Rozmowa z Wiktorem Skokiem

 

Eliza Gaust: Zespół Jude istnieje nieprzerwanie od 1993 roku – to już ponad 20 lat waszej, muzycznej i nie tylko, obecności. W maju tego roku wydaliście nową płytę. A jednak koncerty Jude są rzadkością, w Łodzi ostatnio zagraliście ponad 10 lat temu, w 2004 roku w Muzeum Książki Artystycznej. Dlaczego zniknęliście, w sensie publicznym, z miasta, gdzie wszystko się zaczęło, które was ukształtowało?

Wiktor Skok:  Nigdy nie funkcjonowaliśmy w tym najbardziej zauważalnym nurcie życia. Nawet underground nie był nasz. Nie było nam po drodze nie tylko z mainstreamem, ale także z tzw. alternatywą – koncesjonowaną czy też nie. Nasze działania są efemerycznie i nieregularne. Istniejemy, tak czy inaczej. Gramy, ostatnio także nagrywamy
i staramy się o oficjalny wymiar tych świadectw.  Koncerty zawsze graliśmy rzadko, stawiamy sobie dość wysoko poprzeczkę i nie chcemy dawać przypadkowych występów. Chcemy, żeby każdy nasz koncert był inny. Prawie każdy koncert jest odrębnym konceptem z inną tracklistą, inną kolejnością. Zawsze tak było, chyba że graliśmy trasę lub kilka setów pod rząd (niezwykle rzadko). Byliśmy wymagającymi partnerami dla tych, którzy organizowali koncerty. Istniała fama, że jesteśmy trudni we współpracy. Mieliśmy wymagania, chcieliśmy, żeby każdy gig miał wysoką jakość i to do dzisiaj się nie zmieniło. Nigdy nie graliśmy tzw. sztuk – jedna za drugą, nie graliśmy tras, poza bardzo krótką podróżą z grupą Dystopia z USA. Koncertujemy rzadko ale staramy się w każdy występ wkładać bardzo wiele. Granie wielu koncertów nie było nigdy najważniejsze. Nie mieliśmy menedżera, opieki wytwórni, czy promotora i nie czuliśmy się zupełnie zobowiązani do czegokolwiek. Sami nadawaliśmy rytm naszym działaniom i siłą rzeczy był zróżnicowany… Nie gramy regularnie, nie nagrywamy regularnie. Nie jesteśmy zespołem rockowym, nie musimy udowadniać swojego istnienia corocznym nagrywaniem płyt czy zwyczajowymi koncertami na festiwalach.

 

BUNKIER PONIATOWSKIEGOa

 

Nie graliście często koncertów, a jednak zostały one zapamiętane…

Sprawdzaliśmy się najbardziej na żywo. Nasze nagrania przekazywały nieduży procent naszego potencjału. Set na żywo był krańcowym doświadczeniem z maksymalnym zaangażowaniem. Nigdy się nie oszczędzaliśmy ani nie oszczędzaliśmy publiczności. Stąd to wszystko…

 

Niezrozumienie, absurdalne zarzuty o gloryfikację przemocy – chyba często stykaliście się z tym zjawiskiem?

Spotykałem się często z opinią, obserwacją: nie zostaliśmy tutaj w Polsce zrozumiani. Trafiliśmy w ścianę lub też błoto. Zero konstruktywnego odbioru, dialogu. Próżnia. Potem, gdy zapał totalnej konfrontacji nie daje rezultatów, non stop brodząc w śmieciach, napotykając na muł i breję, albo zmieniasz kierunek, albo w jakimś stopniu hibernujesz samego siebie. Wybierasz inne media komunikacji, inne platformy działania, bo nie możesz pozwolić sobie na odpoczynek, bo mimo tej inercji wokół, roznosi cię, musisz być w akcji…

 ZDZICH + FRANKLIN

 

Potrzeba akcji kontra stagnacja na zewnątrz?

