Z Magdą Moskwą rozmawia Joanna Glinkowska

 

W Twojej twórczości, mimo spójności związanej z tematyką cielesności, daje się zauważyć pewne ewolucje. Przedstawienia na obrazach stają się coraz bardziej fragmentaryczne – częściej od całych sylwetek ludzkich skupiasz się na detalu, częściach ciała. Ta fragmentaryczność na pewno wzmaga wrażenie namacalności, ale jest też w pewien sposób brutalna – ukazuje to, co wypieramy, co wzbudza nasz wstręt. Jak zmienia się Twój stosunek do obrazowania ciała?

Obserwując moje obrazy, począwszy od wczesnych, aż do obecnych, można zauważyć proces ciągłego zbliżania się do człowieka, to jest jakby najazd kamery: od planu najbardziej ogólnego, czyli kadru obejmującego całą lub pół postaci
 perłowo i i jej otoczenie, poprzez ciasne kadry dłoni złożonych na podołku, oddzielne fragmenty ciała, aż do zbliżeń
i powiększeń powierzchni skóry i jej otworów. Fragmentaryczność widoczna w moim malarstwie wynika
z intencjonalnego kadrowania, stosowania skrótów myślowych, próby skondensowania treści. Skróty w malarstwie bardzo silnie działają, dlatego w moim malarstwie jest tak dużo oddzielnych części ciała. Takie zabiegi znane są choćby ze sztuki wotywnej, oczywiście nie przenoszę tego dosłownie – w moim malarstwie te skróty mają inne znaczenie. Stosuję separacje i umieszczam wyabstrahowane elementy (takie jak fragmenty ciała, wnętrzności – te fragmenty, w moim odczuciu, mogą być portretami bardziej uniwersalnymi niż wizerunek twarzy) na neutralnym tle. We wcześniejszych obrazach towarzyszyły one postaciom, później usamodzielniły się i mocniej zabrzmiały. Być może ta fragmentaryczność jest brutalna i niesie niepokój, ale dokładnie taki jest dzisiejszy świat. Fragmentaryczność stała się językiem mojego malarstwa i na pewno nie świadczy o jakiejś dosłownej, fizycznej „masakrze”, np. oddzielne dłonie nie są martwe, mają swoją ekspresję, wykonują konkretne gesty. Myślę, że to porozrywanie dobrze oddaje sytuację współczesnego człowieka. Jesteśmy w ciągłej gonitwie, rozdarci pomiędzy rodziną, pracą, chęcią skoncentrowania się na własnym rozwoju, chcielibyśmy robić tyle ciekawych rzeczy, tymczasem musimy uganiać się za materią, aby zaspokoić podstawowe potrzeby, a inni – dlatego, że tą materią nie mogą się nasycić. Powoli człowiek traci kontakt ze sobą samym i z otaczającą go naturą… Czujemy, że rozpadamy się na kawałki.

Dla mnie moja twórczość jest przede wszystkim czasem na rozważania, drogą rozwoju, często też terapią. Jak inni ludzie, nie jestem wolna od lęków. Wiadomo, że nie należy „zamiatać ich pod dywan”. Można się z nimi zmierzyć
i pracować z nimi, np. malując obraz, który może być sposobem na zaklinanie lub oswajanie lęków, myśli, uczuć, ciała, życia. Właściwie w całej swojej twórczości próbuję przemienić to, co przyjęte jest za odpychające, w coś takiego, co każe na siebie patrzeć, a nawet się tym zachwycić. Zmuszam samą siebie i innych do patrzenia na to, od czego najchętniej odwracamy wzrok i czego nie akceptujemy. Mamy na przykład wtłoczone do głowy, że coś jest obrzydliwe i często jest to właśnie związane z ciałem, na przykład, że wnętrzności są obrzydliwe. Wszystko to, czego się boję – na przykład zgniliznę ciała albo pokaleczenie – próbuję pięknie przedstawić, tak bardzo, że nieraz sama nie mogę od tego oderwać oczu. Chcę to odczarować dla siebie i innych. Wnętrzności i śluzówki z moich obrazów lśnią perłowo
i mienią się kolorami tęczy, są prawie idealne, jak cenne relikwie czy klejnoty. I przecież nie jest to piękno wymyślone czy dodane, ono faktycznie istnieje. Wystarczy zapomnieć, że wnętrzności są odrażające, żeby zobaczyć ich prawdziwą, niepokojącą urodę. Moje ostatnie obrazy są próbą przeniesienia ciała ludzkiego i ustanowienia organicznej obecności. Próbą „odczarowania” mrocznych zakamarków cielesności, które nęcą swoją perwersyjną urodą, każą na siebie patrzeć i oswajać się z rzeczywistością ciała.

