Galeria Czynna otworzyła sezon letni pod koniec czerwca w Wi-Mie, gdzie dzięki pracy dyplomowej Marty Krześlak zachęciła do mniej lub bardziej beztroskiej zabawy, wprawiając uczestników tamtego zdarzenia w wakacyjny nastrój. Spragniona kulturalnych doznań publiczność, czekając  kolejny krok Galerii, została poddana próbie czasu, trwającej blisko trzy miesiące. ,,Czynne trio” stanowi w Łodzi prawdziwą gwarancję jakości, stąd też każdy kolejno organizowany pod ich szyldem spęd skupia liczną i oddaną grupę fanów. Kolejną przystanią stała się dla nich jedyna zachowana przedwojenna synagoga, znajdująca się w przy ulicy Rewolucji 28. Ta, naznaczona piętnem burzliwej historii XX wieku, architektoniczna perła skryta jest w samym centrum miasta, jednakże o jej istnieniu wie stosunkowo niewiele osób. Do tej pory intuicja ich nie zawiodła, nie dziwi więc, że i tym razem zawierzyło im aż tylu ludzi, którzy tłumnie wypełnili tę niedostępną na co dzień lokację. 

 

Gromadząca się na podwórku publiczność mnożyła się w oczach. Pod wpływem bliskości starej synagogi, sytuacja towarzyska bardzo szybko zmieniła swój charakter na nieco bardziej odświętny. Wrześniowe zgromadzenie okazało się głębokim wejściem w palimpsestową tkankę miasta. Z uwagi na rekordową frekwencję i ograniczoną liczbę miejsc wewnątrz, zdecydowano o podzieleniu publiczności na dwie tury. Reakcja na to obwieszczenie, wygłoszone do ludu z wysokości trzepaka, trochę jakby zapowiedziała niesłychane wydarzenia, które zaczęły się kilka minut później. Gromadka samoistnie rozdzieliła się na dwie części i nikt z zebranych nie marudził, tylko cierpliwe czekał na swoją kolej odwiedzin tego, emanującego aurą tajemnicy, przybytku. Oficjalny komunikat mówi o ponad stu osobach, które zdecydowały się na ten iście transgresyjny wieczór. Potwierdziła go później liczba wypalonych papierosów zalegających późnym wieczorem na podwórku przy Rewolucji 28.

 

Wykreowana przez Aleksandrę Chciuk i Kubę Krzewińskiego (z pomocą Marcina Garncarka i Pawła Sokołowskiego) sytuacja była niezwykle subtelna, a zarazem naznaczona silnym ładunkiem emocjonalnym. Miejsce, do którego zaproszona została publiczność, wytworzyło samoistnie podniosłość tego wydarzenia. Przekraczając próg synagogi, rozmowy mimowolnie zamierały, bądź stawały się ledwie słyszalne. Kierowani schodami na górę ludzie, znaleźli się na piętrze synagogi, ustawiając się następnie wzdłuż drewnianej balustrady. Chęć znalezienia się w pierwszym rzędzie podyktowana była ciekawością co znajduje się na dole – przestrzeni, od której nas oddzielono. Pierwsze dźwięki zasygnalizowały, że to tam znajdowało się źródło wszelkich późniejszych zajść. Dystans między performerami a publicznością wywołał, jak się okazało, tylko krótkotrwałe poczucie fizycznego bezpieczeństwa. Skierowane nagle w sufit światło reflektora przebiło niewidzialną granicę między górną a dolną częścią synagogi, rozświetlając, znajdującą się nad głowami wszystkich zebranych, gwiazdę Dawida. Zabieg ten można z jednej strony odczytać jako chęć oswojenia przybyłych z nieznaną przestrzenią, ale również jako jasną deklarację, że to historia i tradycja tego miejsca determinują formę i przebieg performansu.

Gwiazda Dawida w wnętrzy synagogi

 

Subtelność dźwięków i odgłosów jakie dobiegały z parteru wymusiły na zebranych całkowitą koncentrację i skupienie. Nikt nie chciał przegapić choćby skrawka dźwięku, jak gdyby miał on decydować o finalnym znaczeniu całego zajścia. Proces wspólnego wyciszania i oczekiwania sprawił, że między zgromadzonymi w synagodze ludźmi zaczęła wytwarzać się specyficzna więź. Chwilowe rozproszenie uwagi, spowodowane przejeżdżającym przez podwórko samochodem, z którego dobiegał jakiś głośny discopolowy szlagier, scementowało świeżo zrodzoną wspólnotę jeszcze bardziej. Zapowiedź tego, że czeka zebranych na górze ciąg dalszy stanowił ledwie słyszalny dźwięk, który generował Marcin Garncarek. Każdemu z osobna wpuszczał do ucha podmuch rozedrganego powietrza, zaznaczając ich uczestnictwo w tym rytuale. Oczekiwanie na swoją kolej nie było okraszone niepewnością i strachem, jakby każdy z pokorą przyjmował, że taka właśnie jest kolej rzeczy (no może z wyjątkiem kilku osób, które dość opornie zareagowały na propozycję zejścia na dół). Nie do końca wiadomo było, że ubywający powoli ludzie kierowani byli piętro niżej. Pewne było tylko to, że niedługo wszyscy znowu będą razem, że moment rozdzielenia jest chwilowy, natomiast konieczny do wypełnienia zainicjowanego przez artystów obrzędu.

 

W języku jidysz cwiszn oznacza między, czy też pomiędzy. Słowo to, wyszeptane przez Aleksandrę Chciuk blisko sto razy podczas tego ciepłego wrześniowego wieczoru, stanowiło najpełniejszą esencję wydarzenia, które stworzyła wespół z Kubą Krzewińskim. Zaproszeni przez nich do synagogi ludzie, zawieszeni w niepewności i oczekiwaniu, czuli jednak podświadomie, że ktoś nad nimi czuwa. Wszechobecna aura zaufania była niemalże słyszalna i namacalna. Ola z Kubą byli tam dla ludzi, a ludzie dla nich. Artyści przeprowadzili zebranych przez całą, trwającą blisko godzinę podróż, dodając im otuchy, zrozumienia i wiatru w plecy (bardziej w kark). Każdy z tych kontaktów był niezwykle spersonalizowany. Ola określiła niektóre z nich mianem ,,mikrodramatów”. Te spotkania, mimo że bardzo krótkie, stały się wyjątkowo intymne i to nie tylko poprzez bliskość drugiej osoby, ale niecodzienne okoliczności, w których do niej dochodziło. Połączenie duchowe wzmożone bliskością cielesną spowodowało, że po zaledwie chwili wytworzyła się między zebranym dość silna relacja. Wraz z poczuciem dotyku rąk Aleksandry na moich ramionach, gwałtowne emocje kierujące mna samą od początku performansu, w jednym momencie przerodziły się w spokój. Mimo że rytm performansu wskazywał na mechanizację kolejnych spotkań, to jednak każdy kontakt przynosił jej zupełnie odmienne odczucia i emocje. Chciuk stała się tego wieczoru duchową przewodniczką, przeprowadzającą zbłąkane dusze na drugi brzeg.

Artyści we wnętrzu synagogi

 

Specyficzny rytm całego wydarzenia, niezamierzony przez twórców, zrodził się z sekwencyjności wypuszczania ludzi z balkonu na dół. Zapraszając pojedynczo kolejne osoby do wyjścia Łukasz Ogórek otwierał stare skrzypiące drzwi, a Tomek Załuski witał pojawiających się na dole magicznym hasłem ,,schodek”, które miało uchronić przed upadkiem w tej ciemnej i nieznanej przestrzeni. Cykliczność zasiadania napływających osób w znajdujących się dole ławach była przerywana przez rozłożone na nich w kilkunastu miejscach grzechoczące przedmioty. Jeżeli mrok sprawiał wrażenie anonimowości, to dźwięk natychmiast obnażał jego pozorność. Zgromadzeni na dole ludzie, w trakcie poszukiwania kawałka miejsca dla siebie, zmuszeni byli do zaznaczenia swojej obecności, przez wydanie przypadkowego dźwięku, stając się tym samym współtwórcami warstwy dźwiękowej wydarzenia.

 

Co wydaje się najbardziej kluczowe w całym zajściu – to wyważone proporcje. Audioperformans skonstruowany został podług walorów wybranego miejsca. Nie dominowało ono, lecz harmonijnie współgrało z przygotowanym przez Chciuk i Krzewińskiego performansem. Początkowo to oni słuchali tego budynku, badali go – gdzie dotknąć żeby zagrało i poruszyło bardziej. To wszystko było tak naturalne, iż sprawiało wrażenie, że to budynek determinuje każdy dźwięk, a Ola, Kuba, Marcin i Paweł są pośrednikami między nim a publicznością. Przeżycie było niezwykle synestetyczne, słuchając spostrzeżeń wychodzących z bramy na ulicy Rewolucji dało się usłyszeć, że ich relacje się różniły. Było to spowodowane tym, że u różnych osób odbiór zdominowany został przez inny zmysł. Swoboda takiego doznania możliwa była dzięki brakowi scenariusza i jasno określonej narracji. Decydująca była czysta i nieskrępowana wrażeniowość, którą ramowały tylko i wyłącznie mury budynku.

 

Gdyby zanalizować owo wrześniowe zajście nieco szerzej, biorąc pod uwagę przede wszystkim poruszenie jakie wywołało ono u odbiorców, można zaryzykować stwierdzenie, że wydarzenie powiedziało więcej o wielokulturowości w Łodzi, niż przynajmniej trzy ostatnie edycje Festiwalu Dialogu 4 Kultur. Nawet jeżeli Łódź 4 kultur jest już nic nieznaczącym, pustym reklamowym frazesem, to miejmy nadzieję, że znajdujące się głęboko w tkance miejskiej przestrzenie – będące najczęściej jedynymi już świadkami przeszłości – zostaną uwzględnione w dyskusji o tożsamości miasta, które stale wymyśla się na nowo, nieco zaklinając rzeczywistość.

 

Natalia Słaboń - absolwentka pierwszego stopnia międzynarodowych studiów kulturowych, obecnie studiująca promocję sztuki na kulturoznawstwie. Jej drugim domem jest Muzeum Sztuki w Łodzi, w którym pracuje od września. Przerażają ją muraloza i ludzie, którzy nie lubią Łodzi. 

 

 

Międzydźwięki - audioperformance w synagodze /Aleksandra Chciuk i Kuba Krzewiński / Galeria Czynna / 20.09

Wydarzenie dofinansowane w konkursie Kultugranty 2018 przez Łódzkie Centrum Wydarzeń, przygotowane we współpracy z Gminą Wyznaniową Żydowską w Łodzi.

fot. główne Tomek Ogrodowczyk