Czy Róża jest różą? Można zapytać w kontekście ostatnich prób „upiększenia” przez władze miasta słynnej realizacji Joanny Rajkowskiej przy ul. Piotrkowskiej. Marcin Polak rozmawia z artystką o miastotwórczej i wspólnototwórczej roli sztuki, a także o społecznej odpowiedzialności twórców, przywołując nowe instalacje: Rhizopolis oraz Pisklę.

 

Twoja instalacja Rhizopolis w Zachęcie to przestrzeń, w której możemy oddać się refleksji nad końcem epoki antropocenu. Czy artyści i artystki mają realny wpływ na funkcjonowanie procesów przyrodniczych w większej skali? Raczej nie tak duży, jakbyśmy chcieli, ale chyba jesteśmy w stanie zmieniać świadomość społeczną w tej kwestii poprzez pracę na emocjach.

Myślę, że nie ma co przeceniać realnego wpływu artystów na stan rzeczy. Jedną wystawą czy jednym projektem publicznym nie zatrzymamy szóstego wymierania. To jest trochę tak, jak mówi Timothy Morton: katastrofa ekologiczna jest hiperobiektem, nieogarnialnym z wewnątrz, w którym tkwimy. Musimy pracować jednocześnie na wielu polach ludzkiej aktywności, np. na polu emocji, na modelach naukowych, na wrażliwości somatycznej. Ja nigdy nie zajmowałam się niczym innym, jak tylko nieuzbrojonym, w pewnym sensie nagim ciałem. Tam tkwi wiele możliwości „strojenia” wrażliwości. Najważniejsze jest, tak mi się przynajmniej wydaje, żeby nie tyle obarczać ludzi strumieniem przerażających danych czy paraliżującymi wykresami, w których zygzak zawsze idzie w górę, a dać im możliwość obcowania z Innym. Tym Innym są teraz inne gatunki, a nawet materia nieożywiona. Wcielone, uosobione, obecne dzięki sztuce, tworzą alternatywę do samobójczej ontologii kapitalocenu, w którym w zasadzie wszystko jest surowcem.

 

2021 RHIZOPOLIS Joanna Rajkowska fot Anna Zagrodzka 1
Rhizopolis, Joanna Rajkowska, Zachęta, fot Anna Zagrodzka 


A jakim refleksjom możemy oddać się na ławeczce w wyremontowanym Pasażu Róży obok róż w ośmiu odmianach, właśnie posadzonych przez UMŁ?

Takim, że budynek też reaguje na światło. Że w pewnym sensie żyje i widzi tak, jak my. Że kultura to też byt. Tak subtelny jak siatkówka w naszym oku. To miejsce podlega jednak zmianom, które wcale nie sprzyjają refleksjom o delikatnej naturze materii nieożywionej. Agresywne estetycznie zmiany w przejściu do ulicy Zachodniej przypominają najgorsze przykłady prymitywnej wyobraźni deweloperów. A róże… Róże są wynikiem dobrej woli i entuzjazmu pozbawionego niestety prawdziwego namysłu. Cóż robić. Ale róże to nie problem.


Twoje realizacje w przestrzeni publicznej szybko stają się miejscami kultowymi, by wymienić choćby palmę, czyli Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, i Dotleniacz w Warszawie. W Łodzi Pasaż Róży otrzymał Złotą Pinezkę Google, czyli nagrodę dla najbardziej atrakcyjnego miejsca w całym województwie, miejsca, które trzeba odwiedzić. Miasto wyremontowało pasaż i na stronie urzędu możemy przeczytać: Do niesamowitej atrakcji, jaką jest przepiękna instalacja Joanny Rajkowskiej, dodamy wspaniałe tło – duże drzewa i setki krzewów. Skoro rozbudowujemy pasaż imienia Róży, to dobierając krzewy, zdecydowaliśmy się na róże w ośmiu różnych odmianach. W czym w takim razie tkwi problem?