W pewnym momencie scena niezależna, czy też alternatywna spasowała, wykończyła się dobra energia, pojawił się net ze wszystkimi plusami i minusami. Scena, która mogłaby być naszym potencjalnym odbiorcą, dryfowała ku mieliznom, coraz żałośniej podupadając pod względem pasji, energii czy zaangażowania. Scena niezależna, alternatywna w pewnym okresie tak zmarniała, że nie było dla kogo grać koncertów, nie miał tych koncertów kto organizować. Na przełomie lat 90. i 2000 scena alternatywna w tym kraju poniosła totalną klęskę.

 

A jakie były tego przyczyny?

Wymiana pokoleniowa. Rezygnacja tych ludzi, którzy ją tworzyli. Brak wiary w dalszą sensowność działania, dezorientacja estetyczna, zarówno twórców, jak i odbiorców. Pojawiła się masa rzeczy, które uznawano za świeże
i ludzie bezrefleksyjnie łapali to i błądzili. Elementarną rzeczą był przede wszystkim brak bazy. Ale nawet przy braku bazy, jeśli ma się trochę ducha i energii, konsekwencji, można kontynuować akcję, czego my jesteśmy dowodem. 

 

 DABROWA GORNICZA CA 1998

 

Od powstania etiudy filmowej Piotra Szczepańskiego „Jesteśmy”, minęło 19 lat. Mówiłeś wtedy, że cały czas tworzycie punk – punk anno Domini ’96…

Słowo punk nie jest najważniejsze, ale ono cały czas się pojawia i będzie się pojawiać. Bo tam są nasze korzenie,
z tego wyszliśmy. Punk był jednym z najważniejszych zjawisk w kulturze wizualnej i muzycznej Zachodu w ostatnich dekadach. Dowiedziałem się o punk rocku, kiedy miałem dziesięć lat. Bardzo się cieszę że właśnie wtedy zetknąłem się z tą muzyką i że moje dzieciństwo przypadło na tamte czasy. Dziś mamy do czynienia z jakimiś substytutami prawdziwego doświadczenia. Młody, ciekawy życia człowiek otrzymuje jakieś wersje 0.1 czy 0.2, reinterpretacje czy ersatze realnego doznania. Docierają do niego zapakowane pigułki. Jednego dnia możesz być renesansem bitnika, innego dnia wybierasz pseudo post punk z domieszką goth, z techno party-junka możesz przerodzić się w jakiś „normkor” czy inną sztuczną bzdurę; po tygodniu być kimś jeszcze innym, a za dwa tygodnie już o tym nie pamiętać.
Z zasady gardzę nostalgią czy kombatanctwem…ale gdy widzę ten powierzchowny szit… I nic po tym nie zostaje. Nic, bo brak w tym realnego, dotkliwego konsekwentnego i czasami wręcz niebezpiecznego doświadczenia.
W tamtych czasach także istniał wybór, ale ja znalazłem się w punk, nie żałowałem ani chwili.

 

Chciałabym jeszcze na chwilę wrócić do filmu Piotra Szczepańskiego, do tego, kim byliście wtedy, a kim jesteście teraz. Wydajecie się być niezmienni, odporni na wszelkie nowe mody, trendy. Z drugiej strony, powiedziałeś kiedyś, że unikacie tego, co już zrobiliście. Ewoluujecie – wielokrotnie zmieniał się skład zespołu, instrumentarium, pojawiają się nowe eksperymenty brzmieniowe. Czy Jude z roku 2015 to wciąż ten sam twór?

Cały czas, od samego początku, eksperymentowaliśmy, a to, co pokazywaliśmy ludziom, to był tylko ułamek tego, co robiliśmy. Eksperymentowaliśmy z muzyką jako Jude, godzinami graliśmy improwizowaliśmy hałasowaliśmy, samodzielnie jak i kolektywnie.  Jeszcze wcześniej, w liceum, z innymi ludźmi…

 

Skok Band?

Nie było żadnego Skok Band, tak to umownie nazwał Saper [taki podpis pojawił się pod zdjęciem Roberta Laski na wystawie „Punks z miasta Łodzi”, pokazywanej niedawno w Art._Inkubatorze – przyp. aut.]. Robiłem muzykę razem
z dwójką znajomych, ale oni bardzo szybko się wykruszyli, jeden z nich uznał, że ta muzyka nadaje się tylko na cmentarz, a drugi był softem i musiał zrezygnować.

 

WIKTORSKOK 4

 

Kiedy to się zaczęło?

Z muzyką eksperymentowałem od dziecka, trochę poważniej od kiedy miałem 15-16 lat. Już wtedy robiłem muzykę na magnetofonach, na jakichś elementach metalowych. Potem z dwoma znajomymi z liceum próbowaliśmy robić preparowaną muzykę industrialną. Bez wielkiego efektu, bo trudno było zebrać kolegów do kupy. Nikomu nie chciało się w to uwierzyć. Próbowałem więc sam. Popsułem w domu telewizor, radio, zarzynałem gramofon i wykończyłem kilka magnetofonów. Kiedyś były to spore straty… Potem, już w latach 90. poznałem braci Walczak, Konrada Kondora i powstał Jude. Na samym początku używaliśmy podstawowych kamer pogłosowych, prostych automatów perkusyjnych, jakichś elektro-odpadów, robiliśmy industrialne jamy, zapętlaliśmy hałas godzinami, robiliśmy totalny hałas, kiedy indziej dronowy pomruk, bez wiedzy o istnieniu takiego terminu zresztą… Wszystko to mieściło się w granicach industrialnego eksperymentu, noisowego, atonalnego czasami rytmicznego repetytywnego… Chodziliśmy do opuszczonych fabryk, tam także robiliśmy noise. Naszymi miejscami były bocznice, nieczynne fabryki domów, kolosalny szkielet szpitala akademii medycznej, jego dach wielkości boiska, skąd widać było całe miasto. Zrobiliśmy
z kolegami industrialny jam w bunkrach pod Parkiem Poniatowskiego. Spontanicznie bez przygotowania. Kilkadziesiąt punków grało jednocześnie na wszystkim, co miało pod ręką, przede wszystkim na metalowych elementach, na złomie, resztkach przewodów wentylacyjnych, rurach itd. Graliśmy sami dla siebie, coś na kształt dzikiego rytuału. Mega hałas, ale momentami miał nawet jakiś kształt i strukturę.

 

No właśnie, jak struktura, określona forma, ma się do eksperymentów?

Nieustannie eksperymentowaliśmy z graniem, to nie zmieniło się zresztą do dziś… ale gdy wychodzimy do ludzi
i gramy koncert, zawsze mamy ułożony cały materiał. W sumie to zupełnie zdyscyplinowana forma, gdzie nie ma przypadkowości, martwych free momentów. Dawniej nasze koncerty były krótkie, chcieliśmy w ramach takiego występu zrobić coś, co ma znaczenie. Nie pozwalaliśmy sobie na wielką swobodę. Owszem, były momenty hałasu, totalnego sprzężenia, nieprzewidywalnych dźwięków czy częstotliwości, które rozsadzały ściany, ale blok po bloku wracaliśmy do zamierzonego programu.

 

Pod koniec filmu Szczepańskiego pada z twoich ust zdanie: „my chcemy pozostać w mieście, wszelka ucieczka jest ułudą, jest niemożliwa…”.

To jest tak, że punk w dużym stopniu był reakcją na wszystkie utopie i mrzonki ruchów wolnościowych z lat 60. i 70.  Być może w jakiś sposób korzystał z ich doświadczeń, ale był o tyle dojrzalszy, że nie uznawał głoszenia, że ratunkiem dla świata jest życie w komunie, kwietyzm, stosowanie eko diety plus wsłuchiwanie się w głos własnego ciała czy szum drzew… Łódź była zawsze jednym z najważniejszych punktów odniesienia. Jako nasze miasto, jako teren działań, przestrzeń inspiracji /eksploracji/ analizy. Działo się to nawet jeszcze przed początkami Jude. Gdy wszyscy
z naszego otoczenia mieli problem z naszym degenerującym się, upadającym miastem, wstydzili się go, uciekali stąd, my w pewien specyficzny sposób utożsamialiśmy się z tym skomplikowanym i bolesnym otoczeniem. Jesteśmy
z miasta, takiego jak Łódź, to miasto jest w nas i czemu mamy na to cierpieć? Jesteśmy pomiotami takiej rzeczywistości, ona nas otacza, przenika, konfrontujemy się z nią. Jesteśmy zarówno jej spadkobiercami, jak
i bękartami. Potomstwem tego upośledzonego miasta, mieszaniny ruiny i upadłości, patologii. Wybudowanej wokół fabryk kombinacji terenów półwiejskich i bieda kamienic, mozaiki klepisk i blokowisk. My wszyscy pochodzimy
z osiedli bloków na Bałutach. Bardziej niż malcem z ciemnej bramy z filmu Piotra (szczerze nienawidzę tego momentu), jesteśmy dziećmi, jakie zostały pokazane w serialu Siedem stron świata. Jego czołówka pokazuje zresztą Teofilów z lotu ptaka, jest tam blok w którym mieszkał Konrad i domy innych moich kolegów i znajomych.

 

Nie myślisz sobie czasem, że może gdzieś indziej moglibyście funkcjonować inaczej, jako zespół, ale też jako odrębne osoby. Może trzeba było uciec?

Nawet jeśli sobie coś takiego pomyślałem, to co z tego? To nie ma teraz żadnego znaczenia, nie ma sensu zagłębiać się w tę kwestię. Co z tego, że myślałem, że możemy być gdzie indziej, jesteśmy nadal tu, z całym balastem i całym prowincjonalnym edenem, tym łódzkim szczęściem…

 

 WIKTORSKOK 2

 

Ale to był twój wybór…

Tylko na pewien sposób… Moja rodzina proponowała, abym wyjechał, ludzie, dla których mój negatywny stosunek do otoczenia nie był tajemnicą, życzyli szybkiego opuszczenia nie tylko Łodzi, ale w ogóle życia… Owszem, mogłem emigrować już dawno, lata 80. były tym momentem… znałem języki, miałem tam znajomych, rodzinę. Ale byłem także zdeterminowany okolicznościami. W pewnym momencie tu, gdzie mieszkamy, wszystko uległo przemianie. Warunki naszego życia zmieniły się krańcowo. Przełom lat 80. i 90. - nikt nie wiedział, jak będzie wyglądał następny dzień. Koniec lat 80. to uwiąd wszystkiego, bieda. Rok ’89 i powalenie, pierdolnięcie tego „realkomunizmu” zaskoczyło bardzo wielu ludzi. W liceum mogłem już wiele powiedzieć głośno. Ale to niczemu nie służyło, bo nie było żadnych perspektyw. Wszyscy godzili się, bo nie mieli innego wyjścia. Dobijająca, smętna, beznadziejna egzystencja w mieście takim, jak Łódź i w takiej rzeczywistości, jak lata 80. w Polsce… Mimo tego, że powstały piękne rzeczy, jeśli chodzi
o kulturę niezależną, a nawet mainstreamową, nie da się ukryć, że były to czasy smuty i biedy. To miało realny wpływ na nasze wybory, na konformizm, zasklepienie, ucieczkę a nawet na autodestrukcję bardzo wielu ludzi. Ta beznadzieja wokół powodowała beznadzieję w osobistych losach.

 

Mimo tej beznadziei, działaliście prężnie. ’89 rok to początek Wunder Wave?

