MIĘDZYJĘZYK CZ.2 

 

Jednak to jedzenia istniejącego poza płótnem można dotknąć, powąchać, posmakować, zachrzęści pod zębami lub rozpłynie się na podniebieniu.  To bogactwo kodów tradycji, szyfr tożsamości. W kuchni mieszka pamięć.

 

 

At first I was a prisoner of other people. So I left them. Then I was the prisoner of myself. That was worse. So I left myself. 

                                                                       Samuel Beckett, Eleutheria

Na początku byłam więźniem innych ludzi. Więc ich opuściłam. Potem zostałam swoim więźniem. To było gorsze. Więc opuściłam siebie[1].

 

Od dawna zbieram przedmioty, buduję kolekcje ze znalezisk, porcelany, szkieł, tkanin i majoliki. Ze wszystkiego, oprócz własnych prac. Zbieram myśli, szkice, intuicje, resztki z zapisków, kartek, papierów, jak teraz. Biografia jest szczególnym uporządkowaniem zdarzeń, które dotyczy życia osoby. Autobiografia to szczególny rodzaj biografii, w którym osoba porządkująca zdarzenia i osoba je przeżywająca to ta sama osoba. Zderzenie porządku biograficznego, który jest porządkiem ontologicznym, z kategorią dzieła sztuki, które przynależy do porządku estetycznego, wywołuje napięcie, stwarza problemy i sprawia, że takie sprawozdania są osobliwie nietrwałe. Tak też buduję od sześciu lat moje obiekty: morfologicznie podobne do osobistego nietrwałego notesu efemerydy zetleją, zdegradują się, sczezną,łatwo poddając się zniszczeniu.Najnowsze prace mają wspólny mianownik: w abstrakcyjny, nienarracyjny sposób zapośredniczają doświadczenie miejsca i historii, ewokują moje lęki o nieudolności obrazu, który tworzę, i obrazu w ogóle, eksponują kruchość, intymność tego, co zbłąkane na obrzeżach, może uznane za byle jakie.

Od uzyskania dyplomu pracuję konsekwentnie w całkowitej izolacji od rynku: nigdy nie chciałam sprzedawać swoich prac, także dlatego, że nauczono mnie w domu, iż wolność to także niezależność finansowa. Jest mi też jakoś obce mówienie o dobrach sztuki i kultury językiem biznesu i ekonomii, przyznałam sobie do tego prawo, ale rachunki za tę decyzję płacę sama, co bywało niełatwe w tych momentach życia, gdy szło o utrzymanie głowy nad powierzchnią wody. Nie czerpałam zysków z twórczości, nie sprzedawałam prac, nie brałam udziału w konkursach, nie ubiegałam się do tej pory o granty, wystawiłam na próbę tę zasadę tylko raz, co bardzo szybko przyniosło mi gorzką odpowiedź. Moje prace powstawały jednak nieprzerwanie i uparcie, nigdy niedotowane funduszami ze stypendiów, niepublikowane, nienagradzane, bo może i nie było – poza nieustępliwością autorki – za co. Zdarzały się całe oktawy lat bardzo skromnych, ale nie widziałam sensu się tym zadręczać, to zwykłe konsekwencje podjętych wyborów. Pierwszą indywidualną wystawę Monodia w roku 1993 zrobiłam i wyprodukowałam sobie sama, sfinansowałam maleńki katalog, zdjęcia, a nawet zamówiony tekst krytyczny. Monodia oznacza jednoosobowy, solowy lament po czyjejś śmierci. W zdemolowanej, pustej, nieogrzewanej zajezdni autobusowej w Małej Zbrojowni – zanim rozpoczął się w niej remont i przeniósł się tam Wydział Rzeźby – kilka miesięcy rysowałam, kaszląc, ustawicznie zaziębiona, a potem wystawiłam cykl czterech monumentalnych prac. Na Wybrzeżu wrzała sztuka krytyczna, powstawały mocne kolektywy i świeże organizacje, a istniejące galerie komercyjne były poza moim zainteresowaniem. Nikt nie chciał wystawiać rysunku, a na pewno nie interesował się moim. Na wernisaż przyszło jednak ponad sto osób, pachniało smarem, było zimno, ale wódka była uczciwa, a ja na chwilę wyrwana z poczucia kompletnej, ciemnej i bezdennej izolacji. Tej wystawy nikt później poza mną nie traktował poważnie, ja zaś uważałam ją za spełniającą wszystkie ważne dla mnie kryteria: mimo wielkości prac była lekka do przewożenia, mogłam ją sprzątnąć od razu, częściowo sama się gdzieś zniszczyła, zagubiła. Ale przede wszystkim powstała według zasad guerilla– nie angażując wielu środków, bez wsparcia instytucji, poza oficjalnym obiegiem, po partyzancku.

