i rozpoznawany w praktyce. Ubiegłoroczna edycja „Byle do wiosny” skoncentrowana była na męskiej twórczości. Rok 2015 przynosi zmianę. Tym razem zaproszone zostały artystki skupiające się na muzyce i sztukach audiowizualnych. To również próba nawiązania do Her Noise, projektu mającego na celu zaprezentowanie różnorodnego odbioru muzyki i sztuki, patrząc przez pryzmat płci. Zaproszeni goście tworzą muzykę, performanse dźwiękowe i audiowizualne, opierając się na brzmieniach wytwarzanych za pomocą urządzeń elektronicznych. Wspólnym mianownikiem jest prąd i to, co można
z jego udziałem stworzyć. „Byle do wiosny” to seria wydarzeń, które próbują odpowiedzieć na pytania: co znajduje się między muzyką a sztukami wizualnymi? Czym są muzyczne działania performatywne?

Kuratorka: Joanna Szumacher Patronat medialny: Feminoteka, FYH, Glissando, Miej Miejsce, Radio Żak, Plaster, Trzecia Fala, 5kilokultury.