Eliza Gaust: W Art_Inkubatorze przez cały rok trwa cykl performensów nowomedialnych „Perform_tech”, którego jesteś kuratorem. Za nami już cztery spotkania z artystami, którzy na różne sposoby używają nowych technologii w sztuce performance. Możesz opowiedzieć o głównej idei tego cyklu?

Maciej Ożóg: „Perform_tech” to cykl poświęcony różnym formom sztuk performatywnych, których istotnym komponentem jest technologia, wykorzystywana na bardzo wiele sposobów i z różnych motywacji. Fabryka Sztuki zaprosiła mnie do przygotowania programu kuratorskiego na cały rok – przed nami jeszcze pięć wydarzeń. Idea jest taka, aby pokazać, że współcześnie w sztukach performatywnych – w performensie, w formach parateatralnych, czy w działaniach związanych z ruchem i tańcem, kładziony jest mocny akcent na używanie różnego rodzaju technologii cyfrowych. Są one wykorzystywane na wiele sposobów i ubogacają asortyment środków wyrazowych sztuk performatywnych. Te działania są przeze mnie programowane w taki sposób, aby pokazać, że, przy pomocy technologii, można wprowadzić krytyczny metadyskurs. Nie interesuje mnie efekciarstwo ani spektakularne popisy. Interesuje mnie działanie, które ma potencjał krytyczny.

 

Możesz opowiedzieć o koncepcji kuratorskiej, która towarzyszyła Ci podczas konstruowania cyklu?

Podstawą mojej koncepcji jest przynależność działań artystycznych do szeroko definiowanego obszaru sztuk performatywnych, które ulegają przetworzeniu i przeformułowaniu przez wykorzystanie różnorodnych technologii. Zastanawiałem się nad tym, jacy artyści mogą pokazać różne oblicza tej sztuki, wykorzystując nowe technologie, zarówno te o charakterze konsumenckim, jak i bardziej specyficzne, eksperymentalne. Takie ich wykorzystanie przynosi refleksje nad naszym życiem w dobie cyberkultury, nad przekształceniami egzystencji jednostki oraz zmianami społecznymi i kulturowymi, które inspirowane są, a często wywoływane przez powszechność technologii cyfrowych, ale stanowi też formę metamedialnego dyskursu nad samymi technologiami. Poza tym, cały cykl wpisuje się w program obchodów stulecia awangardy. Ale są to działania awangardowe nie historycznie, a współcześnie, dotykające aktualnych problemów. Obszar prezentowanych praktyk jest bardzo szeroki. Po pierwsze, możemy wyróżnić działania, które sytuują się w tradycji hakowania, a więc przerabiania na własne potrzeby wszelkiego rodzaju narzędzi i przedmiotów elektronicznych / cyfrowych. Przedstawicielem tej klasy twórców jest między innymi Jonathan Reus, który w lutym zaprezentował performance „iMAC Music”. Po drugie, artyści zaangażowani w projekt trzeciej kultury – dialogu pomiędzy nauką, sztuką a technologią. Evelina Domnitch i Dmitry Gelfand to twórcy, którzy w kontekście sztuki eksplorują różnego rodzaju niezwykłe, a czasem wręcz dziwaczne fenomeny współczesnej fizyki. W Art_Inkubatorze pokazali performance „Force Field”, oparty na zjawisku sonolewitacji – lewitacji dźwiękowej, co przynosi niezwykłe wrażenie czegoś z pogranicza eksperymentalnej fizyki, sztuki iluzjonistycznej czy „magii”. Kasper Toeplitz i Myriam Gourfink zajmują się z kolei performensem tanecznym, eksplorując bardzo mocno relację pomiędzy technologią a ciałem. To akces do szerszego wątku interpretowania ciała przez technologię i vice versa – pokazywania, w jaki sposób technologia może być postrzegana, gdy zdamy sobie sprawę, że nie jest ona oderwanym elementem naszej rzeczywistości, ale formatywnie wpływa na to, jak postrzegamy siebie, relacje z innymi ludźmi i naszą przestrzeń życiową. Następnie, wydarzenie z maja, czyli projekt Marka Chołoniewskiego, najdłużej zajmującego się nowymi mediami artysty sztuki dźwięku w Polsce, który był związany z próbą wykorzystywania konsumenckich technologii do biofeedbacku jako narzędzi tworzenia dźwięku i obrazu. W czerwcu natomiast będziemy gościli Marco Donnarummę z performancem „Corpus Nil”, który, jak się niedawno dowiedziałem, dostał wyróżnienie podczas najważniejszego festiwalu sztuki nowych mediów na świecie – Ars Electronica. 

  

fot. 03 2

 

Chyba znaczna część prezentowanych w ramach cyklu działań, co jest konstytutywną cechą sztuki performance w ogóle, stanowi jednorazowe wykonanie, nie dające się w tej samej formie powtórzyć i opierające się na eksperymencie?

Z tym różnie bywa. Są artyści, którzy bardzo mocno podkreślają niezdeterminowany charakter projektów, które realizują, jak duet Kasper i Myriam. Myriam Gourfink jest klasycznie wykształconą tancerką, doskonale panującą nad swoim ciałem. Natomiast w przypadku performensu ruchowego, a właściwie statycznego tańca, podczas którego ma ona na swoim ciele kilkanaście sensorów, odczytujemy to ciało przez pryzmat napięcia – artystka potrafi nad nim intencjonalnie panować, zatrzymać się w jakiejś pozycji i trwać w niej nieruchomo przez parę minut. Z perspektywy widza, to działanie wydaje się zupełnie statyczne, ale okazuje się, że ciało pracuje w sposób niesamowicie aktywny, mimo że my tego nie widzimy. Z kilkunastu sensorów wysyłane są dane, których jest za dużo – Kasper nie jest w stanie ich kontrolować. Cały spektakl, jako schemat choreograficzno-dźwiękowy, ma więc przewidzianą w ogólnym zarysie strukturę, natomiast wypełnienie tej przestrzeni konkretnymi elementami, które pojawiają się na żywo, jest w wysokim stopniu nieprzewidywalne. 

Idąc dalej, idea biofeedbacku polega na tym, że można wytrenować mózg na przykład do tego, żeby działał na odpowiednich falach i wchodził w konkretne stany, np. w stan koncentracji czy medytacji. Natomiast Marek Chołoniewski wykorzystuje to w sposób estetyczny. Z premedytacją używa dość ograniczonych technologicznie środków, które nie pozwalają na wyrafinowaną kontrolę pracy mózgu, dzięki czemu ten mózg jest nieprzewidywalny w warstwie dźwiękowo-wizualnej. 

Ale są też artyści, którzy podchodzą do tego zupełnie inaczej, eksperymentując na żywym technologicznym „ciele”, jak Jonathan Reus, który otwiera swojego iMACa i dokonuje tam różnego rodzaju spięć elektrycznych, do pewnego stopnia kontrolując układy elektryczne, ale też celowo otwierając się na ewentualność wystąpienia spięć nieprzewidywalnych. To może prowadzić do niemiłych konsekwencji, bo czasem ten sprzęt się po prostu psuje. 

 

Cykl „Perform_tech” to nie tylko prezentowane działania performance, ale także wydarzenia towarzyszące. Skąd taka formuła cyklu?  

Cykl składa się z trzech elementów: stricte artystycznego, czyli performance’u, z elementu edukacyjnego w postaci wykładów i dyskusji z artystami oraz z warsztatów, zgodnie z koncepcją „get your hands dirty”, podczas których można zobaczyć „od zaplecza”, jak twórcy dochodzą do prezentowanych efektów. To okazja, aby dowiedzieć się na przykład czegoś o konstrukcji instrumentów, co ostatnio pokazywał Marek Chołoniewski. Ten wątek kontynuowany będzie w czerwcu przez Marco Donnarummę, który dostał mnóstwo nagród, nie tylko za swoje działania artystyczne, ale także za stworzenie specyficznego instrumentu XTH Sense, opartego na biosensorach, sczytujących dźwięki sczytujących i wzmacniających dźwięki pracujących mięśni, ścięgien i stawów. 

 

Zastanawiam się nad doświadczeniem odbiorcy podczas tego rodzaju działań. Na ile dla kogoś bez, choćby elementarnej, znajomości kontekstu i stosowanych technologii, doświadczenie uczestnictwa może wykraczać poza obserwację estetycznie ciekawego spektaklu? Chyba dlatego tak ważnym elementem projektu są spotkania
z artystami, podczas których można poznać ten szerszy kontekst ich działań?...

Dotykasz tu istotnej kwestii. Nie chodzi tylko o to, czy ktoś zna technologię czy nie, czy umie lutować i rozpoznaje poszczególne komponenty lub czy ma świadomość istnienia pewnych teorii fizycznych. Raczej chodzi o to, czy jesteśmy w stanie przeskoczyć poziom powierzchniowego zachłyśnięcia się. Powiedziałem wcześniej, że nie interesuje mnie sztuka, która ma charakter tylko spektakularny. Jest wielu artystów, robiących niezwykle interesujące wizualnie i akustycznie projekty, w których nacisk położony jest na sferę estetyczną, rozumianą właśnie w sposób spektakularny. Mamy w Łodzi festiwal, który bazuje na świetle i jest zbudowany całkowicie w ten sposób. Mnie, jako kuratora, badacza czy artysty, to nie interesuje. I wiedząc, że prezentowana przez nas sztuka bywa trudna w odbiorze, zaplanowaliśmy to w taki sposób, żeby nie tylko kogoś zachwycić, przestraszyć albo zaintrygować. Wykłady i dyskusje z artystami celowo następują po performensach – mają one dostarczyć szerszego kontekstu po to, aby ubogacić odbiór „amatora” pewną szerszą refleksją, ale też zainspirować do własnych poszukiwań.

 

Refleksją o wymiarze krytycznym? 

Badacze nowych mediów często podkreślają istnienie napięcia pomiędzy sztuką nowych mediów, która ma charakter spektakularny, ale nie niesie ze sobą głębszej refleksji a sztuką, która czerpie z dziedzictwa konceptualizmu, z pierwszej, a w szczególności drugiej awangardy metamedialnej, ale przede wszystkim działa jako forma krytyki kulturowej. Dla mnie sztuka nie jest zabawą ani przyjemnością, a przynajmniej nie w klasycznym rozumieniu. Przyjemnością może być też coś, co wymaga pewnej „intelektualnej pracy”, refleksji i otwiera nowe perspektywy poznawcze. Pomysł na pokazywanie tego typu sztuki wiąże się z przeświadczeniem, że może być ona wartościowa również jako forma krytycznego namysłu nad kulturą, a wręcz krytyki kulturowej. Najbardziej zasłużony dla propagowania sztuki nowych mediów w Polsce, Ryszard Kluszczyński, nazywa to poznawczą funkcją sztuki. Ja do tej funkcji dodałbym jeszcze jedną – inspirującą do refleksji etycznej. Istotnym elementem naszej świadomej egzystencji jest zastanowienie się nad tym, jakimi narzędziami dysponujemy, w jaki sposób są one wykorzystywane i do czego to może w ostatecznym rozrachunku prowadzić.

 

Dobrze, że jest w Łodzi przestrzeń na tego typu działania. Odbiór cyklu wydaje się być bardzo pozytywny. Chyba nie bez znaczenia jest przestrzeń, w którym się on odbywa, czyli Art_Inkubator?

Cała przestrzeń Fabryki Sztuki, jak i osoby, które tam pracują, działają bardzo pozytywnie, tworząc warunki, które nie są często spotykane na świecie. To chyba przez nas niedoceniane, że mamy w Łodzi taką przestrzeń, która z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca Berlina, czy innych miast europejskich, jest zadziwiająca. Tam tego typu wydarzenia, o ile nie są olbrzymimi festiwalami, jak Transmediale, odbywają się często w miejscach zupełnie nieprzystających poziomem. Dla wielu zapraszanych artystów, którzy nigdy wcześniej nie byli w Polsce, to duże zaskoczenie, że mogą wystąpić w takiej przestrzeni, w tak sprzyjających warunkach technicznych i w tak dobrej międzyludzkiej atmosferze. 

 

Jesteś teoretykiem sztuk medialnych, kuratorem, ale także praktykiem, działającym w obszarze sztuki performance i dźwięku. Pamiętam Twój performance „Transient Body / Liminal Space 2.0” w Fabryce Sztuki, który towarzyszył wydaniu albumu „Electric Disobedience of Flesh”. To działanie oparte na wywoływaniu napięć pomiędzy fizycznym ciałem a technologią. Chciałabym zapytać o Twoje doświadczenie podczas realizacji tej pracy.

To, co osobiście interesuje mnie w tego typu działaniach, nazwałbym eksperymentalnym lifehakingiem. Staram się wytwarzać sytuacje, w których mogę poznać siebie, swoje ciało w tym specyficznym techno-ekosystemie. Tamten, poniekąd masochistyczny, performance wiązał się z wystawieniem swojego ciała na działanie przestrzeni fal elektromagnetycznych, szczególnie tych o wysokiej i bardzo wysokiej częstotliwości, na których funkcjonują wszystkie urządzenia mobilne. W tej pracy uczyniłem z ciała specyficzny filtr – aplikowałem dźwięki fal przechwytywanych przez urządzenie, skonstruowane przez Adama Łutkowskiego z Politechniki Łódzkiej, które dalej wykorzystuję jako instrument muzyczny. My tych fal nie widzimy ani nie słyszymy, stąd ideą działania było spowodowanie ich zauważalnymi w dźwięku i w obrazie, ale też w moim ciele. Fale zmieniane były na impulsy elektryczne, podawane za pomocą elektrod do mojego ciała. Ktoś się kiedyś śmiał ze Stelarca, że aplikuje sobie elektrowstrząsy. Ja też sobie takie elektrowstrząsy aplikowałem po to, aby zobaczyć, jak będą się one przekładały na funkcjonowanie moich mięśni. Mięśnie, poddane takiemu zabiegowi, kurczą się w sposób przeze mnie niekontrolowany i efekty tego, akustyczne i elektryczne, wykorzystałem w tej pracy do tworzenia muzyki i obrazu, bazując na wcześniejszym, wspomnianym już systemie skonstruowanym przez Marco Donnarummę, choć przeze mnie trochę zmodyfikowanym, do amplifikacji i sonifikacji fizycznej i elektrycznej aktywności ciała. Moje ciało było tu przestrzenią eksperymentalną i słowo eksperyment jest tu dla mnie istotne, rozumiane jako próba stworzenia okoliczności, w których nie wiem, co się wydarzy. To się wiąże szerzej z moim światopoglądem – uważam, że kontrola, samokontrola, a przede wszystkim kontrola świata zewnętrznego, bardzo często prowadzą człowieka na manowce, opierają się jedynie na iluzji panowania. Świat jest zbyt skomplikowany, a my, chcąc go sobie podporządkować wykazujemy się raczej nieuzasadnionym optymizmem, czy raczej zuchwałością, która niestety prowadzi często do bardzo smutnych konsekwencji.

 

 

Rezygnujesz z kontroli także podczas tworzenia muzyki?

Mam problem z określaniem tego, co robię jako muzyk. Zresztą, zmuszony do określenia swojej działalności, wolę używać sformułowania artysta dźwięku, gdyż to, co robię, to raczej konstruowanie struktur dźwiękowych. Aczkolwiek, kiedy tak mówię, od razu odzywają się znawcy muzyki, którzy zauważają, że najwięksi awangardowi kompozytorzy XX wieku, jak Karlheinz Stockhausen, Edgar Varèse czy Iannis Xenakis twierdzili, że muzyka to jest właśnie to. Mnie interesuje konstruowanie sytuacji dźwiękowych, nad którymi nie do końca panuję. Wykorzystuję specyficzne środowiska fal elektromagnetycznych w konkretnej lokalizacji. Gram teraz koncerty, których istotnym elementem jest charakterystyka „krajobrazu elektromagnetycznego” w danym miejscu. Na przykład, są ludzie, którzy, nudząc się w trakcie występu, przeglądają Facebooka, Twittera, Instagram itd. I jeżeli pojawia się taka aktywność, to dla mnie świetnie, bo dostaję wtedy impulsy, których uzyskania nie mogę przewidzieć. Kiedyś miałem zabawną sytuację w ramach Festiwalu Audio Art w Krakowie, gdy wykonywałem performance „Transient Body / Liminal Space 2.0” w podziemiach Bunkra Sztuki. Okazało się, że stropy są tak grube, że nie ma tam fal elektromagnetycznych w takiej ilości, natężeniu i zmienności, jak bym tego oczekiwał. To był najspokojniejszy performance, jaki w życiu wykonałem. 

 

Jak pracujesz nad materiałem studyjnym? W jaki sposób powstawała Twoja pierwsza solowa płyta?

Płyta „Electric Disobedience of Flesh” była konsekwencją tego, że chodziłem po różnych miejscach – domach, centrach handlowych, polach, łąkach z detektorem i nagrywałem. Powstało z tego duże archiwum, ale nie interesowało mnie to w formie field recordings. Chciałem połączyć ten surowy materiał z dźwiękami swojego ciała, stąd tytuł płyty – „Elektryczne nieposłuszeństwo ciała”. 

 

W tym przypadku występuje pewna forma kontroli kompozytorskiej nad samopowstającą strukturą dźwiękową?

Tak, istnieje pewna kontrola. Nie robię sonifikacji fal elektromagnetycznych, one są dla mnie materiałem źródłowym, nad którym pracuję w trakcie koncertu – sampluję je, zapętlam, używam licznych efektów. Mam urządzenie, które pozwala na przetransponowanie niesłyszalnych dla człowieka fal do słyszalnych, zachowując ich dynamikę i natężenie. Można je też skonwertować cyfrowo na różne sposoby, filtrować, poddawać modyfikacjom przy pomocy efektów. Dla mnie to taki instrument, jak dla kogoś innego gitara, kiedy nie gra on na niej w sposób tradycyjny, ale preparuje ją, robi z nią rzeczy, których teoretycznie nie powinno się robić. 

 

Nowy album „Moist hardware”, którego premierę planowana jest na czerwiec, będzie kontynuacją tego typu działań czy nagrywałeś go w inny sposób?

Ten album będzie wydany przez Michała Biedotę w jego wytwórni BDTA. Podczas pracy nad nim też korzystałem ze swojego instrumentu – Analog Radio Frequency Power Detector. Ale używam także innych detektorów fal elektromagnetycznych, które zbierają i nagłaśniają aktywność wszelkiego rodzaju urządzeń elektronicznych. Zainspirowany spotkaniem z Jonathanem Reusem i jego eksperymentami z komputerem iMAC, bawiłem się też przeróżnymi urządzeniami, zbierając próbki i zgrywając je. Najczęściej były to urządzenia już dysfunkcjonalne, zepsute lub przestarzałe. Chodziło mi o dokonanie specyficznej rewitalizacji sprzętu elektronicznego, który jest nie do końca sprawny. Korzystałem też z syntezatorów analogowych i modularnych – ten album jest miksem tego wszystkiego. Poza tym, eksperymentowałem, celowo psując różne urządzenia, na przykład zalewając je wodą i obserwując, jaki dźwięk wtedy powstaje, jako że elektronika bardzo wody nie lubi. Inspiracją popkulturową do tych eksperymentów była dla mnie dość spektakularna i znacząca scena z filmu Spielberga „A.I. Sztuczna inteligencja” z konkurencją między robotem a człowiekiem. Chodziło o to, co może zrobić człowiek, a czego robot nie może. Człowiek na przykład może jeść rośliny, pić napoje, a robot tego nie zrobi, bo następuje sprzężenie, układy elektroniczne natychmiast doznają uszczerbku. To mnie zainspirowało do zadania sobie pytania o drugie życie tych urządzeń, niekoniecznie polegające na przywróceniu ich wcześniejszej funkcjonalności. Stąd nazwa płyty – „Mokry hardware”. Ważny jest dla mnie aspekt fizycznego oddziaływania na urządzenia, a także wszelkiego rodzaju błędy i nieprzewidziane sytuacje. 

  

fot. Mariusz Knysak 02 1

fot. Mariusz Knysak

 

Określona jest też struktura płyty. W jaki sposób została ona zbudowana?

Struktura płyty wyniknęła z interpretacji dźwięków, powstających w wyniku różnych błędów. Można powiedzieć, że jest to „concept album”. Pierwszy utwór związany jest z hackerską kategorią exploit, dotyczącą dziur w systemach operacyjnych i oparty właśnie o takie błędy systemowe. Drugi utwór jest z kolei reakcyjno-sentymentalny. Żyjemy w czasach nieustannego update’u, a ja odwróciłem ten kierunek – używałem rzeczy, które nie dają się update’ować albo których specjalnie nie chciałem update’ować i one generowały bardzo ciekawe dźwięki, a także pewnego rodzaju sentymentalną, spokojną atmosferę. Taka medytacja nad grobem technologii [śmiech]. Stąd tytuł „Downdate”.
I ostatni utwór, związany z jeszcze inną kategorią – fortunate crash. Jeżeli w odpowiednim momencie zdamy sobie sprawę z tego, że gdzieś popełniamy błąd, to jest szansa jego naprawienia. Ale same te błędy bywają bardzo interesujące i inspirujące do zobaczenia samego siebie przez ich pryzmat. To radykalna forma otwartości na nieprzewidywalne konsekwencje naszych działań, na błędy, które widziane w innej perspektywie, przekraczającej nasz wstępne założenia, mogą okazać się o wiele ciekawsze niż to, co sobie na zakładamy, czego oczekujemy i czego pragniemy. 

 

Chciałam zapytać jeszcze o duet Ożóg/Knysak, z którym ostatnio sporo koncertowaliście. Projekt „Ephemeral Interferences” opierał się na sprzężeniach zwrotnych generowanych na żywo pomiędzy projekcjami, tworzonymi przez Mariusza Knysaka a dźwiękiem improwizowanym przez Ciebie. W dalszym ciągu koncertujecie w tym duecie?

Ten projekt jest jak najbardziej aktualny i ciągle realizowany. Nie gramy bardzo dużo, ale jesienią szykuje nam się kilka koncertów w różnych miejscach. Od momentu premiery, w zeszłym roku, zagraliśmy kilkanaście koncertów, w tym częściej poza Polską. 

Idea projektu była taka, że komunikujemy się ze sobą, a także komunikują się nasze urządzenia. Taki podwójny nelson – z jednej strony obraz jest do pewnego stopnia sterowany dźwiękiem, z drugiej – dźwięk jest sterowany obrazem.
A do tego dochodzi jeszcze czynnik ludzki w postaci Mariusza, który nadaje ostateczny kształt obrazowi w momencie, kiedy odbija światło projektora, a ja manipuluję pokrętłami i różnymi urządzeniami, po części sterowanymi przy pomocy strumieni danych, które dostaję z sensorów światła i ruchu, a po części kontrolowanymi przeze mnie. Ten projekt cały czas się rozwija, pracujemy nad nowymi narzędziami. Jego istotnym walorem jest to, że opiera się na dość głębokiej komunikacji interpersonalnej. W pracy twórczej ważne jest dla mnie to, jakiego rodzaju relacja się wytwarza. 

 

  

Wiele wcześniejszych projektów, w których brałeś udział, zostało zawieszonych. Mam wrażenie, że to ciągła ewolucja w Twoim życiu i zamykanie pewnych etapów…

Przez całe swoje życie grałem najczęściej w duetach i w większości przypadków projekty te kończyły się ze względu na to, że rozchodziły się nasze drogi ludzkie. Nagle okazywało się, że mamy ze sobą coraz mniej wspólnego, interesują nas inne rzeczy, komunikacja nie przebiega tak, jakby się chciało. Najdłuższym projektem, jaki realizowałem, był zespół Spear, działający w latach 90. Nieustająco dostaję propozycje, żeby go reaktywować, ale tego zespołu już nie ma. Nie ma tamtych relacji, ludzi. Ja też nie jestem tym samym człowiekiem, mój światopogląd ewoluował. 

 

Były też inne projekty…

Projektów, które mam za sobą, jest sporo. Przestał funkcjonować zespół Ben Zeen, w momencie, kiedy nasze drogi artystyczne z Pawłem Cieślakiem się rozeszły. Z Bartkiem Kuźniakiem, z którym tworzyliśmy Nonstate, też był bardzo intensywny moment, kiedy graliśmy dużo koncertów, a w pewnym momencie to się skończyło. Ostatnio wróciliśmy do niektórych nagrań, a jest ich na naszych twardych dyskach kilkadziesiąt godzin. Efektem jest opublikowany w kwietniu album Nonstate „Positive Choices”, dostępny w sieci za darmo. Można posłuchać i ściągnąć te dźwięki we wszystkich możliwych formatach. Inny projekt, Aural Treat, przestał istnieć ze względu na to, że skończyła się relacja z osobą, która tworzyła ze mną ten duet. Mówię o tym nie po to, aby czynić wspominki, ale dlatego, że aspekt komunikacji międzyludzkiej i pewnego współbycia jest dla mnie bardzo ważny. 

Na szczęście, ostatnimi czasy, nie tylko na poziomie artystycznym, ale też organizacyjnym, pojawiają się ludzie, z którymi bardzo dobrze się czuję i rozumiem. Mam nadzieję, że uda nam się wspólnie zrealizować nowe rzeczy. 

 

No właśnie, w planach zupełnie nowy festiwal w Łodzi…

Jesienią, z kilkoma innymi osobami, organizujemy festiwal muzyki elektronicznej, który będzie nazywał się L’tronica. To oddolna inicjatywa, ale zyskała także pewne wsparcie instytucjonalne między innymi od Urzędu Miasta Łodzi. Tak się złożyło, że w tym roku mam więcej tego typu działań, popartych przez instytucje czy oficjalne finansowanie, niż przez całe swoje życie. 

 

Może to dobry znak, że jest potrzeba i przestrzeń dla takich działań?...

Nie byłbym w tym względzie tak optymistyczny. Myślę, że to raczej nasza determinacja i praca, której być może sam wcześniej nie wykonywałem w wystarczającym stopniu. Praca, polegająca na szukaniu relacji z ludźmi. Żadnego z projektów, które teraz się dzieją, nie byłbym w stanie zrobić sam. „Perform_tech” funkcjonuje tylko i wyłącznie dzięki ogromnej przychylności szefa Fabryki Sztuki, Maćka Trzebeńskiego. To on zaproponował, żebyśmy coś takiego zrobili i włożył bardzo dużo wysiłku w to, aby ten projekt zaistniał. Nie udałoby się to bez całego zespołu Art_Inkubatora, z Kasią Krawczyk na czele, która jest mózgiem organizacyjnym całej sytuacji. Jestem bardzo zadowolony z tego, że nastąpiło spięcie różnych energii i dzięki temu współpraca z tymi ludźmi świetnie funkcjonuje.

 

Opowiedz jeszcze o nowym festiwalu L’tronica. Jakie działania planujecie?

Ten festiwal zrodził się z inicjatywy dwóch DJ-ów, muzyków i organizatorów – Daniela Lukicia (Ratepusa JD) i Darrena Vegi. Oni wymyślili, że zrobią w Łodzi festiwal poświęcony muzyce elektronicznej, przede wszystkim klubowej. Potem Ewelina Chmielewska z Galerii Wschodniej zaproponowała, żebym się do tego dołączył i wpadła na pomysł, aby zderzyć ze sobą różne obszary muzyki elektronicznej. Muzyka elektroniczna to bardzo pojemne określenie. Z jednej strony, mamy silną scenę klubową i dużo ciekawej muzyki tanecznej, z drugiej – mnóstwo muzyki eksperymentalnej, tworzonej przy użyciu sprzętu elektronicznego. I tak się dziwnie składa, że te obszary się niemal nie przenikają. Nasza idea jest taka, żeby te dwa pola ze sobą zderzyć – aby artyści eksperymentujący, awangardowi byli na tym samym festiwalu z artystami, którzy grają do tańca. I, co najważniejsze, żeby publiczność, która niekoniecznie przynależy do tych dwóch obszarów, doświadczyła czegoś nowego, żeby zobaczyła, że istnieje coś innego, tworzonego przy użyciu dokładnie tych samych urządzeń. 

 

To zderzenie nastąpi chyba również na poziomie doboru artystów? Chcecie zaangażować przede wszystkim łódzkich twórców, ale pojawią się także nazwiska spoza Łodzi?

