W naszym nowym cyklu prezentujemy recenzje celowo „spóźnione” – wystaw, których nie możecie już zobaczyć, bo się skończyły. Na początek: czy powinniście żałować, jeśli nie widzieliście wystawy „Farba znaczy krew. Kobieta, afekt i pragnienie we współczesnym malarstwie” i dlaczego? 

 

Z perspektywy Łodzi, oglądanie tematycznych wystaw organizowanych przez warszawski MSN umożliwia niewątpliwie włączenie się w coś w rodzaju głównego nurtu polskiej refleksji nad sztuką współczesną. Dla osób skazanych na codzienne zanurzenie w atmosferze spokojnej prowincji, to okazja na zbliżenie się do zasobniejszego, modniejszego świata. Dziś jednak chyba wszyscy przyznają, że peryferyjność z właściwym jej oddaleniem od turbulentnego epicentrum sprzyja spokojniejszej i pogłębione refleksji, a także działaniom o większym ciężarze gatunkowym, chociaż mniejszym potencjale przyciągania hajsui fejmu. Dlatego zwiedzając duże warszawskie wystawy sztuki współczesnej mam zawsze w głowie pytanie, czy ich świeżość, globalność, chwytliwość i ogólna szeroko zakrojona znakomitość jest bardziej wspaniała niż łódzka splendid isolation? Co wolę, czego życzyłabym sobie więcej? A może jestem skazana na wieczny konflikt tych dwóch impulsów – ekscytacji porywistym mainstreamem i konsekwentnego meandrowania bocznych odnóg? 

DSC9109

 

Ten wstęp prowadzi do kwestii, będącej sednem tego tekstu – kto i dlaczego powinien żałować lub nie żałować przegapienia wystawy „Farba znaczy krew”? Jeśli już teraz czujecie wzbierające FOMO (fear of missing out), nie potrzebujecie, żebym bardziej wbijała Was w poczucie winy. Możecie przejść do kolejnego akapitu, żeby pokrzepić się korzyściami z nieobejrzenia tej wystawy. Być może jednak waszym udziałem jest bardziej racjonalna wariacja tej obawy. Może niepokoicie się, że przegapicie interesujące artystki i zjawiska, które jeszcze kilka lat temu pozostawały zupełnie nieznane, a dziś znalazły się w środku głównego nurtu. Wówczas sytuacja jest ambiwalentna. Zależy czy znacie już przenikliwe prace Agaty Kus i dobitne obrazy Martyny Czech. Jeśli tak - nie żałujcie, że przegapiliście „Farbę”.

martyna czech9
Martyna Czech, Twoja na zawsze, 2018, olej, płótno, 100 x 70 cm. Dzięki uprzejmości artystki 

 

Nie była to na pewno wystawa grzeczna. Zdaje się, że aspirowała – jeśli nie do budzenia sensacji, to chociaż do szukania mocnego uderzenia. Mniej więcej wszystkich zelektryzowały prace Chelsea Culprit przedstawiające skąpo ubrane kobiety pochłaniające frytki, pizzę i burgera (taki, powiedzmy, tryptyk). Były one także głównym objawieniem tej wystawy w oczach krytyków. Na obrazach widzieliśmy korzystające z przerwy na przekąskę tancerki erotyczne, z którymi artystkę łączy siostrzana więź. W formie jednak, te prace nie urzekają. Ich ekspresjonistyczna linia jest właściwie dość przewidywalna. Wątków związanych z przemysłem erotycznym było zresztą więcej.  Plasują się one wśród dyskusyjnych sensacji, w które obfitowała wystawa – takich raczej z niższej półki: erotyki, ezoteryki, egzaltacji, baśniowości. Chociaż często te wątki i stylistyki były przywoływane ironicznie czy wręcz rozsadzane przez wyolbrzymienie, mocnych uderzeń zarówno pod względem artystycznej przenikliwości ujęcia jak i bezpruderyjności czy krytycyzmu właściwie zabrakło. Najbliżej była jeszcze konceptualna, subwersywna Reby Maybury. Snuła ona osadzoną w kontekście relacji sado-masochistycznych opowieść o poniżaniu zajmujących pozycje uległe partnerów przez zmuszanie ich do rysowania. Jej malarska redakcja performansu delegowanego, zakłada odtwarzanie strategii surrealistów, w tym pisma automatycznego, w gęstej scenerii erotycznego ekscesu. Tak, można by chyba żałować niezobaczenia tej wystawy właśnie ze względu na szemrane sensacje i jej potencjał odstraszenia nudy wyborami dalekimi od konwencji. To plus tej w końcu wakacyjnej wystawy.