Pasaż Róży jest nie do „rozbudowania”, to jest organizm, który jest już zakończony. Może jedynie prześwit bramowy czeka jeszcze na mozaikę. Problem nie w złej woli. Problem w braku zrozumienia dla natury tego złożonego projektu oraz w braku komunikacji między ludźmi odpowiedzialnymi za inwestycję przebudowującą ciąg komunikacyjny w stronę ulicy Zachodniej a mną. Powtarzam, jedynie mozaika na ścianach byłego Hotelu Polskiego to Pasaż Róży, reszta to po prostu rodzaj przejścia, deptaku. Nawet jeśli ludzie zaczną nazywać go Pasażem Róży, to nie należy oficjalnie mianować go w ten sposób. Róże, powtarzam, są w tym wszystkim najmniejszym problemem. Tego rodzaju dzieła nie potrzebują żadnej oprawy. Żadnego tła, dekoracji, protez. Nie potrzebują gigantycznych konstrukcji, które de facto rażąco ingerują w delikatną tkankę mozaiki przez niezborność proporcji. Nie potrzebują agresywnej kolorystyki wypełnień tych konstrukcji, bo takie się tam pojawiły. To tak jak gdyby na tle abstrakcyjnego obrazu utrzymanego w skali szarości postawić pomarańczowego chwieja. Tak działają te sosnowe deskowania, które tam właśnie zamontowano. Nikt mnie nie zapytał, jak to będzie rezonować z mozaiką.

 

2014 Pasaz Rozy Joanna Rajkowska Fot Andrew Dixon 4
Pasaż Róży, Joanna Rajkowska, Fot Andrew Dixon

 

Miasto Łódź nie ma do Pasażu praw autorskich. Żaden z jego organów. A projekt ten jest utworem w rozumieniu prawa autorskiego i jako taki podlega ochronie


Zastanawiam się, jak rodzą się takie pomysły w urzędniczych głowach. Skoro Pasaż Róży, to posadźmy róże, to oczywiste. Dodajmy jeszcze drewniane pergole, bo przecież tak jest eko. O co można mieć pretensje, teraz to dopiero będzie pięknie! Pani Artystka na pewno będzie zachwycona. Czy miasto miało obowiązek współpracy z Tobą przy wprowadzaniu zmian w Pasażu Róży? Obowiązuje chyba prawo autorskie? To czysta bezmyślność czy ignorancja? 

Nie wiem. Chyba jednak brak poszanowania dla prawa, ale też brak zwykłego wyczucia i taktu. Miasto Łódź nie ma do Pasażu praw autorskich. Żaden z jego organów. A projekt ten jest utworem w rozumieniu prawa autorskiego i jako taki podlega ochronie. Sytuacja jest jednak dość dynamiczna. Jeszcze przed miesiącem nikogo to nie bolało. Teraz, po zapoznaniu się z opinią prawną przez urzędników, sytuacja diametralnie się zmieniła. Dostałam wzruszający list od prawnika miasta, pana Marcina Górskiego, w którym gorąco mnie za to przepraszał. Oprawię sobie ten  list w ramki i powieszę w pracowni. Jedyny taki w mojej biografii. Wydział Kultury w obecnym składzie też jest chętny do stworzenia platformy dialogu, w którym wspólnie decydowalibyśmy o Pasażu. I stworzymy ją. Aby ta zmiana się wydarzyła, spędziłam jednak morze czasu na zupełnie bezsensownych rozmowach z poprzednią ekipą Wydziału Kultury. Wysiedziałam długie godziny w poczekalni i wysłałam dziesiątki maili do urzędników i urzędniczek, łącznie z Panią Prezydent. Nic to nie dało. W końcu musiałam zwrócić się do prawnika. Dopiero jego pismo odniosło skutek. Sporządzenie tego rodzaju diagnozującej opinii prawnej naprawdę nie jest łatwe.

Niemniej pozostaje kwestia bardzo realnych zmian, które zostały wprowadzone w pobliżu Pasażu. Naruszają one jego integralność wizualną i sprowadzają charakter  otoczenia Pasażu do zupełnie innego poziomu. Mam nadzieję, że uda się ten problem jakoś rozwiązać. Inaczej Pasaż czeka smutna wizualna degradacja.

 

Masz jakiś pomysł, jak te zmiany, powiedzmy, osłabić? Bo trudno sobie wyobrazić np. rozbiórkę drewnianych pergoli. Może chociaż kolor róż mógłby być subtelniejszy?

Mam parę pomysłów. Przyjeżdżam z nimi do Łodzi w przyszłym tygodniu, by je omówić z Wydziałem Kultury. Naprawdę ważne jest zachowanie osi widokowych na Pasaż oraz jakiegoś umiaru w stosowaniu materiałów. Może dałoby się np. drewno przemalować szarą bejcą, może też dałoby się jakoś okiełznać agresję tych konstrukcji, które mają podtrzymywać pnącza. Nie wiem natomiast, czy będzie możliwa rozmowa z inwestorem odpowiedzialnym za architekturę przejścia do Zachodniej. 