Anna Krolikiewicz Dlugi Obieg. 24h w Starym fot. Michal Ramus 33


Potem długo nikt mi nie proponował wystawiania, ja sama zabiegać o to nie potrafiłam, nie zwalniało mnie to jednak z uporczywego, konsekwentnego rysowania i rozwoju mimo braku wsparcia, może jakoś wbrew środowisku. Za pierwszą tzw. prawdziwą wystawę indywidualną uważa się Amoremorte,  obiekty z kawałków wytatuowanej skóry z roku 1995, której kuratorem był Robert Rumas, i o której chyba też się nie wspomina, nawet kiedy po dziesięciu latach od niej ktoś wystawił tatuowane fragmenty ciał jako nowatorski body art, a i ja sama nie dopominam się o pamięć o niej. Wystawy dużych rysunkowych portretów Nieobecność oraz Sześć, góra siedem obrazów to ostatnie realizacje przed długą przerwą, którą około 2007roku zaczęłam przeczuwać. Nieobecność wystawił Robert Florczak w Sfinksie w 1999 roku oraz Państwowa Galeria Sztuki w roku 2001, Sześć, góra siedem obrazów – Kolonia Artystów. Jeszcze chyba w 2010roku zrobiłam jakieś dwa rozpaczliwe, chwytające się brzytwy rysunki nawiązujące do tamtego cyklu portretów. Wszystkie one  opisane przeze mnie w autoreferacie habilitacyjnym na dwadzieścia stron – były podstawą moich kolejnych stopni naukowych. Ale wiedziałam już, że coś po piętnastu latach rysowania pękło, czułam drzazgi pod paznokciami, nie umiałam znaleźć swego miejsca w świecie ani w środowisku, ignorowana, obca, przezroczysta, ale i wycofana. Za bycie osobną płaci się wysoką cenę i mnie było widocznie na tę cenę stać. Uświadomiłam sobie, że moje rysunki i malarstwo nie były dostateczne dla tych obrazów, które chciałam przywołać. Nie dość prawdziwe, choć uczciwe.Zmęczona, wyjałowiona, bezsilna poczułam, że muszę podjąć decyzję i próbę ucieczki z własnego dotychczasowego życia i dotychczas uprawianej sztuki z nadzieją, że znajdę kiedyś, gdzie indziej na tyle mocny sens, aby mnie skłonił do kontynuacji uprawiania twórczości. Zdecydowałam, że jeśli chcę coś zmienić, muszę zacząć od rewizji samej siebie, że muszę dotrzeć do źródła. W czasach bezwzględnego narcyzmu z jednej strony, a z drugiej dynastii ironii – panującej równie brutalnie i miażdżącej czołgiem zimnego dystansu oraz pogardy – szczerość, bezpośredniość, konfesyjność w uprawianej sztuce to jednak spore ryzyko dodatkowego wykluczenia z repertuaru modnych wątków współczesnej kultury. Smutek, lęk, choroba, stygmatyzowane jako zbyt prywatne i intymne, by brać udział w szerszej dyskusji, wychodzą jednak z szafy na światło do przestrzeni politycznej, do społecznej wyobraźni, dobierają się do niewietrzonych magazynów zbiorowej empatii. I powiem to: ponad pięćdziesiąt ciężkich, bardzo dużych, oprawionych w szkło, ześrubowanych rysunków zaczęło mi ciążyć. Straciłam siłę, żeby je przestawiać, organizować, mnożyć, robić ustawicznie, ale i daremnie przestrzeń w pracowni na powstanie nowych idei, na wpuszczanie tlenu dla nowych prac. Zrozumiałam, że zanieczyściłam nimi otoczenie, że mnie zadusiły, odebrałam sobie światło, a jako przedmioty nie mają już dla mnie sensu. Piwnice galerii sztuki, strychy domów aukcyjnych: piwnice i strychy świata zawalone są artefaktami. Zdecydowałam, że nie będę do tego nadmiaru niczego już dokładać, zrozumiałam, że wątpię w sens produkowania w istniejącej hipertrofii, płodzenia kolejnych materialnych, trwałych dzieł. Osłabiona przykurczyłam się, skuliłam, ucichłam. Zdesperowana, szukająca ratunku i jak wiertłem nieustannie drążąca obszary wokół własnych kontuzji, obsesji i fascynacji, poszłam na wymagające, odsłaniające mi kolejne warstwy zasłon terapie, zrywałam błony, porządkowałam – i był to obrządek brutalny, obeszłam się ze sobą bezwzględnie, chirurgicznie i bez sentymentów, jak sobie obca. Jednocześnie szukałam radykalnych rozwiązań zmierzających do połączenia życia i uprawianej sztuki, ze wszystkimi lękami o utopijność swoich założeń, rozczarowaniami, chybotliwymi wątpliwościami, niepewnością.