Pamiętam, że kiedy zaczęliśmy robić Wunder Wave, nawet nasi koledzy kiwali głowami ze słowami: „tu się nic nie da zrobić”. W tamtych czasach żyliśmy intensywnie, korzystaliśmy z życia, ubieraliśmy się, trzymaliśmy styl
i słuchaliśmy bardzo dużo muzyki. Muzyka była dla nas najważniejsza, była osią wszystkiego. Odbieraliśmy
i chłonęliśmy wszystko oprócz elementarnych punk hardcore wave industrial, praktycznie całe spektrum dostępnej muzyki alternatywnej. Pomysł robienia czegoś – koncertów, zinów narodził się wcześnie. Gazetę punkową robiłem już w latach 80., pierwszy numer Zygomy wyszedł w ‘88 roku. Istniała wtedy jeszcze cenzura, trzeba było się
z tym kryć. Byliśmy pełni energii, żeby organizować się punkowo, robić coś fajnego, kiedy tu się nic nie działo. Rwaliśmy się do działania, ale to było prawie niemożliwe. Cała aktywność mogła zaistnieć tylko w państwowych domach kultury, które niechętnym okiem patrzyły na ludzi wyglądających jak my. Uznawali nas za zadymiarzy
i element destrukcyjny. Żeby zorganizować pierwszą imprezę, musieliśmy przekonać kierowniczkę Domu Kultury „Lodex” przy ul. Buczka (aktualnie Kamińskiego), która znała nas już z koncertów i zaufała nam, chociaż w ograniczony sposób. Zrobiliśmy pierwsze koncerty, jeszcze wiosną 1989 roku…

 

Opowiedz trochę o tym, co się wtedy działo.

Zaczęliśmy robić koncerty i zapraszać na nie zespoły, które grały trasy w Polsce. Zbiegło się to akurat z czasem, kiedy coraz więcej zespołów z Zachodu zaczynało tu przyjeżdżać. Razem z Krzyśkiem Lachem kontaktowaliśmy się
z organizatorami koncertów z innych miast, dołączaliśmy do tras także Łódź.  Zaczęło się nam udawać, pojawiło się duże zainteresowanie. Wynajmowaliśmy salę lub załatwialiśmy jej udostępnienie, robiliśmy plakaty, sprowadzaliśmy bandy. Oprócz domów kultury to były sale kinowe, przykościelne świetlice. To była wręcz rewolucyjna sytuacja,
w latach 90. na te koncerty przychodziło kilkaset osób – grupy punków, alternatywnej młodzieży, freaków etcetera. Siła lokalnej załogi była wtedy naprawdę wielka. Organizowaliśmy koncerty, byli ludzie, wszyscy znali się nawzajem, istniał niebywały entuzjazm i doskonała atmosfera. Wokół nas w Łodzi także wiele się działo. W sztuce, w wystawiennictwie. Paradoksalnie wokół upadku było także wiele rozkwitu. Obecność punków w Łodzi sama w sobie też była rodzajem zjawiska estetycznego. Wunder Wave był efektem naszej społecznej pracy. Każdy z tych koncertów wiązał się też z dużym wysiłkiem i odpowiedzialnością, było to trudne i nie dawało wówczas absolutnie żadnych zysków.

 

Ale udało się wam ściągnąć do Łodzi czołówkę światowej sceny punk…

Tak, ale nie od razu. Na początku była to prawie orka na ugorze, bez bazy, bez żadnego wsparcia. Na początku lat 90. była to kompletnie pionierska robota w zmieniającej się non stop rzeczywistości. Byliśmy wtedy świadkami
i aktywnymi uczestnikami kolejnego z rzędu rozkwitu punk rocka. Pomimo defetyzmu na wszystkich frontach, coś się zaczęło zmieniać, a ludzie, którzy wcześniej nie wierzyli, że nam się uda, zaczęli widzieć w tym sens. Bardzo wielu starszych zawodników nagle się ożywiło. Punk hardcore przyciągnęły w Łodzi setki ludzi, parę dni temu na lotnisku w Londynie zaczepił mnie zupełnie obcy człowiek, mówiąc że pamięta Wunder Wave. Ta nasza punkowa załoga obejmowała ludzi z bardzo różnych środowisk, od dzieci niemalże z ulicy po dzieci nowobogackich: synowie robotników, dziewczyny ze szkół odzieżowych. Chłopaki z zawodówek, z techników mieszali się
z licealistami, studentami i różnymi wolnymi duchami. To było naprawdę zróżnicowane, wielobarwne, eksplozywne środowisko, które różniło się od tego nudnego, schematycznego towarzystwa, które później zaczęło się pojawiać się na mieście…

 

Co się stało z tym środowiskiem?

