Czy powinniście żałować, że nie widzieliście wystawy Yoko Ono w Fundacji Signum i dlaczego?

 

Święta Bożego Narodzenia, oprócz przejedzenia i kłótni przy rodzinnym stole, sprzyjają także wzniosłej refleksji i pewnej ckliwości. Jeśli macie w tym czasie lepszy kontakt ze swoimi infantylnymi impulsami, łatwo popadacie w zachwyt, zamyślenie nad losem i czujecie szczególną predylekcję do romantycznych komedii a może nawet mądrości Paulo Coelho, pominięcie wystawy Vertical Memory and…jest dla was zaiste istotną stratą. Yoko Ono, chociaż kojarzona przede wszystkim z Johnem Lennonem, pokojowym aktywizmem i rewolucją obyczajową, a w sztuce z Fluxusem i konceptualizmem, jest także prekursorką sentymentalnego bełkotu.  

 

Jedna z prac prezentowanych od września do grudnia w Fundacji Signum szczególnie dobrze rezonuje ze świąteczno-noworocznym okresem rozliczeń, rocznych podsumowań i ogólnego odlotu – Vertical Memory 1997-2001. Mamy w niej fikcyjny portret będący połączeniem i przenikaniem się twarzy najważniejszych mężczyzn w życiu artystki – ojca, kochanka (męża) i syna oraz krótkie napisane po japońsku historie o narodzinach, śmierci, miłości, przemocy. Oprócz patosu wywołanego przez graniczne tematy, możemy w niej znaleźć także zagadnienia nieco subtelniejsze – mikrohistorię głodu, jakiego doświadczyła artystka w trakcie II wojny światowej w Japonii, czy reminiscencje nadużyć, na jakie artystkajako kobietanarażona była zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie. Sposób opowiadania Ono – chętnie skupiającej się na znaczącym szczególe i bez zahamowań czerpiącej z banału, pełnego przecież śmieszno-gorzkich bzdur (jak psychiatra sugerujący, że przyczyną jej depresji jest niechodzenie na randki) – jest jednocześnie bardzo bezpośredni i uwodzący. Kusi i zdaje się obiecywać, że w tych trywialnych drobiazgach ukrywa się mądrość na miarę kamienia filozoficznego. Lekarze, artyści i asystenci przywołani w tej pracy stoją w świecie wykreowanym przez Ono na równi z duchami i transcendentalnymi posłańcami. Nic tylko jak Indiana Jones wyruszyć na poszukiwanie zaginionej Arki, odnaleźć sens życia, miłość i życiowe spełnienie mimo zmagań i trudności. W sam raz do świątecznej gorączki najlepszych życzeń i żelaznych pozycji programu telewizyjnego. 

 IMG 5629

 

Może się jednak zdarzyć, że powyższy klimat to nie wasza bajka. Czy w takim razie powinniście żałować przegapienia wystawy Yoko Ono? Wydaje się, że tak. Ominęła was prezentacja zgrabna i przyjemna, której estetyczny punkt kulminacyjny znajduje się zupełnie gdzieś indziej niż jej nostalgiczna mielizna – we fragmencie pracy Film nr 4. W przeciwieństwie do Vertical Memory, jest on konceptualnie spójny, wizualnie mocny i czysty.  Prostota wideo pokazującego pośladki w rytmicznym ruchu wywołanym marszem, wrażenie majestatu w ciasnym kadrze pozbawionym tła, piękno ciała ludzkiego i przewrotność wyboru tej właśnie części ciała, czynią z tej pracy perełkę i evergreen, dla którego na pewno warto było odwiedzić Fundację Signum. Szkoda, że obejrzeć mogliśmy jedynie dwie pupy – drobny fragment oryginalnie znacznie szerszego zbioru, ale dobre i to. Dla potrzebujących komentarza, towarzyszący wystawie tekst Jerzego Jarniewicza wyjaśniał, że ta praca jest przewrotnym portretem, kpiną ze wszystkich przekonanych o wadze swojej twarzy, nazwiska, dokonań czy prestiżu. Uwiecznione i zebrane przez artystkę pośladki przypominają o tym, że człowiek jest nade wszystko właśnie ciałem, skórą, mięśniami, nerwami. Tak postawiona sprawa prowadzi do cieszenia się klimatem bliskości, równością i różnorodnością ludzi (i ich ciał). Jest to piękną prawdą podaną z dowcipem i lekkością. 

 

IMG 5627a2

 

Pomiędzy Vertical Memorya fragmentem Filmu nr 4 zieje głęboka rozpadlina, ale na wystawie można był obejrzeć jeszcze trzecią pracę, która była trochę jak przerzucony nad przepaścią most linowy – Box of smile. To czarne pudełko niewielkich rozmiarów, we wnętrzu którego na dnie znajduje się lustro. To pojemnik na uśmiech – którego skuteczność zależy w pełni od jego posiadacza. Przedmiot łączy w sobie najciekawsze cechy wczesnej konceptualnej sztuki Ono – lakoniczność, humor i liryzm z tymi, które dziś zasilają karykaturalny język coachingu i rozwoju osobistego. W tej pracy widać wysilony, niezbyt porywający optymizm, którego źródłem jest zawsze upór jednostki. Dziś, po niemalże półwieczu powtarzania podobnych chwytów w świecie coraz dojrzalszego kapitalizmu, kojarzy się on z tanią psychologią „niesprawiedliwych mechanizmów społecznych i losu nie zmienisz, więc pozostaje zmienić swoje nastawienie”. Miejmy jednak na uwadze, że gdy powstawało w latach siedemdziesiątych, Box of smile mogło być świeże, nawet jeśli nie odkrywcze. A skoro było dziełem osoby zmagającej się z depresją i uzależnieniem, trudno ten gest nazwać tanim.

 IMG 5622

 

W sumie wystawa, której kuratorem był Grzegorz Musiał, pokazywała, jak twórczość Ono krystalizuje się w prace o różnej klasie: dziele wybitnym – przenikliwym i trafnym, średnim - z charakterem, ale też z pewnym zgrzytem i kiepskim – rozgadanym, osuwającym się w kicz. Moim zdaniem to naprawdę wystarczy, żeby uznać ją za udaną. Warto także zadać sobie kluczowe pytanie – jak to się mogło stać, że przegapiliście prezentację prac artystki tej klasy co Yoko Ono tuż pod waszym bokiem? Może dlatego, że nawet na stronie internetowej Fundacji Signum długo nie było o niej informacji? Tylko uważne rozglądanie się podczas wytaczania się z popasu w Jerry’s Burger uratuje was przed tym w przyszłości!  

 

IMG 5628

 

FOMO Score: 4/5 (zaleca się konwersacyjny shaming znajomych którzy przegapili, ku przestrodze) 

 
___________________________________   


Anna van Doesburg – krytyczka i historyczka sztuki, malkontentka, stypendystka Uniwersytetu Ziemi Ognistej, Antarktydy i Wysp Południowego Atlantyku.


___________________________________