 

To jest endemiczny problem struktur decydentów, którzy kompletnie nie zdają sobie sprawy, że sztuka w mieście wymaga szczególnej opieki i że jej rola miastotwórcza, wspólnoto-twórcza jest potężna


Łódź zaprasza artystów i artystki do współpracy, a kiedy realizacje już powstaną, miasto nie poczuwa się do współpracy i dbania o prace. Przykładów jest sporo. Instalacja Roberta Kuśmirowskiego w Dętce, neon Rudowłosa Agnieszki Nataszy Splewińskiej w Pasażu Schillera, rzeźby z Konstrukcji w Procesie.

Tym razem jednak, mam nadzieję, będzie inaczej. Ja miałam naprawdę dość czekania, aż ktoś się ulituje i zwróci do mnie z propozycją współpracy nad teraźniejszością i przyszłością Pasażu. Muzeum Sztuki nieraz alarmowało mnie, że sposób wykorzystywania Pasażu jest problematyczny. Wierz mi, że Łódź nie jest w tym wszystkim jakimś wyjątkiem. To jest endemiczny problem struktur decydentów, którzy kompletnie nie zdają sobie sprawy, że sztuka w mieście wymaga szczególnej opieki i że jej rola miastotwórcza, wspólnoto-twórcza jest potężna. To nie jest też wyjątkowy polski problem.


Palma pozostaje pod opieką MSN. Neon Rudowłosa stanowił część Light Move Festival, instalacja Kuśmirowskiego działa lub nie w Dętce, którą opiekuje się Muzeum Miasta Łodzi, a Pasaż Róży powstał w ramach festiwalu Łódź Czterech Kultur. Teoretycznie prace są pod opieką instytucji, ale to się nie sprawdza tak jak w przypadku palmy. 

Nie uwierzysz, Warszawa jako miasto nie ma praw do palmy, ale projekt otoczony jest opieką MSN. Ludzie bezpośrednio zaangażowani w różnego rodzaju odcinki odpowiedzialności za projekt ściśle ze mną współpracują i mają duże przygotowanie merytoryczne. Nawet jeśli sprawy toczą się powoli z powodu przeładowania pracą, to gdy coś się wydarza, nasza współpraca jest bardzo bliska. Pasaż jest de facto bezpański. I to właśnie chcę zmienić. Trzeba zacząć od prawa. Chciałabym przekazać prawa autorskie osobom lub instytucjom kompetentnym. To znaczy, żeby ludzie, którzy zostaną powołani do opieki nad Pasażem, mogli, chcieli i byli merytorycznie przygotowani do podejmowania decyzji o nim w sytuacji, kiedy np. mnie zabraknie.


Twoja realizacja Pasaż Róży obrazuje drogę, jaką przeszła Twoja córka Róża od niewidzenia do widzenia. Co dziwne, w Pasażu Róży przez lata nie było tablicy, która wyjaśniałaby, czym jest ta praca i dlaczego powstała. Wiem, że w końcu się udało. Dlaczego to tyle trwało?

Był to ten sam typ paraliżu. Ten sam mur. Tablicę wyprodukował i powiesił Michał Bieżyński, który pracowicie wydeptał wszystkie urzędnicze ścieżki. Trwało to straszliwie długo. W 2017 r. napisał do mnie maila, pamiętając, jak wspominałam z bólem o braku tablicy podczas jednej z konferencji. W końcu udało mu się ją zainstalować w 2019 r., za co jestem ogromnie wdzięczna. Byłam przerażona narracjami o wzorach róży (stąd rzekomo Pasaż Róży), które bezmyślnie powielane zdążyły się utrwalić w powszechnej świadomości. 

 

W Łodzi brakuje niemartyrologicznych form upamiętnienia, np. prac poświęconych społeczności żydowskiej, która tu żyła przez wieki. W naszej pamięci zbiorowej,  wyrażanej pomnikami i tablicami, funkcjonuje tylko czas zapisany w najczarniejszych kartach historii, czyli okres getta i Zagłady. Ten temat stopniowo odczarowuje Łódzki Szlak Kobiet. 