Trudno dokładnie powiedzieć, jak to przeewoluowało. Wiadomo, że wiązało się to z wieloma rzeczami w Polsce,
w Łodzi, z komercjalizacją życia, która triumfowała i niszczyła wszelkie więzi i wartości, z totalnym upadkiem miasta
i możliwości w mieście. W skrócie: masowa emigracja, stabilizacja, tzw. doroślenie, inne inspiracje etcetera…

 

Totalny upadek – jak wyglądało to z waszej perspektywy?

Ten upadek nie zaczął się 4 czerwca 1989 roku, jak i nie skończył się w miarę postępowania w głąb nowej Rzeczpospolitej w kierunku lat 2000. Upadek Łodzi rozpoczął się o wiele wcześniej, już lata 80. były przygnębiającym okresem, kiedy przemysł i życie społeczne zaczynały chylić się ku upadkowi. Porównaj lata 70. i 80. Końcówka eighties w Łodzi - nie było na nic już pieniędzy, ani na infrastrukturę miasta, ani tym bardziej na kulturę. Praktycznie całe moje życie to obserwacja tej degrengolady i upadku. Kiedy wywalił się cały ten przemysł, miasto zwolniło tempo, frustrację było widać na każdym kroku. Ludzie potracili pracę z dnia na dzień. Opuszczone fabryki i dogorywające zakłady, likwidacja warsztatów rzemieślniczych, a przede wszystkim  instytucji związanych z kulturą, z opieką społeczną – to wszystko działo się na naszych oczach. I oczywiście wiązało się to z podupadaniem prawie każdej sfery życia. Jednocześnie pojawiła się ta pocieszna hurrakomercjalizacja w stylu polskiego bieda-kapitalizmu. Dystans, unik, i wciąż total negacja – taka była naturalna reakcja …

 

Scena punkowa wówczas upadła?

Ta scena nigdy nie upadła do końca, ona cały czas istnieje. Po prostu ewoluowała, ludzie się pojawiali i znikali. Na pewno przestało to być tak dużym, znaczącym zjawiskiem, jakim było mniej więcej do połowy lat 90. Zjawiskiem, które estetycznie wyróżniało się na mapie kraju, ale także w tłumie łodzian. Punkowców było bardzo wielu, koncerty gromadziły ludzi, generowały entuzjazm. Spora cześć tej energii, aktywizmu i energii ludzkiej zostały zmarnowane. Byliśmy traktowani jak chuligani. I to nie tylko przez policję i prostych, niemądrych ludzi. Media łódzkie nie były wcale pomocne, nie rozpoznały konstruktywnego zjawiska w tym, że grupka entuzjastów do zabiedzonego miasta sprowadza zespoły z całego świata, gromadzi kilkusetosobową publiczność różnego rodzaju, stwarzając młodzieży alternatywę, rozrywkę, dając inspirację i perspektywy na samodzielną twórczość. Woleli widzieć w nas dzicz
i czupiradła, szkodzili nam, szukając taniej sensacji, na siłę wzmagając napięcia. Nigdy nie chcieli nas, gdy chcieliśmy coś wyjaśniać, gardzili nami, gdy prosiliśmy o sprostowania info. Zaprzeczając zasadzie różnych źródeł, wykonywali dziennikarską tandetę, przepisując słowo w słowo raporty policji. Mieliśmy ochotę zaprosić ich raz i rzucić im te bałamutne, gazetowe bzdury w twarz. Czasy…

 

W 2011 roku, kiedy w Galerii Manhattan zrobiłeś wystawę L-UND Łódzka scena podziemna 1985-1995, chciałeś przywrócić przemilczany fenomen łódzkiego undergroundu?

Na wystawie L-UND liczyło się to, co nie zostało w ogóle wliczone w historię najnowszej sztuki tego miasta. To wszystko lub część tego, co nie znalazło się na przykład w artykule Magdaleny Ujmy Łódź jako stan umysłu w  albumie pt. Imiona własne sztuki łódzkiej, kształtującym szeroką wizję łódzkiego środowiska artystycznego. Ten temat domagał się rozwinięcia o wiele nazwisk, zjawisk wizualnych, które charakteryzowały scenę lat 80. czy 90.