Oryginalna idea była taka, aby pokazać, że Łódź jest miejscem, w którym bardzo dużo się dzieje w obszarze muzyki elektronicznej. Okazuje się, że pod względem klubowym jest wielu interesujących DJ-ów, grających różną muzykę. Natomiast, jeśli chodzi o eksperymentatorów, już trochę mniej. Ale najciekawsze jest to, że są w Łodzi osoby, które poruszają się pomiędzy tymi środowiskami. Bartek Kujawski, który z Piotrkiem Połozem robi muzykę taneczną, a sam jest jednym z najciekawszych muzyków eksperymentujących w Polsce. Wiktor Skok, na co dzień DJ, śpiewający też w zespole Jude, a trochę mniej na co dzień, robiący bardzo ciekawe performensy dźwiękowe, czasem bardzo radykalne. Ja też, oprócz tego, że zajmuję się dziwnymi dźwiękami, gram do tańca. Nagle okazało się, że jest w Łodzi kilka osób, które robią te rzeczy równolegle i to jest usprawiedliwienie dla naszej formuły. Jeśli są twórcy, którzy mogą być w tych światach jednocześnie i to nie jest żaden zgniły kompromis, to znaczy, że można przenikać pomiędzy tymi obszarami. I to jest też nasza „wskazówka” dla publiczności. W Łodzi jest środowisko, które już się przyzwyczaiło do tego, że chodzimy na imprezy taneczne i się dobrze bawimy, a następnego dnia idziemy posłuchać koncertu, gdzie niekoniecznie będziemy się dobrze bawić, a na pewno nie będzie chodziła nóżka do rytmu. Ale w Polsce to cały czas jest dość oryginalne i niecodzienne. Chcemy, żeby ten festiwal z jednej strony był manifestacją specyfiki Łodzi i różnorodności łódzkich działań artystycznych w zakresie muzyki elektronicznej. Z drugiej strony, planujemy tych łódzkich twórców pokazać w kontekście zaproszonych artystów z Polski i ze świata. Początkowa formuła uległa trochę zmianie – w tej chwili mamy 50% artystów ze świata, czasami bardzo ważnych i znanych, kilku spoza Łodzi 
i kilkunastu z naszego miasta.  Mam nadzieję, że trochę namieszamy na łódzkim i nie tylko podwórku. 

 

To świetny pomysł. Z mojej perspektywy, nie ma tu sztywnego podziału i te formy się przenikają. Jest wielu odbiorców, którzy poruszają się w obu tych obszarach. 

A nawet jeśli się nie poruszają, to są na to gotowi, mimo że być może nie wiedzą, że mogłoby im się spodobać coś innego. 

Poza tym, nie jest to podział na coś bardziej masowego i elitarnego, bo myślę, że większość z nas potrzebuje różnego rodzaju doświadczeń – wieczorem pobawić się w klubie przy rytmicznej muzyce, a innym razem iść na koncert, którego odbiór jest bardziej wymagający. Nie jest to wcale od siebie oddalone. 

Czasami jest to oddalone, chociażby ze względu na motywacje i intencje twórców, jak i osób uczestniczących. Natomiast zgadzam się z Tobą co do tego, że ten podział jest sztuczny i opiera się na uprzedzeniach, wynikających z, mało sprzyjającego ich przekroczeniu, klimatu kulturowego i medialnego. W ramach naszego projektu, będziemy starali się z tym negocjować, a może i walczyć i mam nadzieję, że skończy się to sukcesem. 

 

Też mam taką nadzieję. Dziękuję za rozmowę.

 

Linki:

Maciej Ożóg: 

Soundcloud: https://soundcloud.com/maciej-ozog

Youtube: https://www.youtube.com/channel/UCY_zf5Gxr9Q3Z6AgWpSasog

Vimeo:  https://vimeo.com/maciejozog

Ozog / Knysak – „Ephemeral Interferences”: https://vimeo.com/channels/1052689

Nonstate – „Positive Choices”: https://archive.org/details/Nonstate-Positive_Choices

 

Maciej Ożóg - teoretyk kultury i artysta dźwięku. Pracownik Katedry Mediów i Kultury Audiowizualnej Uniwersytetu Łódzkiego. Od początku lat dziewięćdziesiątych zaangażowany w rozwój muzyki eksperymentalnej w Polsce. Założyciel i współtwórca wielu zespołów i projektów (Spear, Ben Zen, Nonstate, Aural Treat, Sub Spa, Quantum Vacuum Oscillator, i.a.). Tworzy multimedialne performensy, instalacje interaktywne oraz filmy wideo. W maju 2015 roku ukazała się jego pierwsza solowa płyta „Electric Disobedience of Flesh”. Kolejna, zatytułowana „Moist Hardware” będzie miał premierę w czerwcu 2017 roku. Od 2016 roku współpracuje z Mariuszem Knysakiem w audiowizualnym projekcie Ozog / Knysak. Jako kurator organizował i współorganizował liczne koncerty i wystawy m.in.: program „Perform_Tecdiv017” w Fabryce Sztuki w Łodzi. link

 

Eliza Gaust - Absolwentka kulturoznawstwa na UŁ, koordynatorka wydarzeń kulturalnych, obecnie pracująca
w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana.

 

rysunek: Magda Miszczak