Trzeba się tym zająć. Łódzkie getto było inne niż wszystkie. Trzeba może też z tą pamięcią inaczej pracować. Pamiętam, że zawsze słyszałam tam dźwięki. A takich nigdy nie słyszałam w Warszawie. 

 

Naczelny Rabin Łodzi Dawid Szychowski jest osobą przyjazną sztuce. Myślę, że to otwiera różne pola do współpracy.

Słyszałam:) Cieszę się totalnie. Nad pamięcią trzeba pracować. Jak pamiętać? Co robić z tą pamięcią? Jak ją przekuwać w teraźniejszość, naszą teraźniejszość.  Widziałam dziesiątki Holocaustowych pomników w Niemczech, tak zimnych, że wiało lodem. Beton, szkło, litery. I jeszcze tory. Prostackie, choć eleganckie symbole. Tam jest to zinstytucjonalizowane, często robione przez architektów. A architekci to jednak nie są artyści z ich dzikością wyobraźni. My się musimy wypłakać, poczuć rdzeniem straszliwą stratę, poczuć nawet gniew. Tego się szkłem i betonem nie załatwi. Ale musimy też czuć, że żyjemy, tu i teraz, razem z tymi co odeszli, obok nich. Naszym ogromnym przywilejem jest to, że mamy w sobie przynajmniej proch ludzi, których wymordowano. My jesteśmy w pewnym sensie z nich zbudowani. Niemcy otrzepali ręce po wysłaniu Żydów do obozów śmierci. I dlatego nie oddychali dymem pieców krematoryjnych. Nasi dziadkowie tak.

 

Trzeba słuchać artystów i artystek. Współpracować. I czujnie kontrolować, co się dzieje z naszą wspólną przestrzenią. Estetyka nie jest politycznie niewinna


Rhizopolis można traktować jak scenografię do nieistniejącego filmu. Dla Centralnego Muzeum Sztuki w Przemyślu pracujesz nad koncepcją, która może zostanie zrealizowana, a może nie, ponieważ jest tylko pracą/instrukcją stworzoną dla muzeum-idei. Czy wiele z Twoich projektów nie zostało zrealizowanych i jeśli tak, to których żałujesz najbardziej? 

Wiele. Oczywiście, że wiele. Dla artystek takich jak ja, bez wsparcia potężnych galerii komercyjnych możliwości pracy są mniejsze. Żałuję najbardziej tych landartowych. Dużych, na otwartych przestrzeniach, związanych z gruntem. Mam na przykład chodzący za mną projekt o szczelinie w ziemi. Takiej jakie powstają często w Japonii po trzęsieniach ziemi. Myślę, że 2020 r. był takim właśnie tąpnięciem, dla naszej ludzkiej kultury. I wyobrażam sobie takie tąpnięcie fizycznie zrealizowane. 

 

Przez moment zastanawiałem się, czy poprosić Cię o stworzenie koncepcji pracy z szansą na realizację w przyszłości, czy zaprosić do wystawy o niezrealizowanych wystawach i projektach z przeszłości. Wiem, że przedsięwzięć tego drugiego rodzaju już trochę było, ale teraz prawdopodobnie będzie jeszcze więcej. Może jest to jakiś trop na przyszłość? Dajmy sobie spokój z nadprodukcją, walczmy o człowieka, jego prawa i przyszłość Ziemi. Tylko wkraczamy już chyba w sferę aktywizmu, a dalej chcemy być artystkami i artystami. Nie każdy się odnajduje w zaangażowaniu społecznym.

Jedno nie wyklucza drugiego. 


A czy doszłaś kiedyś do wniosku, że może lepiej, że coś nie powstało, bo mogłoby nie zadziałać tak, jak byś chciała? Realizacja mogłaby w znaczący sposób podnieść wartość okolicy, wpłynąć na wysokość czynszów czy cen mieszkań? Na przykład Dotleniacz mógłby tak zadziałać. To jest paradoks, robimy coś dla ludzi, ale jednocześnie możemy im zaszkodzić. Jestem zdania, że trzeba mieć tego świadomość, o coś walczyć, a jednocześnie to urzędnicy i politycy powinni czuwać nad tym, żeby zmiany na lepsze nie były zmianami na gorsze.

No właśnie, sam sobie odpowiedziałeś na pytanie :) Myślę, że trzeba mieć tego świadomość. Zawsze przypomina mi się Dotleniacz zlikwidowany u zarania konkursu na Plac Grzybowski przez władze Warszawy, ponieważ był zbyt politycznie niebezpieczny dla okolicy. Z warunków konkursu cichaczem wykreślono Dotleniacz i wpisano… założenie wodne! To, co powstało w miejsce Dotleniacza, jest idealnym otoczeniem neoliberalnej deweloperki. 