 

Dystansujesz się od określeń takich, jak sztuka, antysztuka. Ta wystawa z założenia miała zrywać z dychotomią: amatorskie-zawodowe?

Absolutnie. Nie obchodzi mnie podział na sztukę wysoką i niską, te podziały są zbędne, ograniczające pole widzenia
i totalnie passé. Przede wszystkim chodzi o zerwanie ze sztucznymi formułami, które limitują tworzących i odbiorców. Owszem, są cały czas masy ludzi, którzy potrzebują tego, żeby nadać ich gustom jakiś kierunek, nadać ich potrzebom artystycznym sankcję. Wtedy jacyś kanonizowani przez krytykę są uznani za artystów. Ci natomiast, którzy nie zostali uświęceni w art world, nie znaleźli odpowiedniego towarzystwa, aby się w nim wypromować, są skazani na margines i nie mogą uczestniczyć w świecie sztuki. To skrótowe i upraszczające ujęcie, ale taka sytuacja jest charakterystyczna dla dzisiejszego obrazu sztuk pięknych i ich odbioru.  Wyłączam się z tych opozycji, staram się być wyiksowany z tych porządków. Nie jest ważne, co świat oficjalnej sztuki uznaje za wartościowe. Zwłaszcza w ostatnich latach jest to bezwstydny, narcystyczny szmelc. Zamykając tę dygresję – wystawa L-UND miała być appendixem do łódzkiej historii sztuki najnowszej, prezentacją tego, co dotąd domagało się prezentacji.

 

WIKTORSKOK 3

 

Nie identyfikujesz się ze światem artystycznym, dystansujesz się od niego?

Organizując własne pokazy, nie zastanawiam się, czy tworzę sztukę, czy identyfikację wizualną, czy to jest tylko demonstracja tożsamości estetycznej, czy wystawa produktów, które można sprzedać. To są demonstracje obrazów, treści, znaków, symboli, które są związane z życiem per se, są w  nim obecne i ich istnienie nie jest przeznaczone jedynie do funkcjonowania w white cube. Nie jestem ani przeciw rynkowi sztuki, ani przeciwko światu galeryjnemu, czy art worldowi jako takiemu. Sam jestem kuratorem, piszę artykuły do katalogów, krytykuję, porównuję itd. Moje widzenie sztuki i jej demonstracji jest bardzo inne. Dlatego często robię ekspozycje w miejscach pozagaleryjnych, które nie są dotknięte patologiami  dotykającymi art world.

 

Działania pozagaleryjne są ci bliższe, chyba także ze względu na ścisły związek z miejscem, ingerencją w przestrzeń? Jak chociażby wystawa TEO || ZBNC, którą w 2013 roku zrealizowałeś zupełnie niezależnie, bez zewnętrznych środków finansowych, w zrujnowanym przejściu podziemnym dworca kolejowego Łódź Żabieniec. Ingerencja, mająca zwrócić uwagę na zapomniane „miejsce niczyje”, za które nikt nie czuje się odpowiedzialny?

