Wystawa Agaty Cieślak w Pracowni Portretu uwidacznia sytuację bez wyjścia. Oto my, pracownicy i pracownice „art worldu”, dokładamy swoje cegiełki budując jego obecny kształt – pełen wyzysku i nierzadko przyczyniający się do dewastacji środowiska. Aby móc utrzymać się z tworzenia, wplątujemy się w grę, której zasady dyktują wielkie nazwiska, prestiżowe instytucje, elitarne imprezy i cyniczne korporacje"

Nieczęsto zdarza się, że artyst(k)a poprzez swoją sztukę krytycznie komentuje mechanizmy, w które sam(a) jest uwikłany/a. Nie mam tu na myśli od lat przecież silnie obecnej krytyki instytucjonalnej (jako prądu w sztuce i szerzej – jako relacji między twórcami i instytucjami) czy, nieco późniejszej i wciąż aktualnej, fali zainteresowania materialną sytuacją artystów. Trzeba się zgodzić, że ostatnio coraz liczniejsze są głosy sygnalizujące prekarną strukturę i niegodne warunki pracy artystycznej. Na gruncie łódzkim, już prawie przed dekadą, temat ten podjęli twórcy wystawy Zawód Artysty (Galeria Wschodnia, kwiecień 2011). Marcin Polak, inicjator wystawy i redaktor portalu Miej Miejsce, po kilku latach podsumował: „Finałem wystawy był szereg spotkań i sformułowanie postulatów, które zostały przedstawione władzom miasta. Rezultatem tych działań jest wprowadzenie systemu stypendialnego Miasta Łodzi dla artystów”. Gdyby uwzględnić skalę ogólnopolską, warto wskazać na działające od 2009 roku Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej, będące rodzajem platformy reprezentującej interesy pracownicze twórców. 

o05


Wystawa Agaty Cieślak „Gdziekolwiek albo wcale”, prezentowana w Pracowni Portretu, podejmuje podobne problemy, jednak w kontekście globalnym, nie stroniąc przy tym od niewygodnego tematu zależności. Artystka – łodzianka od lat mieszkająca i tworząca zagranicą, nie tylko wskazuje na dysfunkcje systemu, ale także na swoje w nim miejsce. Uwidacznia sytuację bez wyjścia. Oto my, pracownicy i pracownice „art worldu”, dokładamy swoje cegiełki budując jego obecny kształt – pełen wyzysku i nierzadko przyczyniający się do dewastacji środowiska. Aby móc utrzymać się z tworzenia, wplątujemy się w grę, której zasady dyktują wielkie nazwiska, prestiżowe instytucje, elitarne imprezy i cyniczne korporacje.

Już w pierwszych słowach pada pytanie: „Po co sztuka w dobie tylu poważniejszych problemów?”, a ono, już po chwili, ustępuje kolejnemu: „Czy jest sens robić sztukę, jak świat dookoła się wali?”

Wchodząc do przestrzeni galerii, wypełnionej mnóstwem misternie poukładanych, kolorowych, niekiedy zabawnych przedmiotów, można odnieść wrażenie, że wystawa nie wykracza daleko poza aspekt estetyczny czy sensoryczny. Odlewy dłoni w pastelowych barwach aż proszą się, żeby ich dotknąć. Rośliny wysiane na ligninie, wyrastające z wysypanej na podłodze ziemi, czy zwisające z sufitu, żyją i rosną. Zawieszony na ścianie jak obraz, czerwony obiekt z mydła wydziela przyjemny zapach. To pierwsze wrażenie zaczyna zmieniać się w miarę słuchania autorskiego oprowadzania artystki po wystawie. A raczej opowieści, która buduje kontekst dla oglądanej ekspozycji, sama będąc jej istotną częścią. Ze słuchawek dobiegają słowa artystki, składające się na coś pomiędzy bajką o świecie sztuki a osobistymi wspomnieniami. Już w pierwszych słowach pada pytanie: „Po co sztuka w dobie tylu poważniejszych problemów?”, a ono, już po chwili, ustępuje kolejnemu: „Czy jest sens robić sztukę, jak świat dookoła się wali?”. Opowieść, w której prawdziwe doświadczenia artystki (praca jako asystentka znanego artysty, życie w Libanie podczas eksplozji w bejruckim porcie) mieszają się z elementami bajkowymi – fikcyjnymi w swojej partykularności, lecz świetnie przystającymi do realiów jako ich synteza (wyspa Zero, biennale) – nie przynosi odpowiedzi na te pytania. Nie jest też opisem prac znajdujących się na wystawie. Chociaż po jej wysłuchaniu, jak za dotknięciem magicznej różdżki, wszystko składa się w całość. 

o10


Cieślak – asystentka zapracowanego topowego artysty – zostaje wysłana na odległy archipelag, gdzie jej celem są archiwa znanego niegdyś Biennale na wyspie Zero (0°0'N 0°0'E – punkt, w którym krzyżują się południk zerowy i równik zwany jest Null Island). Ma wybrać i przywieźć zajętemu artyście prace, które ten pokaże na swojej wystawie. Tekst zwraca uwagę na szereg problemów symptomatycznych dla świata sztuki uwikłanego w kapitalistyczne realia. Od wyzysku i hierarchiczności budowanej na kapitale finansowym i kulturowym, przez destrukcyjny wpływ nadprodukcji i turystykę artystyczną, po biennalizację, prowadzącą do gentryfikacji i degradacji środowiska naturalnego, co odbywa się pod płaszczykiem edukacji i rozwoju gospodarczego. Szczególnie uderza jeden, perfekcyjnie ironiczny i dosadny fragment opowieści-słuchowiska, trafnie obnażający współczesny kolonializm praktykowany przez instytucje sztuki: 

„Byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie wspomniała, że w centrum stara się przepracować różne problemy, które obecność międzynarodowej sztuki i innego kapitału powoduje na wyspie. Nie można też odmówić zaciętości, z jaką zespół centrum stara się przybliżyć swój program mieszkańcom wyspy. Co prawda nadal jest to w większości międzynarodowa kadra, ale i ta sytuacja powoli zaczyna się zmieniać”. 

o22

 

     Mimo że brzmi to jak pozew o rozwód, Cieślak nie zrywa ze sztuką, ma do niej zbyt dużą słabość. Zamiast tego pokazuje, że wielkie imprezy artystyczne, a także codzienne działania w ramach struktur świata sztuki, nie są neutralne. 

Jak ma się do tego to, co zobaczymy na wystawie? Jej elementy zostały rozmieszczone w całej przestrzeni galeryjnej: łącznie z aneksem kuchennym, łazienką i korytarzem. Trudno rozpoznać, które obiekty są częścią ekspozycji, a które przedmiotami należącymi do prowadzących galerię, będącą zarazem pracownią Macieja Łuczaka. W części pracownianej z podłogi wyrastają kolorowe grzyby w fallicznym kształcie, z sufitu zwisają oplątwy w misternie ozdobionych opakowaniach po kawie do ekspresu na kapsułki, szafkę kuchenną ozdabia ściereczka z haftem, na stole misz-masz drobnych przedmiotów, o których trudno powiedzieć czy są skończonymi dziełami, ich elementami czekającymi na twórczy gest, czy zwykłymi odpadkami. Na ścianie, oprócz wspomnianego już mydlanego obiektu, znalazły się trzy niewielkie obrazy. Tryptyk przywodzi na myśl „Ogród rozkoszy ziemskich” Boscha. Artystka wychodzi naprzeciw naszemu zakłopotaniu: „O co tu chodzi, pytasz? Przecież bez konkretnego kontekstu każdy z tych obiektów może znaczyć wszystko. Ba, może nic nie znaczyć”. Cieślak odbiera widzom ostatnią deskę ratunku: „Pewnie czułbyś się dużo bezpieczniej trzymając w ręku kartkę z jakimś mądrym opisem”. Zamiast tego dostajemy list. Choć brakuje w nim adresata, można się domyślić, że kierowany jest do sztuki. Artystka nie opisuje w nim znaczeń wystawy, lecz z żalem przyznaje, że straciła wiarę w sprawczą moc sztuki i jej zdolność do inicjowania zmian. Podobnie jak w słuchowisku, mówi o rozczarowaniu – „[…] twoje uwikłanie w to, co sama krytykujesz strasznie mnie wkurza”. Mimo że brzmi to jak pozew o rozwód, Cieślak nie zrywa ze sztuką, ma do niej zbyt dużą słabość. Zamiast tego pokazuje, że wielkie imprezy artystyczne, a także codzienne działania w ramach struktur świata sztuki, nie są neutralne. 

o25


Zarysowany w opowieści kontekst pozwala na bardziej ukierunkowany odbiór tego, co napotkamy w drugim pokoju, przekształconym symbolicznie w wyspę Zero. Wejście ozdabia kurtyna z koralikami. Zapewne jest to jeden z elementów zachodniego wyobrażenia egzotyki. Z tym że koraliki to tak naprawdę wyżute gumy do żucia, uformowane w kształt małych kostek czy muszelek. W środku, misternie rozmieszczone artefakty (podobno montaż wystawy trwał prawie miesiąc!), są dopełnieniem słuchowiska o zepsuciu świata sztuki. Nadpleśniałe sztuczne owoce wyeksponowano na galeryjnym kubiku. Po przywieszonej do ściany półeczce grasują wydrukowane na drukarce 3D insekty, dobierając się do pozostawionej tam kromki tostowego chleba. W gablotkach na ścianie banknoty, obrośnięte kryształkami soli. Szczególnie znaczący wydaje się banknot o nominale „0”. Sporo tu kartonowych pudełek, sztucznych roślin, przedmiotów przypadkowych. W słuchawkach trwa opowieść: „Pieniądze bez wartości. Prace bez autora. Zawłaszczone symbole i elementy krajobrazu”. 

o16

 

Krytyczno-pesymistyczny ton przełamuje nadzieja, że może sztukę da się zmienić. Oglądając wystawę Agaty Cieślak jestem przekonana, że pierwszym krokiem do tej zmiany jest właśnie zabieranie głosu przez ludzi pozostających wewnątrz zepsutych struktur. Transparentność wymaga odwagi. Szczególnie jeśli sami jesteśmy beneficjentami systemu, z którym chcielibyśmy walczyć. 

 

___________________________________   

 Agata Cieślak jest artystką, kuratorką i pisarką pochodząca z Łodzi, obecnie mieszka i pracuje w Bejrucie (Liban). Łącząc performance, wideo, instalacje i tekst, czerpiąc ze strategii kuratorskich i instytucjonalnych – jej praktyka kwestionuje struktury i zależności istniejące w obrębie współczesnego "rynku sztuki", poszukując jednocześnie znaczenia sztuki i testując granice jej sprawczości. Ukończyła studia magisterskie (Art Praxis) na holenderskim Dutch Art Institute. Często współpracuje z innymi, nie tylko jako współautorka, ale również pomagając innym artystom. Mimo wielu wątpliwości wciąż wierzy w istotę sztuki.

___________________________________   

Joanna Glinkowska - absolwentka Kulturoznawstwa (specjalności: Nowe Media i Promocja Sztuki) oraz Międzynarodowych Studiów Kulturowych na Uniwersytecie Łódzkim. Fundatorka i ex-Prezeska Fundacji Obszar Wspólny. Publikowała teksty z zakresu współczesnej kultury i sztuki na łamach takich czasopism, jak m. in. „Notes na 6 Tygodni”, „Sztuka i Dokumentacja”, “Miejsce. Studia nad sztuką i architekturą polską XX i XXI wieku”. W piśmie „Kalejdoskop” prowadzi rubrykę poświęconą młodym artystom. W audycji "Oko Kalejdoskopu" w Radio Kapitał rozmawia z łódzkimi artystami.

___________________________________   

 

Artystka: Agata Cieślak

Wystawa: Gdziekolwiek albo wcale

Czas trwania: 23.10.20 - 16.12.20

Miejsce: Pracownia Portretu

zwiedzanie możliwe po wcześniejszym umówieniu się 

Audio oprowadzanie po wystawie: