Marta Skłodowska

Ważną częścią, decydująca o charakterze sztuki w ubiegłym roku,  były wydarzenia związane ze 100-leciem Bałut jako dzielnicy Łodzi. Łódź to miasto o tworzących jej tożsamość mitologiach – m.in. niewidzialnych rzek, Ziemi Obiecanej, prządek, Hermesa, wielokulturowości, rewolucji, awangardy.

Jednak Bałuty to jedna z najsilniej nacechowanych symbolicznie przestrzeni – znajdujące się w czasie drugiej wojny światowej na ich terenie getto sprawia, że ta przestrzeń już na zawsze będzie miała dodatkowy wymiar. Dodatkowo można mówić też o dzisiejszym, niemal równie ciężkim do opuszczenia getcie, które na Bałutach znajduje się teraz – gettcie ekonomicznym, do którego niektóre z ulic zdają się należeć i które wyraża się np. pełnymi przemocy napisami na murach.

Wiele wydarzeń w ramach tych obchodów było okazją do zastanowienia się nad pamięcią miejsca i specyfiką tej dzielnicy. To, co się tu wydarzyło sprawia, że Bałuty jako kontekst dla sztuki są bardzo wymagające i nie wszystkie prace uniosły ciężar tego miejsca, ale jeśli zainteresowanie Bałutami nie wygaśnie po zakończeniu jubileuszu, to nadal będzie można tu próbować odpowiedzieć na pytanie o to, czy i w jaki sposób sztuka jest w stanie dopełnić obraz tego obszaru, zwrócić uwagę na napięcia jego przestrzeni,czy też spróbować wypowiedzieć jego prawdę. 

Wydarzenia na Bałutach pokazały, jakim testem jest konfrontacja sztuki i publiczności, która nie ma zamiaru być publicznością, bo z nieufnością podchodzi do wszystkiego co „artystyczne”.

Na jedną z najgłębszych potrzeb tego miasta odpowiedział rozpoczęty w 2015 roku projekt Świetlic Artystycznych. Dzięki Budżetowi Obywatelskiemu i Fundacji Działania, kreatywny potencjał łódzkich artystów został wykorzystany w celu wymyślenia i przeprowadzenia niesztampowych, apelujących do wyobraźni warsztatów plastycznych, muzycznych i teatralnych. Dzieci ze świetlic środowiskowych Starego Polesia miały okazję wziąć udział w specjalnie dla nich wymyślonych zajęciach, łączących zabawę z poznawaniem nowych technik i sposobów wyrażenia swojej wrażliwości: m.in. Dominika Sadowska pokazała, jak fotografować rysunki światłem, Ola Kozioł przeprowadziła warsztaty z performance, Suavas Lewy podpowiadał, jak samemu stworzyć instrumenty muzyczne, pod kierunkiem Marii Apoleiki powstawały animacje i rysunki, Aleksandra Chciuk przeprowadziła warsztaty muzyczne, Krzysztof Ostrowski zajęcia z rysowania komiksów, Agata Bielska pokazała możliwości, jakie daje miejski chwast-food,
a Tomasz Załuski poprowadził oswajające temat zajęcia z historii sztuki… 

To tylko niektóre przykłady nietypowych i z zaangażowaniem przeprowadzonych zajęć, które nietylko zapewniły podopiecznym świetlic dobrą zabawą, ale pokazały, że sztuka to nie oderwana od życia, hermetyczna aktywność, ale dziedzina, która uczy podążania za wyobraźnią, odwagi, wybierania swojej drogi, zmieniania rzeczywistości– a to „re-witalizuje” w pełnym tego słowa znaczeniu, nie tylko artystów. Ten społeczny wymiar kreatywności zaczął zataczać coraz szersze kręgi, a aktywizm jako reakcja wrażliwych jednostek na sytuację w Łodzi stał się równorzędną formą wypowiedzi artystycznej i zaczął być coraz częstszym formatem działań także dla kuratorów, czy koordynatorów wydarzeń artystycznych. 

Wśród wielu wystaw tylko niektóre są przygotowane z taką starannością (twórcy, kuratorów), że stają się spotkaniem z czymś ważnym. Przeżyciem, doświadczeniem. W tym roku w Łodzi takie znaczące wystawy można było zobaczyć m.in. w Muzeum Sztuki. Zaczęło się od „Nomany” Magdaleny Moskwy (kurator Maria Morzuch). Jej obrazy (przeradzające się z czasem w rzeźbiarskie obiekty) zdawały się być prezentowane w mlecznej aurze, bo artystka sama zadbała o szczegóły sposobu ekspozycji swoich prac, temperaturę światła i odcień bieli ścian. Pozwoliło to w pełni wybrzmieć malarskim wartościom prac, które dopiero w oryginale transmitują energię skoncentrowaną w nich przez artystkę, która zdaje się dzielić z nimi swoim życiem. Ta wystawa stała się przestrzenią obcowania z tajemnicą, zacierania granic między materią ciała a materią sztuki, tym co wewnętrzne i co zewnętrzne. Łączyły się na niej czułość, melancholia i delikatny (bo niewykraczający poza prawdę ciała) horror abjectu, prowadzącego do transgresji
i przekroczenia granic obrazu i formy.