- Tak, po części tak jak mówisz, a po części jest też tak, że takie miejsca przyciągają moją uwagę od zawsze. Miejsca, jak przejście podziemne na Żabieńcu, zrujnowane, ciemne, brudne, niebezpieczne i wołające o ratunek o opiekę, odpowiedzialność – ono samo w sobie zawsze mi się podobało. Wiesz dobrze, że fascynuję się takimi ujemnymi stronami rzeczywistości i miejscami, które są skazą dla oficjalnej wizji miasta. One czasem stanowią dla mnie obiekt sztuki samej w sobie, czasami domagają się interwencji, nazwijmy ją – artystyczną. Poza tym, takie przestrzenie dysponują wewnętrzną energią i napięciem. Ten splot jest bardzo pomocny dla prac, tworzonych na miejscu. Wystawę Michała Arkusińskiego, grafika punkowego, zrobiłem w prywatnym, zrujnowanym mieszkaniu na ul. Traugutta. Została naprawdę dobrze przyjęta i, co najważniejsze, dobrze wyglądała. Pojawiły się na niej nawet dzieci
z sąsiedztwa, którym artyści tłumaczyli, jak się robi tagi, graffiti itd. Przy tym należy zauważyć, jak stan aktywności społecznej w tym mieście wygląda dziś już trochę lepiej.  Łódź, mimo bezmyślnej autodestrukcji ordynowanej kilkadziesiąt ostatnich lat przez fatalne władze, nadal posiada wielki rezerwuar przestrzeni gotowej na społeczne działania. Ludzie biorą sprawy w swoje ręce, organizują różne eventy, happeningi, wieczory w prywatnych domach, czy w innych opuszczonych miejscach. Zmienia się mentalność, pojawiają się nowe perspektywy i pojawia się wreszcie coś, o czym mogliśmy kiedyś tylko marzyć – przyzwolenie na takie działania.

 

 TEO ZBNC

 

Rok 2015 – nowy album Jude. Wcześniejsze nagrania wydawaliście własnymi staraniami: Ultimate Obedience na kasecie, Vertebral Treatments na winylu, Sickness Bag na kasecie i CD Combat Exhaustion. Teraz pracujecie
z wytwórnią Requiem Records, wydającą muzykę alternatywną i wznawiającą ważne nagrania polskiej sceny niezależnej. Czy ta zmiana ma na was jakiś wpływ? Jak pracowało się nad nowym materiałem?

 

- Mieliśmy już wcześniej epizod z Requiem Records, kiedy nagrywaliśmy kawałek na składankę przygotowaną przez Łukasza Pawlaka. W tamtych czasach wydawaliśmy większość rzeczy sami, na niskonakładowych kasetach lub limitowanych płytach. Kiedy nagrywaliśmy najnowszy materiał, kilka osób zgłosiło zainteresowanie, ale mieliśmy cały czas kontakt z Łukaszem, z którym znamy się od dawna. Naturalnym krokiem była decyzja wydania Jude. Cieszę się z tego, bo oznacza to dobrą jakość oraz to, że płyta będzie mieć automatycznie większą rozpoznawalność, dystrybucję, promocję.

 

JUDE BAA copy

 

Do kogo chcecie trafić z nowym albumem?

Chciałbym, żeby płyta była obecna wszędzie, gdzie to możliwe. Kierujemy naszą rzecz do wszystkich, którzy są
w stanie ją odebrać. Nie mamy żadnej zawężonej grupy publiczności, nie targetujemy naszej muzyki w konkretnym kierunku. Robimy swoje, poświęcamy sporo czasu próbowaniu, tworzeniu muzyki i wydaje mi się, że jest ona na tyle uniwersalna, że może trafić do różnych ludzi. Nie definiujemy swojej muzyki, wszystko powstaje niejako organicznie, nie programujemy się. Zanim trafiają do nagrania, kompozycje ewoluują, przechodzą jakieś fazy. W pewnym momencie mówimy pas. Ani nie dbamy o spontaniczność, ani też nie wiążemy się jakimiś barierami. Do nas należy robienie muzyki, hałasu z proporcjonalną dozą treści, mózgu.

 

Tytuł nowego albumu – Stat – jest otwarty. Można go tłumaczyć na wiele sposobów: stan/postawa/reakcja…

Jest otwarty i taki ma pozostać. Stat można tłumaczyć terytorialnie, jako państwo, kwadrat, system. Ale to też stan. Stan rzeczy. Nasz stan. Reakcja, interakcja, konfrontowanie się z rzeczywistością i jej odbiór. Nasza muzyka jest wewnątrz tego wszystkiego, nie ucieka, zawsze tak było.

 

Łódź, maj 2015

Jude, Stat, wyd. Requiem, 2015 –  jest dostępny w sklepach, dystrybucjach oraz w necie. 

 

Eliza Gaust.
Absolwentka kulturoznawstwa na UŁ, koordynatorka wydarzeń kulturalnych, obecnie pracująca w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana.