Aleksandra Jach rozmawia z Ewą Ciepielewską - laureatką Nagrody im. Katarzyny Kobro przyznawaną przez artystki i artystów dla artystek i artystów.

 

Umawiam się z Ewą na rozmowę. Spotykamy się na komunikatorze. Widzę uśmiechniętą Ewę na tle ściany z obrazami. Trudno mi rozpoznać co to jest. Pytam Ewę. Dowiaduję się, że kuter rybacki namalowała na plenerze szkolnym Gaja, córka Ewy. Na ścianie wisi także secesyjny plakat Witolda Gordona” Jurglewicza z hasłem:  Hades, rzeczy wesołe i niepożyteczne” i zdjęcie córki. Rozmawiamy chwilę o pandemii i o tym co widać, kiedy ludzie łączą się ze swoich mieszkań. No właśnie. W kadr Ewy wkrada się kot Wasabi. 

 

Powiedz, co pomyślałaś, kiedy okazało się, że dostałaś nagrodę Katarzyny Kobro?

Byłam zaskoczona. Akurat omawiałam z kolegą Kurczakiem zmiany w regulaminie Orderu Rzeki Wisły. Do tej pory przyznawaliśmy tytuł Kawalera, teraz będzie i Damy. Cieszę się z tego, bo ja otrzymałam Order i tytuł Kawalera. Wtedy właśnie zadzwoniła Cecylia z informacją o tym, że jury przyznało mi nagrodę Kobro, a decyzja była jednogłośna. Poczułam, że łączy się z nią odpowiedzialność polegająca na większym zaangażowaniu w życie publiczne. Uważam jednak, że to się należy i rzece i przyrodzie. Mam nadzieję, że wywiady powstające przy okazji nagrody odbiją się gdzieś echem. Mogę w nich opowiadać o Koalicji Ratujmy Rzeki albo naszych relacjach z przyrodą. Rozmawianie to nie jest jednak mój żywioł. Największym szczęściem jest dla mnie bycie na zewnątrz i bycie na łodzi.

 

Mówisz o tym, że bycie na rzece sprawia ci przyjemność, a jednocześnie podkreślasz, że wraz z nagrodą twoje opinie i działania zyskały inny status. 

Dotychczas raczej robiłam niż mówiłam, a teraz moje doświadczenie przekształca się w teorię. 

 

Wiemy, że tematy przyrodnicze są obecnie bardzo ważne i żywe…

Musimy przyznać, że to jest polityka. 

 

No właśnie. Jak to się dzieje, że artystka zostaje aktywistką. Robisz to, ponieważ brakuje osób walczących na rzecz przyrody? 

Właśnie z tego względu. Kultura nie funkcjonuje w próżni. Takie hasło przyszło mi ostatnio do głowy: domem kultury jest natura. Myślę, że dostałam nagrodę Kobro, ponieważ artystki z jury robią podobne rzeczy i w podobny sposób je czują. Dla nich ważne jest to, co człowiek robi z przyrodą i odwrotnie, co przyroda daje człowiekowi. Myślę, że taka kulturalno-przyrodnicza praktyka jest teraz czymś nośnym. Ludzie interesują się nie tylko pracami artystów, ale także ich poglądami. W ten sposób można przemycić różne treści. Mówię nie tylko o wystawach, performensach, happeningach, ale także o włączaniu ludzi do działania albo wślizgiwaniu się w różne miejsca, opowiadaniu o przyrodzie na przykład poprzez plotkę.

 

Czy to jest przypadek, że same kobiety przyznały ci tę nagrodę?

Myślę, że to jest bardzo ściśle związane z siostrzeństwem. Wspieramy się wzajemnie, ponieważ wiemy, że mamy podobne cele. Jesteśmy zdeterminowane do tego, żeby robić to, co robimy.

 

Zastanawiam się co stoi za twoją determinacją. Czym jest dla ciebie przyroda?

Wiesz, nie zaczęło się od pływania łódką. Dla mnie zawsze ważne było bezpośrednie zanurzenie w przyrodzie. Jako zawodowa malarka, za każdym razem targałam w góry jakieś płótna. Wnosiłam takie ogromne płótno na Babią Górę i rozstawiałam sprzęt. Paweł [Jarodzki] z Bożenką [Grzyb-Jarodzką] śmiali się ze mnie, a ja malowałam. Potem pojechałam w Bieszczady. Też z dużym płótnem. Musiałam pod nim zamieszkać, bo nie dało się z tym nigdzie łazić. Czułam, że tak właśnie muszę robić, bo do tego wzywa mnie głos wewnętrzny. Mój daimonion mówi mi: idź i siedź tam w tych krzakach i sobie tam maluj, jeżeli już musisz malować. Bo to jest twoje zadanie malować, nie? Jestem malarką, to muszę malować. 

 

12Pod pizzerią w Pułtusku

 

 

No i teraz wyobrażam sobie Ewę, która jest w tych krzakach, jest w tym lesie, jest na tej górze. Co ta Ewa czuje? 

W takich sytuacjach zastanawiam się jak przenieść to co jest we mnie na dwuwymiarową powierzchnię. Rozglądam się wokół, metabolizuję jak białko” i pozwalam wypłynąć na zewnątrz. Mam ogromną satysfakcję z tego, że mogę to znowu wypuścić i się tym podzielić.

 

Chodzi o relację?

O relację, o rezonans, odbijanie się w nieskończoność. Widzisz coraz więcej rzeczy, które w tobie siedzą,

 

Myślę o twoim dzienniku, który powstaje, kiedy pływasz łodzią. Mogłabyś powiedzieć czym on jest dla ciebie?

To zapis codzienności i nadawanie rytmu wszystkiemu, co się dzieje. Potrzebuję rytmu, ponieważ mam skłonności do chaotycznego działania. Dziennik porządkuje. Mogę wrócić do pewnych sytuacji, przygotować się do rozmowy albo do działania. Dzienniki były normalną praktyką na statkach. Dzięki temu można było kontrolować co się dzieje. Dla mnie to też jest rodzaj samokontroli. Chcę zapisywać ciekawe rzeczy, bo one znikają. 

 

231
Ewa Ciepielewska, Dziennik, 2008

 


Dla mnie to też praca z pamięcią i rejestracja środowiska, które się zmienia. W jaki sposób dzienniki pozwalają ci się z tym konfrontować?

Na rzece nie ma się za bardzo czego uchwycić. Wszystko się cały czas zmienia i przekształca jedno w drugie. Dzienniki pozwalają mi wrócić do konkretnych wydarzeń, porównać z tym, co działo się w kolejnych latach. 

 

 Kiedy zaczęłaś pisać dzienniki?

Od samego początku pływania łodzią. To był 2008 rok. 

 

 O, wow. To już 12 lat. Czy z tych dzienników wyłania się jakiś obraz kryzysu klimatycznego?

Tak. Pamiętam zapis z 2010 roku. Płynęliśmy wtedy na fali powodziowej. Rozbiliśmy się gdzieś, ale obserwowaliśmy co dzieje się na rzece. Wbiliśmy patyk przy brzegu i patrzyliśmy, jak szybko rośnie woda. Po 30 minutach musieliśmy popłynąć dalej w poszukiwaniu nowego miejsca. W ostatnich dziennikach opisuję Kępę Zieloną [Ciechocinek]. Stoimy tam łodzią i patrzymy w stronę Siarzewa, gdzie planowana jest budowa kolejnego stopnia wodnego. Opisuję wyspę, na której się rozbiliśmy. Kiedyś była zamieszkała, ludzie mieli tam swoje gospodarstwa, a potem zostali wysiedleni. W dziennikach są też pozytywne wpisy. Na przykład o tym, że w 2016 roku, po raz pierwszy ugotowaliśmy zupę na wodzie z Wisły, właśnie przy Kępie Zielonej. Tam woda jest czysta i to widać. A teraz jak znowu popłyniemy to pewnie napiszę, że nie wiem, czy będę gotować wodę z Wisły, bo może jest w niej dużo mikroplastiku…

 

Czy pamiętasz coś związanego z suszą?

Tak, w tym roku było bardzo mało wody w Wiśle. Staliśmy w jednym miejscu przez dwa tygodnie, a w tym czasie woda opadła tak, że można było przejść z jednego brzegu rzeki na drugi.

 

W opowiadaniu o kryzysie klimatycznym trudno czasem pokazać, że coś się radykalnie zmieniło. Destrukcja środowiska jest rozciągnięta w czasie i staje się “powolną przemocą” (jak pisał Rob Nixon). Powódź jest czymś gwałtownym, dlatego zwracamy na to uwagę. Kiedy jest coraz mniej wody w rzekach, szybko się do tego przyzwyczajamy. 

