Rozmowa z Piotrem Połozem, 08.10.2018

 

Eliza Gaust: Był już wywiad z Saszą Tomaszewskim i Bartkiem Kujawskim. Teraz przyszła kolej na ciebie. Gdyby zestawić was na wspólnej skali, to Sasza byłby po jednej stronie, jako rasowy rock’n’rollowiec, Bartek po drugiej, jako eksperymentator, a Ty gdzieś po środku, łączący te dwa światy. Zgadzasz się z takim porównaniem?

Piotr Połoz: Zgadzam się. Interesują mnie różne rzeczy i nie wiem, w czym czuję się najlepiej. Nawet w Psychocukrze zdarza nam się eksperymentować, chociaż to pewnie bardziej przystępne eksperymenty od tych, które wychodzą od Bartka Kujawskiego. Bartek jest bezkompromisowy. A u mnie tak się jakoś układa, że funkcjonuję w różnych muzycznych światach i nie wiem czy to dobrze czy źle, ale we wszystkich czuję się dobrze. 

 

W Psychocukrze jesteś od początku. W piątek odbyła się łódzka premiera waszej nowej płyty – „Antypody umysłu”. Pamiętam, jak Sasza zapowiadał jej premierę ponad rok temu. I wreszcie jest. Czemu tak długo wam z nią zeszło? Materiał był już dawno gotowy, ale zdecydowaliście się nagrać go jeszcze raz…

Faktycznie, ten materiał był gotowy już dwa lata temu. Zaczęliśmy od przesiania szkiców nagranych na próbach w 2014-2015. Z tego wybraliśmy jakieś 12 numerów i nagrywaliśmy je od nowa sami, aranżując wszystko później na komputerze. Od początku chcieliśmy, żeby produkcją zajął się Mikołaj Bugajak. Jemu z jakichś względów nie podobało się, jak to zarejestrowaliśmy. Plan był taki, że sami się nagrywamy, robimy aranże, a potem on bierze to na warsztat i wywraca do góry nogami. Teoretycznie album mógł być gotowyna przełomie 2016/2017. Mikołaj jednak stwierdził, że chce sam wszystko zarejestrować i od początku do końca mieć kontrolę nad brzmieniem instrumentów. A że po drodze miał kilka innych projektów, to musieliśmy z tym poczekać. I wreszcie, w lutym 2018, nagraliśmy to jeszcze raz, “na setkę”. Dopiero wtedy Mikołaj zaczął pracować nad ostatecznym kształtem tego materiału.

 

Słychać, że eksperymentujecie. Myślę, że ta płyta może być zaskoczeniem. Jest na niej sporo utworów instrumentalnych i improwizacji. Znudziło wam się klasyczne rock’n’rollowe granie?

Mnie na pewno trochę się znudziło. I przez to, że praca nad tym albumem tak się przeciągała, to w ogóle momentami zaczął się nam nudzić ten materiał. Już chciało nam się robić następną płytę, zamiast tej. Ale decyzja Mikołaja, który stał się poniekąd czwartym członkiem zespołu, żeby nagrać wszystko od nowa, była świadoma. Chcieliśmy trochę uciec od swojego stylu. Czułem, że jeśli jeszcze raz nagramy płytę z gitarowymi piosenkami, to będzie to prawdopodobnie ostatnia płyta Psychocukru. Chciałem zrobić coś innego, chociaż wiedziałem, że to nie będą jakieś totalne eksperymenty pokroju TSVEY-a. I wcale bym nie chciał, żebyśmy nagle stali się elektronicznym awangardowym zespołem. Chodziło o to, żeby coś zmienić, żeby to nie była kolejna typowo gitarowa płyta zespołu, który gra piosenki. Owszem, piosenki tu są, jak dla mnie przystępne i typowe dla gitarowej muzyki, ale być może dla naszych fanów będą zaskoczeniem. Mam nadzieję, że ten 32-minutowy materiał skleja się w całość. Wydaje mi się, że nie odlecieliśmy za bardzo i da się tego słuchać.

 

Teksty piszecie chyba zawsze wspólnie z Saszą. Teraz też tak było?

Na pierwszą płytę Sasza napisał właściwie wszystkie teksty sam. Na drugiej trochę mu pomagałemina „Królestwie” też. Nad „Diamentami” siedzieliśmy od początku razem i od zera pisaliśmy teksty. Tak samo teraz – wymienialiśmy się na bieżąco pomysłami i potem wybieraliśmy to, co najciekawsze i najbardziej pasujące do muzyki. 

