Na wystawie Decadent banality: in search of extrvaganza Jan Eustachy Wolski i Konrad Żukowski otwierają przed widzami wnętrze „własnego pokoju”. O tym, czy ta intymność jest autentyczna i gdzie przebiega miękka granica między życiem a artystyczną kreacją w dobie Instagrama, artyści opowiadają Marcinowi Polakowi.

 

Na początku chciałem zadać Wam fundamentalne pytanie o to, jak zaczęła się Wasza przygoda ze sztuką. Konrad, o Tobie można śmiało powiedzieć, że jesteś malarzem pochodzącym ze wsi. I to takim, o którym było głośno już w podstawówce. Znalazłem wiele tekstów o Twojej twórczości o znamiennych tytułach, np. Ballada o młodym Malarzu czy Rozmowa z młodym malarzem. Malowałeś wtedy pejzaże. To trochę podobnie jak teraz?

 K.Ż. Jestem ze wsi, w dodatku takiej, gdzie jest tylko jeden dom i pola dookoła. Wychowałem się w Podlechach. Malowałem pejzaże, bo były najbardziej interesujące. Dom, do którego przychodziłem w sumie tylko jeść, stał i nadal stoi na górce, u podnóża której płynie strumyk. Dalej ciągną się raczej płaskie pola, są doliny i lasy, wieje wiatr, biegają zwierzęta, są bagna, kurhany. Żyje się przyrodą. Wtedy nie chciałem malować rzeczy z wyobraźni. Z jednej strony tam nikomu pewnie to by się nie podobało, a z drugiej strony – musiałbym się tłumaczyć. Nie mam w zwyczaju utrudniać sobie życia. Lubiłem malować pejzaże, najbardziej puste pola, zostało mi to nawet teraz. Niezwykle rozczulają mnie tytuły, które zacytowałeś. Widać, że ludzi z moich rodzinnych stron bardzo podniecało zetknięcie z tym, że jakieś dziecko dużo maluje, czyli jest malarzem, zaczyna tworzyć, uprawia sztukę.

247
fot. Sławek Sajkowski

 

Janek, a jak Ty zaczynałeś?

J.W. Rysowałem od zawsze. Moi rodzice skończyli historię sztuki i zawsze wspierali mnie w rozwijaniu talentu. Miałem tym samym zapewniony dostęp do wielu inspiracji w postaci albumów o sztuce, głównie dawnej. Rysowałem – bo malować zacząłem dość późno – rzeczy, które akurat szczególnie mnie fascynowały: żołnierzy i walki z drugiej wojny światowej, postaci z Gwiezdnych Wojen, a potem rysowałem loga i szczególnie krwawe sceny z okładek zespołów metalowych. Tworzyłem przy tym w głowie jakieś dziwne narracje. Bardziej autonomiczne, klasyczne obrazy i rysunki zacząłem robić dopiero przygotowując się na studia. 


A co sprawia, że zaczyna się od chmurek i widoczków, a przechodzi do ryb-penisów? Od idyllicznych obrazków do piekielnych wizji przyszłości, a może relacji z teraźniejszości? Życie? 

W piekle będą sami moi znajomi, seks grupowy, narkotyki, alkohol. Już widzę, jak będę popijał aperol spritz, siedząc w wielkim kotle, zaraz po wciągnięciu kreski koksu z ajfona X max.*

K.Ż. Odpowiedź jest bardzo prosta. Przez kilkanaście lat malowania powściągliwych i miłych pejzaży nazbierało mi się trochę rzeczy w głowie, które chciałem wyciągnąć. Gdy na dobre wszedłem w świat rzeczy z wyobraźni, łatwo podjąłem decyzję, co chcę malować dalej. Co prawda wciąż uzupełniam jakieś przedstawienia pejzażami, ale samych jako takich nie maluję.