 

2007 DOTLENIACZ Joanna Rajkowska2
Dotleniacz, Joanna Rajkowska


W Łodzi to chyba tak nie działa. Wystarczy wyjść z drugiej strony pasażu i zobaczyć, jak wygląda ulica Zachodnia, i to po remoncie.

Obawiam się, że wszyscy powoli toczymy się w tę samą stronę. To kwestia pracy kapitału. Trzeba słuchać artystów i artystek. Współpracować. I czujnie kontrolować, co się dzieje z naszą wspólną przestrzenią. Estetyka nie jest politycznie niewinna. Dlatego tak boli charakter inwestycji przy Pasażu Róży. Reprezentuje skrajnie inne moce. 

 

Na Placu Pięciu Rogów w Warszawie pojawi się Twoja najnowsza instalacja Pisklę, czyli rzeźba przeskalowanego jaja drozda śpiewaka. Słyszałem, że pewne środowiska już protestują, uważając, że rzeźba nie pasuje to tego miejsca, nie nawiązuje do historii. Kolejna Twoja praca jest za mało martyrologiczna. W sumie właśnie w tych środowiskach powinna się podobać, jest przecież o rodzącym się życiu. 

Ależ ona jest martyrologiczna, tylko nie o ludzkiej martyrologii tym razem. A o historii miejsca mówi na wspak, nawiązując do krwawych ludzkich rozrywek w Szczwalni, czyli Hecy. Opowiem trochę o niej, to włos się czytelnikom zjeży na głowie. W XVIII w. u zbiegu Brackiej i Chmielnej powstał drewniany czteropiętrowy budynek, który wyglądał jak walec, ponieważ założony był na planie koła. Wewnętrzna arena posiadała widownię na 3000 osób, a nad wejściem widniał napis „Amfiteatr”. Szczwalnia, jak sama nazwa wskazuje, służyła szczuciu zwierząt oraz wątpliwej przyjemności w oglądaniu ich walk. Krew płynęła strumieniami. Podobno Stanisław August był tam tylko raz i wyszedł zniesmaczony. Pisklę odpowiada tym niezrozumiałym instynktom… jak to pisklę – próbując za wszelką cenę przeżyć.

A środowiska, które wspominasz żyją po prostu w innej czasoprzestrzeni. Nasza, ludzka historia od zawsze jest pisana nie tylko, a raczej przede wszystkim przez nie-ludzi, od których nasze istnienie zależy w sposób fundamentalny.

2018 Joanna Rajkowska The Hatchling Song Thrush 01
Pisklę. Drozd Śpiewak, Joanna Rajkowska

 

Dziękuję za rozmowę

 

 

__________________________________

Joanna Rajkowska, artystka wizualna, urodzona w 1968 roku, w Bydgoszczy, mieszka i pracuje w Warszawie i Londynie. Rajkowska jest artystką wszechstronną, jednak jej najbardziej znane prace to projekty publiczne. Aby je zbudować, artystka wykorzystuje realnie istniejące miejsca, energie, organizmy i materiały. Używa przy tym elementów tak różnorodnych jak rośliny, budynki, obiekty znalezione, wodę, dym czy dźwięk. Od-swajanie, od-człowieczanie i budowanie relacji to metody, które artystka stosuje najczęściej. Jej celem jest ograniczenie działalności człowieka, pomnożenie podmiotów sprawczych oraz ludzkich i nie-ludzkich relacji. Wynikiem jej pracy są zarówno osie urbanistyczne i projekty architektoniczne, geologiczne fantazje, odkrywki archeologiczne, a także rzeźby podwodne.

__________________________________

Marcin Polak – artysta i kurator poruszający się na styku działań artystycznych i społecznych. Inicjator działań z cyklu „Zawód Artysty”, mających wpłynąć na zmianę polityki kulturalnej. Założyciel i redaktor portalu „Miej Miejsce“. Współprowadzi latającą „Galerię Czynną“. Absolwent PWSFTViT w Łodzi. Stypendysta MKiDN. W 2016 został odznaczony honorową odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej“.

__________________________________

 

Zdjęcie główne: Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, Joanna Rajkowska, fot Marek Szczepanski