Podobnie „cielesna” jest wciąż prezentowana w Muzeum wystawa „Nerw. Konstrukcja” Mirosława Bałki (kuratorki: Maria Morzuch, Kasia Redzisz). To niezwykła okazja do zobaczenia prac tej klasy artysty - od najwcześniejszych rysunków (co było ze strony Bałki gestem dużej odwagi) do powstałych niedawno rzeźb. Bałka to jeden z dziesięciu artystów, którzy do tej pory zostali zaproszeni do przygotowania wystawy w Hali Turbin galerii Tate Modern,
w dodatku autor jednej z najlepiej ocenianych realizacji. Jeden z obecnie najważniejszych artystów, nie tylko polskich. Jednak uzasadnianie wartości wystawy „Nerw. Konstrukcja” w łódzkim muzeum pozycją artysty w świecie sztuki było by ogromnym uproszczeniem. To, dlaczego Mirosław Bałka jest artystą wyjątkowym pokazuje już pierwsza praca na wystawie. Wchodząc z klatki schodowej do zrekonstruowanej, zabytkowej sali muzeum widzimy krótkie słowo po hebrajsku napisane szminką na lustrze. Trzy czerwone litery przypominają litery proroctw pojawiające się w Biblii. „Etzew” to tytułowy „Nerw”, oznacza jednak także ból, żal, melancholię i zamyślenie. W ten sposób artysta tworząc pracę site-specific, jako pierwszy artysta, odnosząc się do przeszłości Muzeum, nie sięgnął do wiele razy eksplorowanej awangardowej tradycji Kobro i Strzemińskiego, ale wszedł głębiej w przeszłość i tożsamość budynku Muzeum, a odnosząc się do jego pierwotnej funkcji, uobecnił w ten sposób dawnych mieszkańców pałacu przy ul. Więckowskiego, żydowską rodzinę Poznańskich. W pozostałych 12 salach prezentowane są powstające od czasów młodości artysty rzeźby i rysunki wynikające z osobistych doświadczeń artysty i z ogromnej empatii wobec materiału.

Zorganizowana również przez Muzeum Sztuki wystawa rzeźb C.T. Jaspera i Joanny Malinowskiej (reprezentujących
w tym roku Polskę na Biennale w Wenecji) pozwalała zobaczyć swobodne operowanie językiem rzeźby, błyskotliwych skojarzeń formalnych i konceptualnych, awystawa zbiorowa „Wszyscy ludzie będą siostrami” (będąca zarazem twórczą wypowiedzią kuratorki Joanny Sokołowskiej) poprzez sztukę (głównie) artystek różnych pokoleń przekazywała wiedzę o mechanizmach tworzących formę płci, polityki i gospodarki, a zarazem zadawała pytanie o to, jakiego świata chcemy, a na jaki mamy w najbliższym czasie szansę. Wystawa w bardzo ciekawy sposób sytuowała się w kontekście Łodzi jako miasta fabryk i prządek, to co lokalne (zwłaszcza usytuowanie na terenie, na którym znajdowały się kolejno Imperium Izraela Poznańskiego, Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego i stanowiąca odbicie idei kapitalizmu Manufaktura) traktując jako punkt wyjścia i obiekt artystycznej refleksji – bardzo rzadko przeprowadzanej na takim poziomie i ze względu na to od dawna potrzebnej, aby to miejsce „dopowiedzieć”.

Ważną monograficzną wystawą - spotkaniem z twórcą i teoretykiem obrazu - była wystawa Jerzego Nowosielskiego w Atlasie Sztuki. Punktem wyjścia dla kuratorowanej przez Agatę Mendrychowską prezentacji stał się powojenny pobyt artysty w Łodzi. Była to okazja do przyjrzenia się warsztatowi jednego z ostatnich „wielkich malarzy”, prezentowane w dwóch salach obrazy stanowiły laboratorium malarskich rozwiązań, wyrastających z połączenia doświadczania świata materialnego i jego zmysłowości z transcendencją spojrzenia właściwego ikonie i syntetyczną siłą form awangardy. Jednocześnie wystawa była okazją do zobaczenia rzadko pokazywanych prac i przypomnienia sobie rozważań Nowosielskiego na temat źródeł obrazu, jego wyłaniania się ze świata na pograniczu tego co bardzo cielesne i bardzo duchowe. Zdanie Nowosielskiego: „Malowanie obrazów to jest przygotowywanie sobie przestrzeni,
w której będziemy musieli żyć po śmierci, to jest budowanie sobie mieszkania. Jeśli nie kochasz tego, co malujesz, to szkoda czasu” sprawia, że od razu ma się ochotę dobrze wybrać to, czym będzie się zajmowało w tym roku. 

Do zjawisk tego roku należały z pewnością także „Psie sucharki”. Mające na facebooku ponad 100 000 fanów rysunki pokazują inne oblicze Marii Apoleiki. Chociaż w jej obrazach zawsze było widać niezwykłą empatię w stosunku do zwierząt, to „Psimi sucharkami”, publikowanymi w miejsce rysunków Marka Raczkowskiego w portalu gazeta.pl, odniosła ponadlokalne zwycięstwo i w dodatku wciąż ma nowe pomysły na kolejne świetnie spuentowane sytuacje
z pogranicza świata zwierząt usiłujących się odnaleźć w świecie ludzi i ludzi usiłujących się odnaleźć w świecie zwierząt.

O ile można powiedzieć, że na łódzkiej scenie plastycznej w tym roku obyło się bez rewolucji (może poza wspomnianym w pierwszym punkcie aktywizmem jako najczęściej wybieranym formatem działań i tym, że do najciekawszych łódzkich galerii organizujących wystawy nie polegające tylko na „powieszeniu” prac,dołączyła galeria Filmówki, czyli Szklarnia Szkoły Filmowej, a w programie Galerii Manhattan zaczęły pojawiać się coraz ciekawsze wystawy, takie jak np. „Americais Not Ready For This” Karola Radziszewskiego), to dużo zaczęło się dziać na styku sztuk wizualnych i muzyki. Artyści eksplorujący te rejony to m.in. Ola Kozioł, „Smutne Kobiety”, czyli Izia Robakowska
i Joanna Szumacher, a także Aleksandra Chciuk, Suavas Levy, czy też zespół Alles, którego przemyślane teledyski stanowią odwołujący się do czasu awangard rodzaj wideo-artu. Tworzą oni wartą uwagi, zauważaną i docenianą również poza Łodzią scenę.

Marta Skłodowska
Historyk sztuki, studiowała na Uniwersytecie Łódzkim i Rheinische Friedrich-Wilhelms-Universität Bonn,
w 2010 roku jako stypendystka Fundacji Roberta Boscha przebywała w Münster (Westfälischer Kunstverein),

gdzie badała napięcia między przestrzenią prywatną a publiczną. Interesuje się antropologią obrazu i designem społecznym. Pisze o sztuce, o mieście i jego mieszkańcach.

 

 

Tomasz Majewski - Łódzkie puzzle 

Moje oceny będą fragmentaryczne – choćby z tego względu, że wędruję pomiędzy Łodzią i Krakowem, gdzie wykładam i spędzam drugą połowę tygodnia, przez co nie ma mnie na miejscu, kiedy odbywają tutejsze premiery i wernisaże. Ma to dobre strony, ponieważ nie patrzę na łódzką kulturę z perspektywy bywalca osadzonego w środowiskowych sieciach negocjujących miarodajne opinie. Patrzę z boku. „Przeoczanie” ważnych eventów ma ten skutek, że czasami mogę coś sobie na spokojnie uzupełnić, częściej zdany jestem na relację (osób, które niekoniecznie przedmiot gruntownie zbadały) – i wtedy mogę obserwować to, co Bayard określił mianem „dyskusji o książkach, których się nie (do)czytało”, będących chyba ulubionym sportem każdego środowiska kulturalnego. Nie naśmiewam się z tego, bo snobizm w Łodzi jest dosyć niemrawy i związana z nim opiniotwórczość nie sięga daleko (poza rogatki Miasta).
Z perspektywy pociągu - sunącego z opóźnieniem między Łodzią Widzew a Krakowem Głównym – gdzie mam punkt obserwacyjny, dociera do mnie przede wszystkim to, co pozostawia po sobie ślad tekstowy.