 A propos powodzi. W czerwcu tego roku uciekliśmy z Wisły na Narew, bo szła wielka woda. Zazwyczaj wielkie przybory wody były w maju, a teraz to się przesunęło. 

 

13W Narnii na Narwii


 

To gwałtowne ulewy powodują te wezbrania?

Nie tylko. Woda spływa do ujścia, bo cały czas udrażnia się potoki i mniejsze rzeki. To jest stary model polityki hydrologicznej, żeby wodę jak najszybciej spuścić, bo może za bardzo przybrać, a przecież chodzi o to, żeby została w gruncie. Dlatego trzeba zostawić tereny zalewowe, nie wycinać drzew w górach, nie usuwać ich z brzegów. Kiedyś starano się o każdy kawałek ziemi pod uprawę i  kopano kanały melioracyjne, które osuszały pola. Ale budowano tam również zastawki, które mogły powstrzymać odpływ wody, jeśli było jej za mało. Tylko, że te urządzenia w większości już nie funkcjonują, a rzeki oraz strumienie są prostowane i betonowane. W ten sposób słodka woda spływa szybciej do morza, a na dodatek wypłukuje z gleby nawozy i powoduje jej eutrofizację. Wszystko można byłoby naprawić stosunkowo niewielkimi nakładami w porównaniu do kosztów obecnej polityki wodnej. To jednak zależy od tego jakich mamy decydentów, a wiadomo, że w tej chwili to nie wygląda wesoło. 

 

Nie wchodźmy w ten temat, bo utoniemy [śmiejemy się]. 

Róbmy swoje. Po co mamy się denerwować [dalej się śmiejemy].

 

Kiedy cię słucham, myślę o tym,  że rozmawiam z kimś, kto ma ogromną wiedzę na temat środowiska zakorzenioną w doświadczeniu i uważności na to co dookoła. Wiem, że zanim wsiądziesz na łódkę, musisz ogarnąć masę logistyki. Potem jesteś na tej łodzi i tam też jest dużo dbania o miejsce i ludzi. Jak znajdujesz w tym wszystkim przestrzeń dla siebie?

To nie jest proste. Czasem buduję sobie jakąś miejscówkę, ale ona zaraz się zapełnia towarzystwem. Ja i Agnieszka [Brzeżańska] mamy swoją metodę. Śpimy na łodzi i to jest nasz teren. Prosimy, żeby tam nie wchodzić. Koniec, kropka. Musimy mieć osobne miejsce na omówienie czegoś, medytację, albo dla zdrowia psychicznego.

 

Czyli śpisz na łodzi. A w ciągu dnia?

Miksujemy się, mieszamy i nieustannie nawzajem bodźcujemy. Czasami trzeba zrobić tak jak w medytacji. Słyszeć co dzieje się wokół, ale ignorować i robić swoje, na przykład rysować albo pisać. To są jednak momenty, bo ludzie są zbyt zajmujący.

 

Są też miesiące, które spędzasz poza łodzią. Czego potrzebujesz w codziennym życiu, żeby tworzyć?

Potrzebuję dobrowolnego odosobnienia. Pierwsze miesiące lockdownu były dla mnie błogosławione. Wszyscy zajęli się sobą i nikt ode mnie nic nie chciał. Dzięki temu namalowałam obraz, co już od dawno się nie zdarzyło. Jestem z tego powodu szczęśliwa i dumna. 

 

Co namalowałaś?

Namalowałam Powrót suma”. Tęskniłam za rzeką, więc namalowałam noc, kiedy sum przypływa do Kępy Zielonej i patrzy, co tam się dzieje. Jest późny zachód słońca, przy ognisku siedzi człowiek, a obok stoi nasz galar.

 

230
Ewa Ciepielewska, „Powrót suma", 2020, fot. VJ Emiko

 


Czy w twoim życiu twórczym jest już tylko Wisła, a jak nie jesteś na Wiśle, to tęsknisz za Wisłą? [śmiejemy się]

Tęsknię za Wisłą…

 

Diagnozuję głębokie uzależnienie od Wisły… [śmiejemy się]

Co roku robię kalendarz księżycowy. Teraz muszę skończyć nowy. Idzie rok bawołu. To są takie praktyki rytmiczne. 

 

Powiedz coś więcej o kalendarzu.

