Bardzo zaciekawiła mnie odpowiedź Teresy Latuszewskiej-Syrdy z Urban Forms na mój tekst „Urban Forms jak ZDIT? Street art po niewłaściwej stronie barykady”. Nie chciałam jednak dać się ponieść emocjonalnemu tonowi jej autorki, stąd na moją odpowiedź trzeba było dłużej poczekać. Szczególnie zainteresowały mnie opisy pikników
z mieszkańcami i uwagi dotyczące pojęcia galeria i właśnie w związku z nimi chciałabym jeszcze raz zabrać głos dodając kilka uwag o festiwalozie.
O edukacji i estetyce, rozrywce i kulturze
Opis pikników i spotkań organizowanych przez Fundację dla mieszkańców nasunął mi pytanie czy w przypadku działalności Urban Forms powinniśmy mówić kulturze czy o rozrywce. Czy to, że zwykli mieszkańcy potrzebują kanap bo tak bardzo chcą patrzeć jak artysta pracuje albo, że zapraszają go na obiad do domu to wystarczy żeby mówić
o kulturze? Czy wystarczy, żeby ludzie czuli się dobrze, żeby było im przyjemnie, żeby chcieli przychodzić i lubili patrzeć? Gdzie w tym wszystkim twórczość, mediacja i udział mieszkańców w pracach koncepcyjnych? A gdzie trudniejsze treści, które polecał promować regionalny kongres kultury?
Żeby lepiej wyjaśnić zastosowane powyżej na potrzeby tego artykułu rozróżnienie na kulturę i rozrywkę warto przywołać Jeana Baudrillarda. W tekście o paryskim Centre Pompidou zauważa on, że w momencie kiedy celem dostawców usług kulturalnych staje się wysoka frekwencja i błogie samozadowolenie widzów następuje upadek kultury i całkowity odwrót od istotnej edukacji. Rozumienie i udział w działaniach symbolicznych zostają wtedy zastąpione przez iluzję kultury, którą można nazwać polskim słowem lans. Kultura nie podejmująca z namysłem trudnych, być może niewygodnych czy nieprzyjemnych tematów pozostaje jedynie powierzchowną rozrywką.
Ile sztuki w sztuce ulicy?
Tutaj dotykamy pytania najistotniejszego, czyli o cele i motywacje, jakie stawia sobie Urban Forms. Cel promocji miasta
i podniesienia estetyki jego ulic są fajne, ale nie dotyczą serca kultury – rozumienia, poczucia spełnienia i więzi we wspólnocie. Dotyczą dokładnie zewnętrznej, powierzchownej warstwy – tak jak murale dotyczą elewacji. Trudno za łódzkimi muralami dostrzec jakąś głębszą ideę. Mają być ładne, kolorowe i wykonane przez znanych artystów. Zbiok
w wywiadzie o street arcie tak podsumowuje działania Urban Forms: „Organizatorzy doszli chyba do wniosku, że Łódź jest okropnym miastem, które trzeba trochę pokolorować, żeby pojawiło się w nim więcej słońca. Ot i cała koncepcja”.
To, co Fundacja chce pokazać w muralach to, jak mówi Michał Bieżyński, indywidualny styl muralisty. Chyba dość trafnie ocenia to Zbiok – zaledwie forma. Zapraszani artyści to nie Banksy, którego działania zarówno na poziomie treści, formy, jak i strategii artystycznych aż buzują od znaczeń. Forma murali nie jest raczej nowatorska czy pełna znaczeń, lecz estetyczna i modna. Treść rzadko staje się przedmiotem dyskusji. Historia, jeśli jakąś opowiadają, zdaje się powierzchowna, może nawet trywialna, a także poza nielicznymi wyjątkami niezwiązana z łódzkim kontekstem. Nie ma tu miejsca na typowe dla istoty street artu zakorzenienie w lokalności i mówienie językiem społeczności. Dodatkowo, w wizji działalności, jaką promuje Ubran Forms także próżno szukać edukacji czy pogłębionej refleksji nad treściami murali. Pozostaje troska o estetykę i przyjemną atmosferę, która nie jest niczym złym, chociaż odwraca uwagę do znaczeń istotnych dla tego miasta.
Dodajmy, że estetyka i rozrywka we współczesnym świecie nie są neutralne społecznie, zwykle trzeba za nie płacić, nawet jeśli nie jest to widoczne gołym okiem. Dlatego murale w innych miejscach kraju, np. na Nadodrzu we Wrocławiu
i w wielu innych na świecie, wspierają gentryfikację nawet jeśli nie to jest bezpośrednią intencją ich twórców.
Mam wrażenie, że grupami, którym działanie Urban Forms przynosi najwięcej korzyści są uznani twórcy murali dobrze funkcjonujący w międzynarodowym obiegu tego rodzaju sztuki, władze miasta dla których Fundacja tworzy rozsławiony ekwiwalent reklamowy i garstka osób zainteresowanych światowym ulicznym malarstwem wielkoformatowym. Mieszkańcy Łodzi także korzystają, ale jakby przy okazji, jako efekt uboczny. I nie umiem wykluczyć czy nie korzystają tylko na poziomie rozrywki, estetyki, przyjemności, fasadowej dumy z miasta lepiej wypromowanego. Na to nieco światła mogą rzucić wyniki badań zapowiadanych przez autorkę riposty, chociaż wzbudza niesmak, że Teresa Latuszewska – Syrda powołuje się jak na oczywistość na treści dotąd nieopublikowane.
O sens terminu galeria
Galeria, w równym stopniu klasyczne miejsce wystawiania dzieł sztuki jak i centrum handlowe czy pozujący na ekskluzywność salon łazienek, nie jest miejscem zasługującym na miano egalitarnego czy demokratycznego. Galeria sztuki dlatego, że udziela głosu kuratorowi, widzom pozostawiając jedynie uległość, krytykę albo opór. Z galerią handlową jest nawet gorzej, tu bowiem panuje liberalno-kapitalistyczna reguła najwyższego zysku. Oba miejsca niby zapraszają wszystkich, ale dobrego samopoczucia udzielają tylko tym, którzy mają zasoby żeby z nich skorzystać. Zasoby mogą być związane z umiejętnością i zwyczajami w zakresie obcowania z dziełem lub zasobnością portfela, więc siłą rzeczy ktoś zostanie wykluczony, ktoś słabszy, mniej obyty – czyli ten, o którego wszelka kultura powinna troszczyć się szczególnie.
W tym wątku warto też wspomnieć, że sponsorem działań Urban Forms jest Cropp – znana właśnie z galerii handlowych kontrowersyjna marka, która stawia na seksistowskie kampanie, wątpliwa etycznie kreatywność podatkową i maksymalizacje zysku poprzez lekceważenie elementarnych warunków pracy osób wytwarzających ich produkty. Wracając zatem do pytania o to, kto płaci za łódzkie murale, trzeba zaznaczyć, że płacą także szwaczki i szwacze pracujący za głodowe stawki w warunkach uwłaczających godności i po prostu grożących katastrofą, być może także inni pracownicy, których prawa nie są szanowane. A kto jeszcze na Festiwalu Urban Forms zyskuje? – także Lpp, bo dzięki promocji przez murale wartość marki Cropp rośnie, wizerunek się ociepla. I żeby było jasne – nie jestem przeciwna korporacyjnemu mecenatowi, jeśli w działaniu firmy widać poszukiwanie, choćby na drodze małych kroków, odpowiedzialności, etyki i dobra wspólnego, a nie tylko promocji i maksymalizacji zysku. Nie jestem pewna czy Lpp spełnia ten warunek.
Trzy oblicza festiwalozy
Festiwaloza to pojęcie użyte przez Macieja Nowaka w jesiennym numerze „Czasu Kultury”, wskazuje na chorobę teatru, objawiającą się dominującą rolą festiwali teatralnych, której objawami jest fetyszyzowanie efektu marketingowego, lekceważenie lokalnych twórców i brak ciągłości. Festiwaloza zagraża także działaniu Urban Forms
i to we wszystkich trzech objawach.
Chyba nie ja jedna odnoszę wrażenie, że to, co w działalności Fundacji zdobywa najwięcej rozgłosu w mediach to wcale nie same murale, ale ich sukces marketingowy mierzony zainteresowaniem mediów polskich i światowych. Efekt jest taki, że nie znam pogłębionej analizy łódzkich murali ani ich funkcjonowania w przestrzeni miasta, ale nie omieszkano mnie poinformować, na jakie kwoty można wycenić ich sukces medialny, ponieważ Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska wspólnie z Urban Forms zwołała w tym celu specjalną konferencję prasową. To budzi niepokój, bo dbanie o promocję – jakkolwiek ważne – nie może być główną sferą działalności żadnej świadomej instytucji kulturalnej.
Do Łodzi zapraszani są artyści dobrze funkcjonujący w światowym obiegu twórców murali. Lokalni twórcy także biorą udział w Festiwalu i to wcale nierzadko, ale nie jestem pewna jaka jest polityka Fundacji wobec nich. Czy pomaga im się rozwijać, wspiera ich śmiałe projekty czy też raczej zaprasza do okazjonalnej współpracy na własnych warunkach? Czy Urban Forms korzystając ze swojego sukcesu współpracuje z innymi mniejszymi organizacjami zajmującymi się estetyką przestrzeni w Łodzi, których działania są bardziej niszowe i przynoszą mniej ekwiwalentu reklamowego?
A może raczej jest ich konkurentem?
Należy także zadać pytania o trwałe owoce działań Fundacji Urban Forms dla udziału w kulturze mieszkańców. Czy obecność murali w mieście, wydarzenia towarzyszące ich powstaniu i wycieczki objazdowe przyczyniają się do wykształcenia łódzkiej publiczności, do wzrostu umiejętności interpretowania obrazów, do konstruktywnej pracy
z lokalną tożsamością, wizją siebie, własnej społeczności i świata? Czy takie punktowe działania wystarczą żeby pogłębiać znaczenia, lepiej rozumieć symboliczne treści, pomagać czerpać z nich satysfakcję i zwiększać kreatywność mieszkańców?
Droga Fundacjo! Udało Wam się osiągnąć bardzo wiele, czego serdecznie i szczerze Wam gratuluję. Wiem, że pracujecie dalej – świadczą o tym Wasze plany uwzględniające także większą współpracę z mieszkańcami, z początkującymi artystami i badania, które prowadzicie nad efektami swoich działań. Jako łodzianka i osoba zainteresowana sztuką przyglądam się Waszej działalności, ale oczywiście nie wiem o niej wszystkiego. Daje jednak sobie prawo do głosu
z zewnątrz, szczególnie w sytuacji, w której ważne pytania nie są głośno stawiane. Życzę Wam w 2014 roku wielu sukcesów – w szczególności, żeby sukcesy artystyczne, popularyzatorskie i kulturotwórcze były tak duże i tak doceniane jak ekwiwalent reklamowy sukcesu marketingowego.
J. Baudrillard, Efekt Beaubourg, przeł. S. Królak, w: tegoż, Symulakry i symulacja, Warszawa 2005
http://www.dwutygodnik.com/artykul/4878-odpusty-i-murale.html
„Czas Kultury” 2013 nr 4 (175) temat: Festiwalizacja, jest tam także godny uwagi artykuł Mikołaja Iwańskiego
http://miejmiejsce.com/sztuka/urban-forms-jak-zdit/
Odpowiedź FUNDACJI URBAN FORMS
http://www.miejmiejsce.com/sztuka/odpowiedz-po-raz-drugi/