Jak zmienia się mój stosunek do obrazowania ciała, będzie można zobaczyć na wystawie. Jest to pierwsza tak duża prezentacja, pokazująca całą moją drogę i na tej wystawie będzie to bardzo dobrze widoczne. Wraz ze zmianą mojego stosunku do obrazowania ciała zmienia się też bardzo wyraźnie technika. Bardzo ważnym momentem było zastąpienie płótna zaprawą kredową, która umożliwiła mi reliefowe opracowanie podobrazia, oddające wrażenie miękkości, ciepła ciała, podskórnego pulsowania, penetrację w głąb obrazu, instalowanie małych obiektów, aż
w końcu na poziomie podobrazia pojawiła się pełna rzeźba.

 3m.

Bez tytułu, 2006r. 

 

I jak w związku z tym ma zmienić się doświadczenie odbiorcy?

Malując swoje obrazy, wykonuję dużą wewnętrzną pracę. Obraz jest świadectwem tego procesu, za jego pośrednictwem komunikuję się z odbiorcą, którego – mam nadzieję – ten obraz pobudza do rozważań. Oczywiście każdy z odbiorców odbierze obraz inaczej. Jeden zatrzyma się na powierzchni, ktoś inny zanurkuje głębiej. Ja tylko daję impuls. Każdy będzie miał z obrazem swoje własne, inne spotkanie i doświadczenie.

 

Dlaczego interesuje Cię temat ciała?

Cielesność w mojej twórczości jest bardzo ważna, ale nie w oderwaniu od ducha. Interesuje mnie ciało jako „puszka dla ducha”, jako forma relikwiarza. Nawet we wczesnych obrazach nie skupiałam się na cielesności jako podobieństwie czy zewnętrzności, była ona dla mnie raczej formą ucieleśnienia warstwy psychicznej i stanów emocjonalnych. Moje wczesne portrety nigdy nie były portretami istniejących ludzi. Są to „posklejane” wizerunki różnych osób, często z przenikającym się moim wyglądem, z których powstawały zupełnie nowe figury. Określiłabym je jako „ucieleśnienia wewnętrzności”. Podobnie jest w późniejszych obrazach przedstawiających fragmenty ciała. Właściwie nic, co maluję, nie istnieje w swej postaci w realnym świecie, dotyczy to zarówno namalowanych ludzi, jak i ostatnich obrazów ciała, są to syntezy rzeczy zaobserwowanych w realnym świecie, będące jednak zupełnie nowymi bytami. Nie chodzi
o konkretny fragment, który należy do konkretnego człowieka. Ciało nie jest dla mnie celem, ale środkiem. Wszyscy mamy ciała, ale to nie ciała są sensem naszego istnienia, jednak ciało jest dla każdego czymś bardzo ważnym. Niezależnie od naszego stosunku do własnego ciała, jest ono dla nas odniesieniem. Rzeczywistość odbieramy
z punktu widzenia ciała. Swoje ciało i skórę każdy z nas odczuwa bardzo dotkliwie. Skóra jest niezwykle wrażliwym organem odbierającym niezliczone bodźce. Właśnie dlatego uważam, że przez ciało mam największą szansę dotrzeć do oglądającego. Bazując na skłonności człowieka do empatycznego odbioru wizerunków, chcę doprowadzić do sytuacji, w której widz zacznie odbierać obraz swoim ciałem na zasadzie cielesnego współodczuwania. Chcę, żeby oglądający, patrząc na moje ostatnie obrazy, odczuł swoje ciało, jego pulsującą obecność, zadał sobie pytanie o jego sens i o jego kres. Ciało jest bardzo ważne, ponieważ jest narzędziem, które pozwala pracować z duchem w ziemskich warunkach, jest jedynym medium, które umożliwia nam zbliżenie się do tego, co duchowe. Nosi na sobie ślady złożonego wewnętrznego życia, które wychodzi na zewnątrz i przejawia się w deformacjach, zmarszczkach, kolorze skóry, ruchach, postawie, spojrzeniu… i w tym właśnie sensie interesuje mnie ciało.