Bywało tak, że wracając do domu już w piątek zaglądałem do Muzeum Sztuki, albo Teatru Nowego. Co najmniej trzy wystawy z ubiegłego roku warte są więcej niż wzmianki. „Na rzecz domeny publicznej. Krzysztof Wodiczko” (pozostały po niej naprawdę interesujący katalog przygotowany przez kuratorkę ekspozycji Bożenę Czubak). Wodiczkę oglądałem już w kilku odsłonach, ale ta ostatnia nie była jedynie powtórzeniem gestu kanonizacji artysty, autora formuły „projektowania interrogatywnego”, a więc dizajnu zapytującego, który „ujawnia problemy, wskaże to, (…) co zostało wyparte” (Wodiczko). Sama struktura wystawy wysuwała na plan pierwszy pytanie o możliwość „przefunkcjonowania świata społecznego” (to Bertolt Brecht), wychodząc nie od awangardowej utopii, ale od społecznych usterek i zakłóceń. Lustrzany „zamiennik odbicia” ciała widza na ciało cudze, będący rekonstrukcją instalacji z lat. 70. w Galerii Foksal, pokazywał w MS jak nasze formy poznawcze są sprzężone z tożsamością,
z naszym (artysty) ja. Po drugie otwarta pod sam koniec listopada 2015 wystawa „Mirosław Bałka. Nerw. Konstrukcja”, która mnie osobiście pokazała coś nowego. Ta ekspozycja trwa i jeszcze i bez wątpienia raz jeszcze ją odwiedzę, dlatego wystarczy jeśli powiem, że oglądałem ją przez pryzmat rysunku – powracającego dziś jako postmedium, które odsłania proces zapisu/gry z pozbawionym artykulacji intymnym doświadczeniem. A także na przeciwnym biegunie – zawiłych sojuszy zawiązywanych przez Bałkę z linią tradycji sztuki „niezbawionych materii” (Kantor, Szajna)
i aktywnie kształtującej obiekty przestrzeni (Kobro). Nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o jeszcze jednej wystawie MS przypominającej pierwsze lata łódzkiej ASP, z pracami uczniów Strzemińskiego, które zważywszy na czas ich powstania 1949-1950 potrafią zaskoczyć, gdy ma się z tyłu głowy kanoniczną narrację o socrealizmie
i błyskawicznym wygaszeniu awangardy.

Jedno z pozytywnych doświadczeń teatralnych to „Vatzlav” Sławomira Mrożka w reżyserii Michała Kmiecika
w Teatrze Nowym; ten spektakl upewnił mnie, że mamy własny, polski kanon lektur postkolonialnych i należałoby jej tylko przypomnieć, aby zaczęły intensywnie w nas pracować. Mój „niedoczas” wiąże się natomiast z żalem, że przegapiłem kilka ubiegłorocznych realizacji Chorei. Jak pisałem wyżej, częściej czytałem recenzje z głośnych spektakli, niż oglądałem rzeczone spektakle, przeglądałem fotorelacje z wernisaży, niż na nich się osobiście pojawiałem. Zaryzykuję twierdzenie, że w ten sposób, będąc w kulturze Łodzi obecny trochę „wirtualnie” - przesunąłem się do jej głównego nurtu, jak zwykły, zabiegany śmiertelnik konsumując to, co daje się przeczytać, posłuchać i obejrzeć już po fakcie – niezależnie od menu i godzin otwarcia instytucji oraz komplikującego życie w podróży większego bagażu.

I tutaj mogę wskazać plus: krytyka internetowa i blogosfera. Tej łódzkiej krytyki artystycznej, zwłaszcza teatralnej jest już obecnie sporo – w podróży w internecie można poczytać o produkcjach scenicznych teksty pióra Moniki Wąsik (tearealny.pl), Michała Lachmana (blog lodzwkulturze), Piotra Olkusza, czasem Marcina Bogusławskiego. Tym samym jako czytelnik nie jestem już zdany na przygnębiające rozum językowe sofizmaty Łukasza Kaczyńskiego w „Dzienniku Łodzkim” lub od lat pikującą publicystykę kulturalną lokalnej „Gazety Wyborczej”. By the way – to warte podkreślenia, że krytyka kulturalna z prawdziwego zdarzenia wyłoniła się nareszcie po dekadzie nieobecności w Łodzi, a w jej stymulowaniu ma także udział „Miej Miejsce”, na którego stronie goszczę. 