streetv drogeria


W końcu postanowiłam wstać, podźwignąć się i przeszłam z pracowni korytarzem, po dywanie, do kuchni. Zaczęłam chodzić po domu, po mieście: siedzenie, leżenie, stanie w miejscu to agonia. To także jeden z powodów bezsenności, bo nie można spać, kiedy trzeba iść, biec, uciekać, przemieszczać się, bo bezruch jest zły, a ruch jest ratunkiem. Ważne, żeby nie stać w miejscu, ważne, żeby iść przed siebie, może kosztem śmieszności, kosztem stresu ciągłego debiutu. Żadne sztywne plany, reżimy, dyscyplina nie miały już sensu, nie sprawdziły się jako ratunek, sposób. A jeśli stare kody nie przynoszą już nic świeżego, trzeba je rozkodować, złamać i zacząć na nowo. Podjęłam decyzję, by rezygnować z produkcji trwałych dzieł na rzecz obiektów samodegradujących się lub znikających, bo jadalnych, na rzecz konstrukcji z resztek, odpadów, znalezisk, ze słów, z pisania, z budowania więzi społecznych w sztuce relacyjnej, mocniej jeszcze pętając życie z pracą twórczą, bo jak napisałam na początku: nie mam siedmiu żyć, nic tunie dzieje się oddzielnie, wątki mają wspólną morfologię, wyrastają z jednego korzenia, karmię je tą samą esencją, czasem tą samą trucizną. Osobista, cielesna skala pracy rozwija się poprzez budowanie relacji z innymi, przez koncepcję sztuki jako osmozy subtelnie działającej na odbiorcę, przez wiarę w organiczny wzrost wspólnoty, otwieranie się na wzajemność. Każdą wzajemność. Mam coraz mniejszą potrzebę, żeby przedstawiać wyizolowany obiekt estetyczny o narzuconym przez siebie znaczeniu, za to częściej pokazuję taki, który może uruchomić całą serię zachowań i społecznych relacji. Pracę o formie otwartej, gotową, aby znaleźć się w nowym terenie, nowym czasie, w nowym związku ze zmienną rzeczywistością, z odbiorcą. Ten jest jednocześnie widzem i aktorem biorącym udział w moich realizacjach, dzięki temu są zawsze żywe i nie marnotrawią środków. Tę myśl konsekwentnie realizuję od czerwca 2011roku. Pracuję twórczo bardzo dużo, po raz pierwszy widoczna dla instytucji i kuratorów. Kalendarz mam zapełniony na kolejne lata, ale poza tym nic się nie zmieniło: nie przyjmuję zaproszeń, które stoją w sprzeczności z moją postawą, i nie negocjuję, bo kompromis to świetne słowo, ale w innych sprawach.

 

KUCHNIA MALARSKA

Podobieństwa narzędzi i substancji. Gęstość, kolor, temperatura, wodnistość, lepkość, tekstura, gramatura to kategorie występujące w obu dziedzinach, może nic w tym dziwnego, że mi się złączyły sześć lat temu w pracy. Wspomniany wyżej moment, w którym z pracowni malarskiej – niby dużej, a jednak ciasnej od blejtramów, papierów do rysowania, sztalug – przeszłam do niewielkiej kuchni, kilkanaście metrów dalej, nadszedł jako coś zupełnie naturalnego. Widocznie poszłam tam z jakąś myślą, widocznie przeniosłam tam myśl. Od ponad dwudziestu lat moja twórczość obraca się wokół pustki, nieobecności, kruchości pamięci i ciała. Ja tylko zmieniłam medium. A może nie przeszłam przez korytarz i dywan, może przeszłam od porządku umysłu do porządku sensorycznego, uwiodło mnie swobodne krążenie między stanami skupienia.

Kuchnia to miejsce tworzenia się tradycji – funkcji kulturowej oraz miejsce odżywiania - funkcji biologicznej, miejsce, gdzie orzeczenia wyrażające czynności zyskują aktywneformy: karmienia, obierania, jedzenia, gotowania, wrzenia, stygnięcia. To przestrzeń witalna, dynamiczna. Ale awers estetyczny ma swój rewers: zabrane sprzed oczu, ukryte miejsca dla obierek, gnicia, skrawków, brudne naczynia i patelnie, zsyp i miska klozetowa. Jedzenie jest materią zmieniającą się: ma niestałą pozycję między ołtarzem a śmietnikiem, wykrochmalonym obrusem a brudną, fermentującą piwnicą, i dodatkowo silną i trudną relację z ciałem, zwłaszcza kobiecym, jako narzędzie reżimu. Bywa też narzędziem społecznym, materiałem autobiograficznym, informacją o diecie, która świadczy o statusie, chorobie lub zdrowiu, wyznawanej religii, relikwią, tematem malarskim, materią rzeźby, symbolem.

009u


Kuchnia się zmienia, epoki, ich gusty i idee wpływały na jej kształt i usytuowanie, namaszczał ją lub wykluczał obyczaj i status materialny. Znajdowała się w centrum lub na marginesie, wypełniona przedmiotami, naczyniami i narzędziami była osobną izbą, z której na bogate stoły przenikała dekorowana uczta – ornamenty tego, co z surowego kultura zmieniła w ugotowane – albo łączyła się z jadalnią, nie ukrywając swych misteriów. To, że umiemy gotować, odróżnia nas od reszty zwierząt: to my dzięki ogniu dokonujemy transformacji rzeczy z natury ku kulturze. Ogień według Greków ogień należał do bogów, dopóki Prometeusz nie oddał boskiego sekretu ludziom, ukradł go dla nich. W kulturach greckiej i chrześcijańskiej kuchnia symbolizuje cywilizację: surowe i dzikie przeciwstawione boskiemu. To, co ugotowane, a co surowe, jest tylko kategorią konceptualną: dla Japończyka w wypadku sashimi to nóż, nie ogień przygotowuje/gotuje surową rybę – ostrzem precyzyjnie nadaje jej kształt i w ten sposób przenosi z porządku natury do porządku kultury. Jest też w Japonii festiwal tańczącej krewetki, kiedy połyka się żywą małą krewetkę aby odczuć sensację jej jeszcze żywych, rozpaczliwych ruchów w żołądku: miejscu jej symbolicznej przemiany.

Gdyby przyjrzeć się historii sztuki i prześledzić w niej wątek jedzenia, uczty, agape, wieczerzy, można znaleźć wiele obrazowań – kuchnia wdrapała się na wyżyny kultury, przemyciła się w umazanym fartuchu na estetyczny parnas w ostatnich wieczerzach, martwej naturze, scenach śniadań na trawie[2]. W Ogrodzie Edenu Adam ugryzł owoc otrzymany od Ewy – nie szarą renetę, tylko jabłko z drzewa poznania dobra i zła. Po ugryzieniu poczuł wstyd. Ten moment doczekał się wielu malarskich interpretacji, podobnie jak ostatnia wieczerza, mocny wizerunek wspólnej biesiady, ale także napięcia wywołanego tym, co nastąpi po niej. Jest bujna holenderska martwa natura z całym skomplikowanym słownikiem symboli i jest sztuka współczesna aż po prace malarskie Lichtensteina, de Chirico, Savinio, Scipione, Koonsa, Sary Lucas, Allana Kaprowa, a wcześniej performatywne wystąpienia futurystów, po nich bankiety Salvadora Dalego, działania Fluxusu, instalację feministycznej kolacji Judy Chicago, kształtowane gryzieniami i żuciem obiekty ze smalcu i czekolady Jany Sterbak, wideo odsłaniające żywą rzeźbę z ciał: głodzenie się do granic życia sióstr Raeven albo łój użyty przez Beuysa jako materiał rzeźbiarski. Posiłki doczekały się w sztuce amerykańskiej fotorealistycznych portretów, u intymistów są w cichym centrum zainteresowania, w sztuce polskiej symbolu chleba używał Władysław Hasior, chleba i wódki Jerzy Bereś, gry z materią i pojęciem słodyczy Alina Szapocznikow, aktu spożywania Natalia LL, budowania więzi za pomocą wspólnego posiłku Elżbieta Jabłońska, do traumy głodu odnosi się Karolina Brzuzan. 

Jednak to jedzenia istniejącego poza płótnem można dotknąć, powąchać, posmakować, zachrzęści pod zębami lub rozpłynie się na podniebieniu. Jest bogactwem kodów tradycji, szyfrem tożsamości. W kuchni mieszka pamięć: to refleks kultury, rezerwuar odbić, które zostawiają po sobie kolejne epoki, mody, wyznania, rytuały. Medium wypełnione znaczeniami, emocjami i często teatralnością dzięki protokołom jedzenia, dyskursom gastronomicznym, kulinarnym szyfrom, tradycyjnym i nowatorskim technikom. Dostrzegam jego bogaty język i używam od 2010 roku zamiast dotychczasowego języka rysunku. Medium nie zgasło, uprawianie sztuki się nie skończyło, jedynie ewoluuje. Chodzi też o to, by dostrzec i dowartościować całą galaktykę zjawisk tworzących najnowszą sztukę, która nie kończy się na modernizmie: instalacja, performance art czy późniejsze bio art i nano art wyrastają ze współczesnej nauki. Te dwie wydawać się może zupełnie odrębne dziedziny – sztuka i nauka – spotykają się w strefach tranzytu i wzajemnie uzupełniają, także dzięki transmisji rodzących się w ich obrębie niezależnie, a jednak często wspólnych dylematów, pytań, rozterek.

 

Cz. 1

[1]Pozwoliłam sobie przetłumaczyć sama ten wers EleutheriiBecketta w taki sposób, aby brzmiał jak moja własna wypowiedź, w duchu filozofii Cixous i Irigaray (Hélène Cixous w  manifeście Śmiech Meduzy: „kobieta wreszcie siebie napisała”, Luce Irigaray, Speculum: „przemówić-jako-kobieta”). 
 
[2]A. Królikiewicz, Śniadanie na trawie, [w:] PARKOWANIE 2007–2016. Historia różnych zderzeń, Stowarzyszenie A KuKu Sztuka, Gdańsk 2016.

 

___________________________________  

Zdjęcia:

1. „Opowieść o dziewczynie, która nożem do krojenia mięsa wykrwawiła kapitana", białko jajka kurzego, cukier, pigment, wymiar: 110880 m3, praca zamówiona i zrealizowana dla Znajomi znad morza, Wrocław 2016, Koalicja Miast, Instytut Kultury Miejskiej. Kolektyw kuratorski All inclusive, kuratorka Emilia Orzechowska, fot. Michał Szymończyk Algebraiczny.


2. Jeden z elementów instalacji "Boreasz", Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej, Kraków, kuratorka: Justyna Łagowska, współpraca artystyczna: Michał Buszewicz Szymon Adamczak, aktorka: Anna Steller, muzyka: Hildur Gudnadóttir. Praca powstała dla wydarzenia DŁUGI OBIEG. 24 h w Starym/ LONG CYCLE 4-5 czerwiec 2016, fot. Michał Ramus. 


3. Zapis eksperymentów ze strukturami substancji, we własnej kuchni, fot. Anna Królikiewicz.


4. Zapisane w chlebie/ Written in bread , Festiwal Literacki Sopot 2016 | SOPOT, kuratorka: Emilia Orzechowska, fot. Alka Murat

 

___________________________________  

Międzyjęzyk / Interlanguage
książka monograficzna, dwujęzyczna, wydawcy: Wydział Malarstwa ASP w Gdańsku oraz Wydawnictwo Doczute / 2019.
Finansowanie pokryły fundusze pochodzące z wniosków na Działalność Statutową z subwencji Ministerstwa oraz uzyskane Stypendium Kulturalne Gminy SopotUrzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego, dofinansowanie z Miasto Gdańsk, prywatne środki artystki

„Międzyjęzyk”, dwujęzyczna publikacja, dotyczy twórczości Anny Królikiewicz, ale także zajmuje się porządkowaniem wątków użycia pokarmu jako medium w sztuce współczesnej. Jest unikatową pozycją w tym obszarze badań w Polsce. 

 Wydawnictwo Doczute