IMG 8076
fot. Marcin Polak


A jakie jest życie malarza? Żyjemy w czasach, w których dość łatwo możemy podglądać. Wystarczy chociażby włączyć stories na Instagramie. Czy w Waszym przypadku życie jest jak tytuł wystawy? Sztuka, konie, gry, imprezy… Stereotyp artysty, a może jego zaprzeczenie (zależy dla kogo). Nie mieszkacie w swoich niedogrzanych pracowniach.

J.W. Faktycznie Instagram jest w pewnym sensie narzędziem do podglądania, ale chyba w dużo większej mierze służy do czegoś trochę przeciwstawnego, czyli do rozpowszechniania pewnego starannie wykreowanego wizerunku. To, co oglądamy na Insta, nie jest wycinkiem „prawdziwego” życia, a w przypadku artystów raczej przedłużeniem dzieła, kontekstem, ewentualnie źródłem interpretacji dzieła. O tym jest właśnie, między innymi, nasza wystawa. O tym, jak artyści za pośrednictwem Instagrama pokazują alternatywne (z pozoru mogące nawet sprawiać wrażenie naturalnych) miejsca dla swojej sztuki, takie jak mieszkanie czy pracownia. Obrazy te, zestawione z wykreowanymi wizerunkami artystów, które mają za zadanie uwiarygodnić wartość towaru, stają się równocześnie towarem takim samym jak obraz na płótnie. Sam ten proces nie jest z resztą wcale nowy. Wystarczy wspomnieć chociażby persony takie jak Martin Kippenberger czy Jörg Immendorf. Zmieniło się jedynie medium, stąd też wrażenie autentyczności, prawdziwości. 

K.Ż. To prawda, nie mieszkamy w swoich niedogrzanych pracowniach. Moja nie ma ogrzewania, ale – jak sama nazwa wskazuje – tam ma się pracować, a nie imprezować. Lubię chłód. Konie w stajni też nie mają ogrzewania i jak sobie wspaniale żyją! A co do całej reszty, to trzeba robić też coś innego niż sztuka, bo od tego można zwariować. Koni, imprez i jedzenia nigdy za wiele.

56 bezrozu
fot. Sławek Sajkowski



Wymyślam nowe sposoby obsługi siebie, tylko po to, żeby tworzyć nowe rzeczy.* Konrad? Tak to działa?

K.Ż. Z natury nie chce mi się dużo pracować. Tworzenie jest na czubku piramidy moich potrzeb, więc muszę zapewniać sobie odpowiednie rozrywki, żeby ciągle coś robić. Staram się zachować odpowiedni balans pomiędzy liczbą prac a aktywnym wypoczynkiem.


Janek, Ty wydajesz się spokojniejszy. Jak to działa u Ciebie?

J.W. Prowadzę w głowie rodzaj katalogu. Czytam książki i oglądam albumy moich ulubionych artystów i artystek, ale interesują mnie raczej gesty niż same formy. Często gdy przeczytam coś fajnego, dziwnego, uruchamia mnie to jakoś, ale praca, która powstaje, jest zazwyczaj jedynie luźno z tym związana. Na początku studiów gigantyczne wrażenie zrobiły na mnie instalacje Kaia Althoffa, Thomasa Hirschorna, Pippilotti Rist. Towarzyszyły temu bardzo ambiwalentne odczucia. Najpierw bardzo mi się te prace nie podobały, ale jakoś tak mnie zafascynowały, działały tak długo, że je absolutnie pokochałem. Gdy tworzę prace, chcę czuć te same emocje. Chciałbym je nienawidzić i kochać równocześnie. 


Czy wymyślacie, tworzycie czasami razem? Czy jednak każdy myśli o swoich rzeczach, a robicie tylko wspólnie wystawy?

J.W. Tworzymy wspólnie prace na wspólnych wystawach.

K.Ż. Czasami tworzymy prace razem, ale ma to bardziej charakter towarzyski. Trochę zabawa, trochę odpoczynek. Gdy pracujemy nad jakaś wspólną wystawą, bardzo się nakręcamy, wychodzą nam nowe ciekawe rzeczy, pomysły ewoluują. Bywa tak, że gdy zastanawiamy się później nad czymś, co wykonaliśmy, jesteśmy pewni, że sami z siebie nie wymyślilibyśmy tego, co więcej nie pamiętamy, czyj był to pierwotny pomysł. Inną rzeczą jest to, że mamy podobne, lekkie podejście do wykonywanych dzieł sztuki.

pion
fot. Marcin Polak


O czym jest Wasze malarstwo? Janek, w swoim malarstwie łączysz style i cytaty z różnych okresów historycznych. Miksujesz „dawność” ze współczesnością. W przypadku Konrada to raczej bieżąca rzeczywistość wymieszana z przyszłością i jej niespokojnymi wizjami – śmierć, ogień i niepokój, a z drugiej strony kontakt między zwierzętami i ludźmi.

J.W. Moje malarstwo i ogólnie to, co robię, opowiada o potrzebie konfabulowania, mitologizowania, wynajdywania najbardziej fantastycznych ciągów przyczynowo-skutkowych w celu stworzenia genezy, narracji o własnych korzeniach, odnalezienia – czy raczej wynalezienia – punktu zaczepienia w płynnej rzeczywistości globalnego kapitalizmu. Myślę, że w ostatnim czasie coraz częściej polityka, kultura, nawet ta popularna, zwraca się w przeszłość, ku jakiejś abstrakcyjnej, ale bardzo pociągającej i romantycznej „dawności”. Moje prace opowiadają o tej ahistorycznej dawności, którą można w dodatku dowolnie kształtować. W tej fantastycznej przestrzeni mogą stanąć ramię w ramię: powstańcy warszawscy, wiedźmin czy nawet zombie w niemieckich mundurach. 

K.Ż. Malowałem i maluję prace z ciekawości ułożenia farby, która nakłada się na pomysł z głowy. Moje malarstwo jest o tym, co mnie wizualnie interesuje. Na pewno nie jest to jakiś ściśle przemyślany i rozpracowywany temat-problem. Moje obrazy są o jakimś dziwnym nierealnym, nietrzeźwym albo sennym świecie.

 

Czy sztuka musi wywoływać emocje?

J.W. Absolutnie nie musi, emocje w sztuce bardzo częsta są fake. Z drugiej strony nie ma nic gorszego niż sztuka, która swoją hermetycznością czy po prostu snobistyczną nudą maskuje brak jakiegokolwiek przekazu. 

KŻ. Chyba nie musi. Lepiej jak jest ciekawa i ciesząca oko, nie musi być ładna.

253

252
fot. Sławek Sajkowski


Macie frajdę z malarstwa, czy malujecie z nudy?

J.W. I tak, i tak. Ale najlepsze obrazy to te, które w trakcie powstawania najbardziej irytują. 

K.Ż. Ja mam frajdę z malarstwa, ale nie cierpię zamalowywać i malować. Lubię, jak farba się leje, jak jest jej dużo, obraz sam się robi. Cudownym momentem jest kończenie obrazu, dokładanie jakichś kropeczek i kresek. A co do nudy, to nigdy z jej powodu nic nie tworzę. Jest to rzecz niebezpieczna. 


W przypadku tej wystawy czerpiecie inspirację z otoczenia, w którym powstają Wasze prace, czyli mieszkań, pracowni, w których aktualnie jesteśmy pozamykani. Szereg elementów tworzy domową atmosferę, chociaż jest to złudne wrażenie, ponieważ niektóre piękne kanapy są zalane i przesiąknięte wilgocią.

J.W. To chwyt marketingowy, który ma uwiarygodnić całą sytuację. Równocześnie wystawa pozostaje wystawą, jedynie ideą mieszkania, pracowni, a nie ich wierną rekonstrukcją. Cały czas oscylujemy między naturalizmem a sztucznością. Nie wierzymy w utopię stworzenia naprawdę intymnej domowej sytuacji w instytucji sztuki i chcemy to w ten sposób również zaznaczyć. 

K.Ż. Większość naszych rzeźb i obrazów bardzo dobrze czuje się w towarzystwie innych dzieł sztuki, śmieci i mebli. Idąc tym tropem, opróżniliśmy nasze pracownie i zapełniliśmy gorzowski Miejski Ośrodek Sztuki. Robiąc wystawę, nie mieliśmy planów ekspozycji. W ogóle prawie do końca nie wiedzieliśmy, co dokładnie pokażemy. Kilka rzeczy zrobiliśmy specjalnie na miejscu, a niektórych w ogóle nie pokazaliśmy.

Na wystawie, oprócz malarstwa, jest dużo obiektów i instalacji, czasami z marmuru, a czasami z banalnych tworzyw – styropianu i puszek po coli. Gdzie jest granica pomiędzy sztuką a banalną dekadencją? A może nie ma żadnej? Czy może to jest tytułowa ekstrawagancja, przywilej decydowania przez artystów, czym jest sztuka?

J.W. Dla mnie jest to wystawa przede wszystkim o malarstwie. Samo medium jest przecież często postrzegane jako ekstrawaganckie, ale i banalne. Obraz jest towarem luksusowym, absolutnym fetyszem w świecie późnego kapitalizmu. Podczas gdy niemal wszystkie produkty wokół nas posiadają ukrytą, uwewnętrznioną pracę, malarstwo jest bezpośrednim zapisem gestu, co stwarza pozór wyjątkowości, subiektywności, życiowej energii. W tym właśnie zawiera się zarówno ekstrawagancja czy ekskluzywność, jak i banalność, realna płaskość obrazu. 

K.Ż. Nie wiem, czy każdy element wystawy, wyjęty z niej i oddzielony, byłby dziełem sztuki, ale na pewno całość tym dziełem sztuki jest.

  

Na otwarciu wystąpiliście w specjalnie zaprojektowanych przez Sebastiana Tokarczyka kostiumach. Sztuka i bycie artystą to teatr, kreacja rzeczywistości?

J.W. Totalnie. Dzieło oraz odgrywana persona artysty czy artystki stanowią jedną nierozerwalną całość. Seba stworzył kostiumy w oparciu o nasze instagramowe persony, o to, kim jesteśmy na Insta. W tym sensie te kostiumy są prawdziwsze niż my sami. Na wystawie zostały niedbale porzucone jak zużyta skóra. 

K.Ż. Może wygląda to jak teatr czy wykreowana rzeczywistość, jednak prawda jest taka, że my tak żyjemy. Co prawda nie chodzimy w kostiumach zaprojektowanych przez Sebastiana codziennie, ale często się zdarza, że mamy coś od niego na sobie.

kost
fot. Marcin Polak


W tamtym roku wybrałem się na wycieczkę do stolicy, a tam Kręcicki w Stereo, Kina w Rastrze, Polaczek w Monopolu, Żukowski z  Sarzyńskim w BWA. Malarstwo to najlepszy towar eksportowy Krakowa?

J.W. Chyba raczej najbardziej rozpoznawalny, taki znak firmowy. 

K.Ż. Widać, że w Krakowie jest dużo malarek i malarzy xd.


A skąd to się bierze? Moim zdaniem odpowiedź na to pytanie zwykle jest prosta. Przeważnie dobrzy artyści i artystki rozwijają się dzięki dobrym wykładowcom i wykładowczyniom. Kto jest Waszym mistrzem czy mistrzynią?