 

Mam wrażenie, że te teksty też różnią się od poprzednich. Wydają mi się bardziej abstrakcyjne, na dystans od otaczającej rzeczywistości…

Tu bym się z tobą nie zgodził. Nasze pierwsze teksty wydają mi się bardziej abstrakcyjne. Na „Antypodach” być może nie od razu wiadomo, o co chodzi i to nie musi być do końca jasne. Ale zawsze staramy się opisywać swoje przeżycia i doświadczenia. W tych tekstach jest nasze życie, to, z czym zmagamy się na co dzień – Sasza i ja. Staramy się, żeby to był w miarę uniwersalny język. A być może im bardziej uniwersalny, tym bardziej wieloznaczny…

 

Wasze nowe wydawnictwo wzbudza spore zainteresowanie także za sprawą książki Piotra Napresa „Psychonauci”, która jest w pakiecie z płytą. Podoba ci się to, co powstało?

To trudne pytanie. Nie mam do tego dystansu. Podobnie jak do naszej nowej płyty – czasem wydaje mi się, że jest beznadziejna. Im bardziej zbliża się dzień premiery, tym bardziej myślę, że można było zrobić coś lepiej, inaczej. Książka jest dla mnie czymś jeszcze trudniejszym, bo opowiada o naszym życiu – moim, Saszy, Marcina. Są wplątani w to związani z nami ludzie. Czytanie tego jest dla mnie dość trudnym przeżyciem. Na szczęście ta książka ma dość specyficzną formę, jest taką powieścią gonzo, gdzie fikcja miesza się z faktami. I tylko my sami wiemy, co jest prawdą, a co fantazją. To nas ratuje. 

 

Czyli mimo zapowiedzi wydawniczej: „Opowieść o łódzkim zespole rockowym”, nie jest to wasza biografia?

Zupełnie nie. Nasza biografia jest tylko punktem wyjścia dla Piotrka, który tak naprawdę pisze o sobie, o swoich przeżyciach, o tym jak spotkał zespół Psychocukier. A to, czy Sasza zrobił to, a Marcin tamto, schodzi na dalszy plan. Sam kilka razy się śmiałem, kiedy to czytałem. I mam nadzieję, że ludzie tak to będą odbierać. Ale zdaję sobie sprawę, że może znajdą się tacy, którzy odczytają to jako zwykłą biografię i będą się rumienić podczas czytania. 

 

Były w tej książce momenty, które ciężko wam było zaakceptować? 

Ta książka jest trochę smutna. I z tego względu ciężko mi się to momentami czytało. Widzisz to, co pisze o tobie autor i zadajesz sobie pytanie, czy naprawdę jesteś taki. Być może. Trzeba się z tym zmierzyć i żyć dalej. 

 

Piotr chyba spędzał z wami sporo czasu i was obserwował, co pozwoliło mu napisać tę książkę…

Poznałem Piotrka już po jego rozmowie z Saszą o pomyśle napisania tej książki. Miał wtedy 21 albo 22 lata i przez następnych pięć spędzał z nami naprawdę sporo czasu. Robił z nami wywiady, indywidualnie i grupowo, często był gdzieś obok. Na pewno się nad tym napracował. I sam pewnie też się stresuje, bo to jego debiut. 

 

To dobry moment na wydanie tej książki?

Kiedy ludzie dowiadywali się, że jakiś chłopak pisze o nas książkę, pukali się w głowę, bo przecież biografię pisze się, jak ktoś albo przestaje robić muzykę albo już nie żyje [śmiech]. Może było w tym trochę zawiści ze strony kolegów po fachu. My sami na początku nie wiedzieliśmy, co z tego wyjdzie, ale kiedy zaczynałem czytać pierwsze rozdziały, zrozumiałem, że to na pewno nie może być biografia, ale właśnie jego spojrzenie na nas – jak taki zespół funkcjonuje, z czym się zmaga, także poza samym graniem. 

 

Czyli nie jest to żadne podsumowanie, nie kończycie kariery [śmiech]?

Od „Diamentów” właściwie ciągle mi się wydaje, że to ostatnia płyta. Człowiek się starzeje i nie czuje już tak mocno, że musi nagrać płytę. Teraz jestem na tyle wyluzowany, że nic nie muszę. Jak będzie nam się chciało, to super, a jak nie, to trudno. Oczywiście będę się bardzo cieszył, jeśli uda nam się nagrać szóstą płytę, ale na razie nie rozmyślamy nad tym, czy to koniec zespołu, czy może nowy początek. Jeśli zdecydujemy się zrobić kolejny album, to może być zupełnie oderwany od tego, co wcześniej. 

 

Ale to chyba sukces, że nadal wam się chce i w dalszym ciągu się lubicie?

Udało nam się spotkać w takim składzie, że pomimo znacznych różnic w podejściu do życia i do muzyki, potrafimy się dogadać i wspólnie coś zrobić. Myślę, że spore znaczenie ma fakt, że jest nas tylko trzech. Dzięki temu udaje nam się przetrwać i nagrywać kolejne płyty w tym samym składzie. 

 

W projekcie TSVEY jesteście we dwójkę z Bartkiem Kujawskim. I chyba spotykacie się w połowie drogi – łącząc swoje style i upodobania. Rytmiczna, klubowa muzyka, ale z dużą dozą eksperymentu i zabawy gatunkami

Najciekawiej jest, kiedy robisz coś nowego, we współpracy z innym człowiekiem. Trzeba pozwolić tej osobie trochę zepsuć to, co robisz. Ja psuję to, co robi Bartek, a Bartek to, co ja. I z tego powstaje nowa jakość, którą ludzie odbierają jako całość. Słyszą TSVEY i podoba im się albo nie. My sami jesteśmy bardzo zadowoleni z tego zderzenia. Raz przeważa jeden pierwiastek, a raz drugi. TSVEY to projekt mocno zorientowany na parkiet, a jednocześnie dosyć trudny, nie dla każdego. 

 

Chyba dobrze wam się razem gra? Brzmi to świetnie i bardzo intensywnie.

Ciężko pracowaliśmy przed pierwszym koncertem na zeszłorocznym Domoffonie, żeby wypadł dobrze. Włożyliśmy w to dużo pracy i chyba były efekty. Kolejne koncerty grało nam się już dużo łatwiej. Po pierwszym koncercie, kiedy wszystko się udaje, następuje taki niepowtarzalny rodzaj euforii. Na Domoffonie spotkaliśmy się z dobrym przyjęciem i to nam dodało skrzydeł. Fajnie nam się razem gra i myślimy już nad kolejnym materiałem.

 

I Twoje solowe projekty. Wcześniejszy „Shameful Hatred” i teraz – „1 Drop of Autumn” to albumy z rytmiczną muzyką, która może być grana w klubach. Przeważa organiczne techno, ale łączysz też inne style – ambient, trans. Twoją intencją było zrobienie muzyki do imprez, do tańca, ale we własnym, oryginalnym stylu?

Kiedy robię muzykę, nie myślę o tym, czy nadaje się na imprezy. W pewien sposób to oczywiste, że chciałbym grać na żywo i jeśli będą zaproszenia, to chętnie zagram. Kiedy nagrywam, myślę raczej o tym, żeby mieć satysfakcję i zawrzeć w tym, co robię, melodię i rytm, które zawsze były dla mnie ważne. W techno często zdarza się, że nie jesteś w stanie odróżnić od siebie wykonawców, wszystko brzmi tak samo. Chciałbym, żeby moja muzyka nosiła znamiona oryginalności, żeby było wiadomo, że to ja.

 

Grałeś niedawno na L’tronice, razem z innymi przedstawicielami łódzkiej sceny DJ-skiej. Czujesz się jej częścią?

Chyba dopiero zaczynam się tak czuć. Poznałem tych ludzi dosyć późno, mimo że muzykę elektroniczną gram bardzo długo, występowałem z nią chyba nawet wcześniej, niż z Psychocukrem. Łódzka scena DJ-ska raczej mnie nie interesowała. Nie wiem z czego to wynikało, może z arogancji. Teraz jesteśmy starsi, spotykamy się, pijemy razem piwo i traktujemy się z szacunkiem. Gramy na ich imprezach, ostatnio jako TSVEY graliśmy na Samo Gęste. Więc w jakiś sposób czujemy się częścią łódzkiej sceny, ale na poziomie samej muzyki oni pewnie myślą, że jesteśmy świrami. Po L’tronice Onesomeone spytał nas, jak robimy te pojebane kawałki. 

 

No właśnie, jak je robicie? Powstają na komputerze czy przy użyciu innych sprzętów?

Ostatnio diametralnie zmieniłem tryb pracy, porzuciłem komputery. I tak zaczęły się psuć. Więc tworzę muzykę na samplerze, bez komputera. Jesienią chciałbym zrobić kolejną solową płytę. Z Marcinem Awierianowem mieliśmy też przez chwilę zespół Srebro. To są już takie zupełnie piosenkowe rzeczy, Marcin najbardziej ciągnie nas w stronę mainstreamu. I bardzo chętnie zrobię z nim ten materiał. Ja po prostu lubię muzykę, lubię się nią bawić, tworzyć coś od nowa i grać na żywo. 