12 lat temu po raz pierwszy popłynęłam Wisła i zaczęłam rysować księżycowy kalendarz. Opiera się on na chińskim kalendarzu, w którym dwanaście lat symbolizuje dwanaście zwierząt. Każdym rokiem opiekuje się” inne zwierzę. Na przykład, w 2020 roku był rok szczura, a ja miałam okrągłą sześćdziesiątkę. Robienie kalendarza co roku to dla mnie nadawanie rytmu w życiu. Ale to także podarunki w postaci rysunków, które wręczam moim bliskim znajomym z okazji nowego roku. To także pretekst, żeby wspomnieć o dziko żyjących zwierzętach, których istnienie jest zagrożone z powodu niszczenia siedlisk i odbierana im miejsc do życia. Albo o zwierzętach zależnych od człowieka, które wykorzystywane są w bezwzględny i okrutny sposób w przemyśle mięsnym, futrzarskim albo w testach laboratoryjnych. Właśnie z tego powodu 30 lat temu przestałam jeść mięso. Dla mnie, wegetarianizm jest przejawem ekofeminizmu. To wyraz empatii i współczucia dla tych, którzy nie potrafią się obronić. 


 

233
Ewa Ciepielewska, Rok Szczura" 2020

 


Co ci daje grupa, wspólnota, bycie z ludźmi? 

Tak samo potrzebuję być sama, jak i z ludźmi. Bycie samej to otwarcie się na pozaludzkie środowisko, a to jest równie zajmujące jak bycie z ludźmi. Natomiast w grupie ważne jest dla mnie zachowanie indywidualności. Chodzi o to, żeby każdy mógł być sobą. Tak się dzieje w Luxusie i na łodzi. Bycie w grupie jest twórcze, bo pozwala ci się skonfrontować z innymi i ze sobą. Dzięki takim doświadczeniom lepiej uświadamiam sobie, kim jestem. Mamy tendencję do popadania w schematy, albo po prostu z lenistwa. Dzięki konfrontacji z innymi, stajemy się bardziej żywi, elastyczni. Być może także bardziej chętni do tego, żeby coś zrobić. Nie popadamy w marazm i samozadowolenie. W moich wspólnotach każdy ma jakąś swoją indywidualną drogę, ale bycie razem sprawia, że nasze życie jest pełniejsze, bardziej barwne, bogate w formę.

 

To brzmi jak dobre podsumowanie. Dziękuję ci za rozmowę.

 

 

__________________________________

Ewa Ciepielewska - malarka, perfomerka, aktywistka, altruistka i miłośniczka przyrody. Urodziła się w 1960 roku w Wałbrzychu; jest absolwentką malarstwa na wrocławskiej ASP. W 1982 roku była współzałożycielką grupy Luxus, z którą działa do dzisiaj. W 1997r. założyła stowarzyszenie Volans wspierające młodych artystów i artystki. Od 15 lat znaczną część roku spędza na Wiśle pływając drewnianą, tradycyjną łodzią „Solny”, a od 2016 roku współtworzy projekt Flow/ Przepływ-cykliczne, istniejące poza oficjalnym obiegiem mobilne rezydencje na łodzi łączące artystów, muzyków, performerów, kuratorów i innych aktywistów. Jego efekty pokazywane były na wystawach w Hamburger Bahnhof (2018) i Alter Hafen (2017) w Berlinie, Gdańskiej Galerii Miejskiej (2016, 2018), Austriackim Centrum Kultury (2019) oraz Fundacji Pamoja Razem w Krakowie(2017, 2018). Jej prace znajdują się w kolekcjach prywatnych i publicznych m.in.: Museum Jerke w Recklinghausen, Muzeum Współczesnym we Wrocławiu i Muzeum Narodowym w Warszawie, Wrocławiu i w Krakowie.

__________________________________

Aleksandra Jachkuratorka, edukatorka, historyczka sztuki. Przez wiele lat pracowała w Muzeum Sztuki w Łodzi. Obecnie współpracuje z Biennale Warszawa przy programie poświęconym kryzysowi klimatycznemu. Jej ostatnie projekty to Carolina Caycedo i Zofia Rydet. Raport troskiKongres Empatiiw Muzeum Sztuki w Łodzi (2019) czy How to talk with birds, trees, fish, shells, snakes, lions and bulls?w Staatliche Museen w Berlinie (2018).

 

__________________________________

 

Nagroda im. Katarzyny Kobro