Jeżeli jednak daliście się uwieść drugiemu członowi tytułu i spodziewaliście się wystawy intelektualnie ambitnej, wiedzcie, że w obszarze refleksji nad istotnymi wątkami dotyczącymi życia wewnętrznego, skazani byliście na co najmniej na poczucie niedosytu, jeśli nie rozczarowanie.

chelsea culprit book3
Chlsea Culprit, Cheeseburger w raju, 2016, olej, akryl, technika mieszana, płótno, 110 x 87 cm. Dzięki uprzejmości artystki i FED Collection, Meksyk

 

Jeżeli jednak daliście się uwieść drugiemu członowi tytułu i spodziewaliście się wystawy intelektualnie ambitnej, wiedzcie, że w obszarze refleksji nad istotnymi wątkami dotyczącymi życia wewnętrznego, skazani byliście na co najmniej na poczucie niedosytu, jeśli nie rozczarowanie. Kuratorka Natalia Sielewicz skupiła się bardziej na przyjmowanych przez artystki strategiach, metodach, punktach widzenia, odnosząc je do tradycyjnych ująć kobiety czy pożądania oraz naturalnie wyłaniających się tematów – erotyki, przemocy, relacji. Powstałe zestawienie jest solidne i świeże, prace ogląda się z zainteresowaniem. Podobnie jednak jak w przypadku wcześniejszej wystawy Sielewicz („Ministerstwa Spraw Wewnętrznych”), wątki emancypacyjne są dobrze wyeksponowane, ale zabrakło odkrywczego wglądu w psychikę. Mimo deklaracji kuratorki, zjawiska z kategorii pragnienia i afektu wykorzystywane są raczej do nakreślenia tematyki wystawy, nie stają się jednak istotnymi tematami namysłu. Spektrum tych tematów nie przynosiło niespodzianek wobec feministycznego kanonu. Nie była to zatem wystawa prowadząca do wewnątrz ani też w głąb. 

DSC8977

 

Czy zatem pracownice seksualne i ogólne „sex sells” stanowiły jedyną wartość „Farby”? Powierzchowność wystawy okazała się paradoksalnie największym jej atutem. Być może dobrze się stało, że to nie afekt i życie wewnętrzne stanowiły jej centrum, ale malarstwo, które skazane na płaskość płótna jest w swojej naturze doskonale powierzchowne. Zasługą Sielewicz jest to, że zadbała o różnorodność stylistyk i strategii twórczych reprezentowanych na wystawie. Chociaż dominowały odniesienia do symbolizmu, surrealizmu, ekspresjonizmu i współczesnej ironicznej redakcji malarstwa realistycznego, znalazły się także reprezentantki abstrakcji bliższej geometrii, jak Agata Bogacka czy Agnieszka Brzeżańska. Mimo wrażenia wszechobecności różu, futer, zmysłowych tkanin i balansowania na granicy ckliwej egzaltacji, prezentowane malarstwo pozostało interesująco niejednoznaczne. Było to małe zwycięstwo tego medium i jego tajemniczej ambiwalencji, która sprawia, że obraz wymyka się wyczerpującemu opisowi – pozostaje zarazem ostentacyjnie obecny i konsekwentnie skryty. 

 

Quarles2
Christina Quarles, Uziemiona przy Twym boku, 2017, akryl, płótno, 127 x 177,8 cm. Dzięki uprzejmości artystki oraz galerii Pilar Corrias, Londyn 

 

FOMO Score 3/5 (tzn. to zależy – głównie od tego, jak wiele widzieliście wcześniej)

___________________________________   

Anna van Doesburg – krytyczka i historyczka sztuki, malkontentka, stypendystka Uniwersytetu Ziemi Ognistej, Antarktydy i Wysp Południowego Atlantyku.

___________________________________