 

Jest jeszcze TRYP, którego nowy album ma pojawić się w grudniu.

W grudniu będzie koncert, ale trudno mi powiedzieć, czy powstanie już płyta. Ma ją wydać Requiem Records, sporo rzeczy jest już dogadanych. Ale na razie album jest na etapie miksów, które powinny zamknąć się w październiku. 

 

Dobrze wam się razem gra w takim składzie?

Bardzo dobrze. Samo spotkanie z tymi ludźmi i granie z nimi jest wielką przyjemnością. Poza tym, chciałem pograć w zespole, w którym nie będę trzonem, nie będą ode mnie zależeć kwestie organizacyjne. Cieszyłem się, że dołączyłem do zespołu, który był już ukonstytuowany i w którym mogę być tylko basistą. Chłopaki pozwolili mi zrobić wszystkie basy od nowa. Nie musiałem odgrywać rzeczy, które były, chyba że mi się podobały. Sam jestem ciekaw nowej płyty. Starałem się wycisnąć z siebie tyle, ile mogłem, żeby było tak, jak lubię – trochę tanecznie i trochę melodyjnie. 

 

Wspólnie działasz i grasz z wieloma różnymi artystami. Czy scena łódzka jest dla ciebie w jakiś sposób odrębna? 

Dobrze się czuję w Łodzi, ale ciężko mi mówić o odrębności sceny, będąc wewnątrz jej. Nie mam dystansu, nigdy nie planowałem wyjechać z Łodzi i tworzyć gdzie indziej. Ale widzę, jak dobrze się ze sobą czujemy i należymy do jednego świata. Jedynie trochę martwi mnie brak na tej scenie prężnego pokolenia dwudziestokilkulatków. Kiedy zaczynaliśmy grać z Psychocukrem około 2002 roku, wydawało mi się, że jest nas dużo – różnych ciekawych początkujących zespołów, a teraz widać tylko jakieś pojedyncze sztuki.

 

Czego słuchasz, kiedy nie robisz muzyki? 

Nie ograniczam się do żadnych gatunków, słucham bardzo różnych rzeczy. Moją idolką jest Tina Turner, zawsze imponowała mi jej siła. Kiedy dowiedziałem się, że pierwszą solową płytę wydała po czterdziestce, pomyślałem: pięknie, czyli mam jeszcze dużo czasu [śmiech].Lubię też Chrisa Isaaka i Rolling Stonesów. A poza tym słucham bardzo dużo elektroniki – na przykład Jacka Sienkiewicza i wszelkich nowości z Mik Musik. Chciałbym tam usłyszeć jakąś młodą łódzką krew. Ale może nie wiem o czymś ciekawym, co już istnieje, bo chodzę tylko do klubu DOM.

 

Dziękuję za rozmowę.

  


Piotr Połoz,
rocznik 1981- znany też jako Tsar Poloz - muzyk, kompozytor, performer, samouk. Debiutował jako 20-latek albumem "Not in the kitchen" w barwach legendarnego już labela Mik.Musik. Określany przez większość recenzentów jako odpowiedź na brytyjską scenę IDM debiut zdobył szerokie uznanie w kraju i poza nim. Po trzech latach ukazał się drugi album zatytułowany "My możemy zrobić to szybciej i lepiej niż DEUCE" - manifest autoironii, dystansu i próba przełamania schematów panujących w muzyce elektronicznej. Płyta była szokiem dla polskich krytyków. Wojtek Wysocki w magazynie Fluid okrzyknął ja najlepszą polską płytą roku 2004. Od chwili płytowego debiutu Połoz intensywnie koncertował w barwach Mik.Musik w europejskich klubach. Uczestnik wielu muzycznych festiwali. 
Związany z różnymi zespołami i projektami muzycznymi, multimedialnymi, scenicznymi (NEOGOTIK, COBULA, Festiwal Kultury Bałuckiej, HWDJazz, THE BIO PROJECT, Mam Czelność!). Nieprzerwanie od 2001 roku jest basistą zespołu Psychocukier a od 2015 TRYP. Jego muzyczne fascynacje krążą ciągle wokół muzyki klubowej. W duecie z Bartkiem Kujawskim jako Tsvey eksploruje brudne i rzężące rejony techno, natomiast solowe produkcje mają typowy parkietowy sznyt.

 

Eliza Gaust Absolwentka kulturoznawstwa na UŁ, koordynatorka wydarzeń kulturalnych, obecnie pracująca w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana.

 

rysunek: Magda Miszczak