K.Ż. Janek i ja studiowaliśmy u profesora Andrzeja Bednarczyka. Pracownia skupiała bardzo fajne osoby. Miało się wrażenie, że wszystkie powstałe tam prace są wybitnie dobre, a studenci są już artystami skończonymi, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, że można zakładać im muzea. Trochę sami siebie napędzaliśmy. Profesor właściwie zapewniał nam możliwy spokój i miejsce na samodzielną pracę. No i nie można pominąć dr hab. Michała Zawady, asystenta profesora, który spędzał z nami czas i właściwie pobudzał pracownianą tkankę. 

J.W. Konrad skończył, a ja kończę pracownię malarską profesora Bednarczyka, który sam jest artystą konceptualnym i tak naprawdę nie uczy stricte malarstwa. Dawniej podobno do tej pracowni szli ludzie, którzy nie chcieli malować. Dlatego od tych, którzy jednak malowali, wymagał zajęcia konkretnego stanowiska, przemyślenia, co to medium dla nich znaczy. Jestem też w pracowni profesora Grzegorza Sztwiertni. Artysty postkonceptualnego, malarza, który cały czas „zniechęcał” do malowania na rzecz video, performensu, itd. Od niego nauczyłem się, żeby nie zamykać się na wielość historii, kontekstów i żeby swoją sztukę prowadzić tak, aby była w stanie to udźwignąć. Ale tak naprawdę najwięcej nauczyłem się od kolegów i koleżanek ze studiów i obserwując tych starszych, którzy już skończyli.

Czyli Wasz przypadek potwierdza, że koleżeństwo może być źrodłem inspiracji. Czy myślicie o kolejnej wspólnej wystawie?

K.Ż. Na pewno się sobą nie inspirujemy, bardziej polega to na tym, że lubimy podobne rzeczy i sami tworzymy w podobnym charakterze. Gdy razem coś robimy, napędzamy się, przekrzykujemy w kolejnych pomysłach na wykonanie wspólnie jakichś prac. Wychodzą nam zawsze rzeczy wybitne, wystawa w Mosie to już nasza czwarta wystawa i myślę, że jeszcze kilka razem zrobimy.

J.W. Z drugiej strony myślę, że się jednak inspirujemy sobą, tzn. razem się napędzamy. To nie są oczywiste inspiracje 1:1, bardziej atmosfera twórcza, wspólne imprezy w pracowniach itd. 

  

 *cytaty pochodzą z opisu z wystawy W piekle będą sami moi znajomi / Konrad Żukowski w galerii Jak zapomnieć.

 

 __________________________________

Konrad Żukowski – urodzony w 1995 w Kętrzynie. Ukończył ASP w Krakowie w pracowni prof. Andrzeja Bednarczyka. Zajmuje się malarstwem i tworzeniem obiektów. Mieszka i pracuje w Krakowie.

 __________________________________
 

Jan Eustachy Wolski – urodzony w 1997. Obecnie studiuje na krakowskiej ASP w pracowniach malarstwa prof. Andrzeja Bednarczyka oraz interdyscyplinarnej prof. Zbigniewa Sałaja i prof. Grzegorza Sztwiertni. Studiował na University of Applied Arts w Wiedniu. Finalista konkursu Artystyczna Podróż Hestii. Jest przede wszystkim malarzem, tworzy także obiekty oraz instalacje. 

 __________________________________

Marcin Polak – artysta i kurator poruszający się na styku działań artystycznych i społecznych. Inicjator działań z cyklu „Zawód Artysty”, mających wpłynąć na zmianę polityki kulturalnej. Założyciel i redaktor portalu „Miej Miejsce“. Współprowadzi latającą „Galerię Czynną“. Absolwent PWSFTViT w Łodzi. Stypendysta MKiDN. W 2016 został odznaczony honorową odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej“.

 __________________________________

 

Rozmowa odbyła się przy okazji wystawy: Jan Eustachy Wolski / Konrad Żukowski - Decadent banality: in search of extravaganza

Miejski Ośrodk Sztuki w Gorzowie

5.02 do 21.03.2021

Kurator: Marcin Polak

Kostiumy: Sebastian Tokarczyk