 

Zarówno na Twoich obrazach, jak i w projektach ubrań, strój zdaje się nadawać nowe sensy ciału. Dlaczego przywiązujesz tak dużą wagę do stroju? Jak ubranie może wpływać na ciało? Czy jest jedynie jego zniewoleniem?

Ubranie jest niezwykle blisko związane z człowiekiem, z czasem staje się jego drugą skórą, noszącą ślady, zapachy, odciski ciała. Dlatego w moim odczuciu jego forma idealnie nadaje się do tego, żeby poprzez nią mówić o człowieku. Według niektórych, strój staje się widzialną postacią tego, kim każdy z nas jest w swej istocie. To, jak się ubieramy wiele o nas mówi, np. o naszym stosunku do siebie, jest przejawem naszej ekspresji i kreatywności. Stare ubrania po prostu mówią, najlepiej widać to na wystawach historycznego ubioru. Kiedyś ubrania noszono dłużej niż teraz i one nieprawdopodobnie przenikały się z właścicielem. Kiedy oglądamy stare ubrania, czujemy wręcz żywą obecność osoby, która je nosiła i jakiś niewyczuwalny nosem zapach. Stare, znoszone ubrania bardzo pobudzają moją wyobraźnię i wywołują szereg pytań o człowieka, który je nosił i niemalże rysują jego domniemany obraz.

W moich wczesnych portretach malarskich strój lub jego elementy, wraz z motywami otaczającymi postać, pełnią ważną funkcję dopełniającą wizerunek. Szyjąc ubrania, zwykle mam na myśli konkretną osobę z jej „wewnętrznym wyglądem”. Powstająca forma jest jakby materializacją tego „wewnętrznego wyglądu”. Szyte przeze mnie obiekty-ubrania są więc formą portretu, formą „mentalnego kombinezonu”, będącego „odciskiem” osobistej aury człowieka.

 Formy robionych przeze mnie ubrań działają w dwie strony. Z jednej strony są materializacją tego „wewnętrznego wyglądu”, a z drugiej – każdy może się w to ubranie „zapakować” i poczuć się trochę jak w „skórze” kogoś innego. Ten efekt ma wzmagać konstrukcja ubrania, która zwykle wymusza przyjęcie odpowiedniej postawy ciała, na przykład zgarbienie się, skulenie klatki piersiowej, czy usztywnienie szyi. Wiadomo, gdy człowiek przyjmuje niewłaściwą postawę ciała, to ma problemy z oddychaniem, a to z kolei ma ogromny wpływ na funkcjonowanie organizmu
i samopoczucie. Moje ubrania, które z czasem zaczęły przyjmować formy sztywnych gorsetów, miały również oddawać i w pewnym sensie przenosić, wywoływać określone stany psychiczne.

 

Malowane przez Ciebie portrety przypominają nieco malarstwo sakralne, ikony, portrety trumienne. Niektóre
z nich zawierają nawet organiczne obiekty, na przykład włosy, które można skojarzyć z relikwiami. Czy Twoje malarstwo wiąże się z religijnością, czy jedynie czerpie z technik i środków związanych z twórczością sakralną?

Zupełnie nie chodzi tu o religijność. Rzeczywiście, interesuje mnie sztuka krążąca wokół spraw ducha, magiczna, sakralna, wotywna, formy relikwiarzowe, które występowały w różnych religiach, ale przede wszystkim interesuje mnie ich istota, zasada i moc oddziaływania. Pierwsze dzieła sakralne pochodzą z czasów prehistorycznych, ludzie poprzez sztukę (muzykę, taniec, przedmioty magiczne, malowidła i inne formy) od zawsze próbowali skomunikować się ze światem duchowym.

Fascynująca jest wiara ludzi w moc świętych wizerunków, relikwiarzy, wizerunków służących medytacji itp. – są to obiekty koncentracji i wymiany energii. Podobnie każdy obraz jest płaszczyzną wymiany myśli i energii, np. ja malując obraz koncentruję w nim swoją energię, którą później ten obraz oddaje i spotyka się z energią oglądającego, przekazuję pewną myśl, która jest impulsem do rozważań. W obrazie malarz składa swoje myśli, intencje, energie, niczym relikwie w relikwiarzu, ciało człowieka też w pewnym sensie jest relikwiarzem, „puszką dla ducha”.

 Ale przede wszystkim interesuje mnie sama moc wizerunku (nie ma znaczenia, świętego czy świeckiego) oraz nasz stosunek do wizerunku, który to w świadomości ludzi zastępuje osobę żywą. Znane są z historii np. wizerunki pohańbienia – wierzono, że kiedy taki wizerunek zostaje znieważony, osoba cierpi i została ukarana – albo wizerunki używane w magii. Sztuka jest często formą zaklinania, np. zaklinania życia… Właśnie w tym sensie fascynuje mnie portret trumienny. Nawet w przypadku tych portretów, w których osoba była malowana już po śmierci i nosi jej wyraźne znamiona, wyczuwa się energię zaklętego, zatrzymanego życia. Wizerunek postrzegamy jako żywą obecność. Ludzie często dokładali do wizerunków małe fragmenty osoby przedstawionej, aby wzmocnić ich działanie, przykładem mogą być medaliony z portretem i puklem włosów, albo właśnie w sztuce sakralnej relikwiarze ze szczątkami świętych.

 

4m.

Bez tytułu, 2005r. 

 

Wystawa w Muzeum Sztuki w Łodzi będzie nosiła tytuł „Nomana”. To samo słowo było także tytułem kilku wcześniejszych wystaw. Czym jest „nomana”?

W naszych głowach nieustannie pojawia się wiele myśli, obrazów i dźwięków. Nomana to było właśnie takie powtarzające się słowo-dźwięk, które pojawiło się w mojej głowie zupełnie spontanicznie podczas malowania obrazu
i jest napisane na licu tego obrazu. Jest to obraz z 1995 r., który będzie można zobaczyć na wystawie. Zupełnie nie zastanawiałam się nad znaczeniem tego słowa, natomiast już wtedy było pewne, że należy do mojego malarstwa. Słowo to często towarzyszy mi, gdy spędzam długie godziny malując. Lubię je powtarzać, bo mnie uspokaja. Nie tytułuję obrazów, ani nie interpretuję ich, ponieważ uważam, że słowo bardzo zmienia, często ogranicza obraz. Wystawy indywidualne tytułuję słowem Nomana i dodaję kolejny numer. Słowo Nomana, które było czystą intuicją
z czasem zaczęło wypełniać się znaczeniem i obecnie oznacza dla mnie to, co jest istotą mojego malarstwa, czego
w malarstwie poszukuję i co chcę poprzez nie wyrazić. Moje malarstwo poświęcone jest człowiekowi, ale nie konkretnemu człowiekowi. My, ludzie, jesteśmy w swej istocie do siebie podobni: mamy podobne pragnienia, lęki, podobnie zbudowane ciała, rodzimy się i umieramy… Tak naprawdę różnimy się szczegółami – oczywiście bardzo istotnymi, budującymi naszą odmienność, osobowości – ale mnie najbardziej interesuje ta ludzka cząstka, która jest
w każdym z nas. Można powiedzieć, że Nomana to nikt konkretny i potencjalnie każdy. Nomana to też ta cząstka, której nie rozumiemy, prawda o nas, z którą boimy się spotkać – i być może przez to nie potrafimy być szczęśliwi. Tak jak mówiłam, postacie, które maluję, nie są realnymi postaciami. Ja maluję raczej o tym, jak się człowiek czuje, o jego wnętrzu i to przybiera konkretną formę, czyli taki a nie inny wygląd. Nie maluję konkretnych, istniejących postaci, tylko ucieleśnienia stanów, próbuję ustanowić obrazem obecność – i to jest właśnie Nomana. W moim odczuciu, ostatnimi obrazamiprzedstawiającymi fragmenty ciała najbardziej zbliżyłam się do osiągnięcia mojego celu, chociaż oczywiście mam świadomość, że ten cel jest nieosiągalny. Jedyne co mogę robić, to iść za swoją intuicją i dalej sobie rozważać i te rozważania materializować w nowych formach. Ale, tak jak wcześniej mówiłam, w procesie przybliżania się do człowieka zbliżyłam się maksymalnie do powierzchni skóry, a nawet ją przekroczyłam, mam teraz wrażenie, że zaczynam wnikać w organiczną tkankę, bliską bezkształtnej materii. I tu wydarzyła się rzecz bardzo istotna,
a mianowicie to maksymalne zbliżenie i związane z nim wniknięcie w szczegół sprawiło, że paradoksalnie wszystko stało się bardziej ogólne i uniwersalne. Nie ma rozproszenia na wizerunek, na wygląd postaci (twarz zawsze kojarzy się z konkretnym człowiekiem), a więc zniknęły konkrety, jednostkowe przypadki ludzkie, a pojawiło się to, co najbardziej istotne: wrażenie organicznej obecności.

 

Czy na wystawie zobaczymy jakieś nowe prace?

Jest to retrospektywna wystawa, która pokazuje całą moją dotychczasową drogę. Wystawę otwierają prace najwcześniejsze, studenckie – ważne dla mnie, ponieważ to one otworzyły mi moją malarską przestrzeń. Będzie można zobaczyć najważniejsze prace, które powstały na przestrzeni tych dwudziestu kilku lat, aż po ostatnią pracę, która jest pełną rzeźbą.

 

Działasz jako artystka od wielu lat, ale dopiero niedawno Twoja twórczość zyskała większą popularność. Jak myślisz, skąd to wynika?

Jeśli chodzi o zainteresowanie ze strony indywidualnych odbiorców, to nigdy nie narzekałam na jego brak, moje obrazy zawsze wzbudzały spore emocje tych, którzy je dostrzegli. Pomimo że trudne, znajdują swoich nabywców. Jeśli chodzi o współpracę z galeriami, to również byłam w nich obecna. Przez te wszystkie lata brałam udział w około pięciu
i więcej wystawach rocznie. Za szeroką popularnością nigdy nie goniłam, nie jest mi do niczego potrzebna. Mam zasadę, że nie zabiegam o wystawy i recenzje. Wszystkie prezentacje, które się odbyły, wydarzyły się z inicjatywy osób, które chciały ze mną współpracować. Były to dla mnie bardzo miłe zaproszenia, potwierdzenie, że to, co robię, jest dla ludzi interesujące. Skupiam się na malarstwie i właściwie nie robię nic w celu wypromowania swojej twórczości, mam jedynie stronę internetową i profil na fb. Zważywszy na taką postawę, myślę, że wcale nie jest tak źle z popularnością mojej twórczości, a najważniejszy dla mnie jest fakt, że przebija się ona własną mocą.

Moje malarstwo jest bardzo indywidualne i porusza problemy nie będące w kręgu zainteresowań większości kuratorów. Jestem zdecydowanie obok aktualnych trendów, nie angażuję się w projekty. Poza tym, moje prace (zwłaszcza te wcześniejsze) bardzo trudno zestawia się z pracami innych artystów, sama nie lubię brać udziału
w wystawach zbiorowych, wolę indywidualne prezentacje. Myślę, że był też duży problem z interpretacją – ja sama nie ułatwiałam zadania, odmawiając interpretowania prac, oczywiście miałam swoje powody i wyjaśniałam je. Chciałam, żeby każdy spotkał się z moimi obrazami „po swojemu”, dlatego uważałam, że interpretacje nie mają sensu. W końcu jednak udzieliłam dwóch obszernych wywiadów (a ten jest trzeci) – po to, aby pomóc zrozumieć to, co robię. Chociaż tak naprawdę uważam, że w przypadku mojego malarstwa najważniejsza jest otwartość oraz to, żeby nie bać się stanąć twarzą w twarz z własnymi reakcjami, należy przyjąć, że emocje są częścią poznania. Mojego malarstwa nie trzeba rozumieć, raczej wymyka się intelektowi i racjonalnej analizie, należy je odbierać intuicyjnie, emocjami. Odbiorcy, którzy próbują wszystko wyjaśnić, zrozumieć, osadzić i do czegoś porównać, mają z tym wielki kłopot
w przypadku mojego malarstwa. Malarstwo należy przede wszystkim oglądać, a to, co robię jest o ludziach i dla ludzi, nie trzeba mieć teoretycznej podbudowy, żeby się z tymi obrazami spotkać, wystarczy ludzkie doświadczenie.

 

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo i zapraszam na wystawę.


Magda Moskwa. Nomana
Kuratorka: Maria Morzuch

ms2ul. Ogrodowa 19
Otwarcie: 6 marca 2015, piątek, g. 18.00  
Wystawa otwarta do: 16 maja 2015

 

JOANNA GLINKOWSKA
Studentka Nowych Mediów i Międzynarodowych Studiów Kulturowych. Wiceprezes Koła Naukowego Historii Sztuki Nowoczesnej „FORMA”. Współtwórczyni inicjatywy lokalnej Odnowa Teofilowa.