Z rzeczy do czytania, które zmieściły się w moim podróżnym bagażu wymienię powieść „Candy” Southerna
i Hoffenberga – jest to przecież krotochwilna literacko, podwójnie łódzka, bo książkę wydała Officyna a przełożył Maciej Świerkocki, uhonorowany za jej przekład (w mojej opinii także za cały translatorski dorobek, w tym Eleanor Catton „Wszystko, co lśni”) w minionym roku nagrodą „Literatury na świecie”. Farsa kontrkulturowa, powiastka filozoficzna (tytułowa bohaterka Candy Christian jest skrzyżowaniem Wolterowskiego Kandyda i kobiet z obsesji Fritza the Cat z komiksu Roberta Crumba). Trudno pominąć też – tym razem jako zarzewia do zabaw teoretycznych – tomu „Maszyna do komunikacji. Wokół awangardowej idei nowej typografii” pod redakcją Pauliny Kurc-Maj i Daniela Muzyczuka, którą wydało w minionym roku Muzeum Sztuki (tomiszcze ma swoją wagę, zawsze ciekawiło mnie to, co stanowi „technologię dla czcionek i obrazów”, ale stanowiło już w podróży nadbagaż, podobnie jak „Skuteczność sztuki” wymyślona i zredagowana przez Tomasza Załuskiego – również książka bardzo zacna). 

Druk analizowany jako materialistyczna praktyka w polu kultury w „Maszynie do komunikacji” pozwala mi przejść do innego zdarzenia, które nie było chwalebne, ale było o nim głośno. Mam na myśli podjętą przez Urząd Miasta Łodzi próbę eksmisji Muzeum Książki Artystycznej państwa Tryznów z Willi Grohmanna. Materialna infrastruktura drukarska, kolekcja matryc z Warszawskiej Odlewni Czcionek – źródło mocy awangardowej typografii – miała być tutaj wyrzucona na bruk (nie za długi Tryznów, lecz de facto Miasta, skoro hipotekę wilii obciąża to, co zapisano na nią, aby od obciążeń po Uniontexie uwolnić tereny Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej). Eksmisję zaordynował wice-prezydent Łodzi Ireneusz Jabłoński na oficjalnym papierze wykorzystującym jako pomysł awangardową typografię Władysława Strzemińskiego, paradoks? Raczej szczegół, który pokazuje czym jest pewna epistemologia, która
z neoliberalną formułą pewnej władzy (środowiska) bardzo ogranicza czyjąś wrażliwość. Quasi-korporacyjny sposób zarządzania kulturą, któremu pan prezydent dał wyraz, oznacza nie tylko podporządkowanie sfery kultury imperatywowi efektywności ekonomicznej (to nie byłoby wcale najgorsze), ale jawny outsourcing kosztów, przerzucanie własnych problemów na inne podmioty i przy okazji niszczenie wspólnych zasobów, o których nie ma się pojęcia (vide: kapitał symboliczny Muzeum – jego cenne zbiory i znaczenie placówki dla wizerunku Łodzi na świecie).

Na zdarzenia 2015 roku patrzę jak na krajobraz po bitwie. Wiatr nawiewa piasek na pobojowisko; tu wszczepiła się kępa trawy, ówdzie spod piasku bieleje szkielet czegoś jeszcze niedawno żywego i obiecującego. Przekrój geologiczno-archeologiczny gruntu sypkiego (żeby nie przeciągać – stabilny grunt oznaczałby tworzone „z głową” instytucje i ich długofalowe polityki). Wiatr i cierniowe kule przetaczające się jak w westernie - to okienka efemerycznych wydarzeń
z fejsbukowego ekranu do uczestnictwa w których aktualnie „jesteś zaproszony”. I tutaj w sumie niewiele się zmieniło. Powołanie Narodowego Centrum Kultury Filmowej, o czym wypowiadałem się szeroko wcześniej, jest bardzo dobrą wiadomością. Tak samo Oscar dla „Idy” Pawlikowskiego wyprodukowanej przez łódzki Opus Film Piotra Dzięcioła. Tryb wyboru dyrektora NCKF Rafała Syski - już niekoniecznie, bo więcej miało to już wspólnego z epoką słusznie minioną, niż standardami o jakie wszystkim nam powinno chodzić.  

Nie wyzyskano okazji, aby przemyśleć modus operandi EC1 – co pokazało otwarcie Planetarium. Technologia projekcji w rozdzielczości 8K, owszem, znakomita, ale pomysł co z nią zrobić nader oklepany, choć słyszałem w kuluarach, że mieszkańcy Łodzi „to kupią”, a sukces frekwencyjny gwarantowany, co otrąbiono z góry. Nie chcę się powtarzać, ale zdumiewa mnie myślenie o kulturze i edukacji pozbawione refleksji o tym, „co”, „jak” i „dla kogo”. Kiedy tego brakuje
a później nikt na poważnie nie myśli o synergii działań różnych podmiotów i rozwijaniu pomysłów. W Planetarium goszczącym w ów wieczór łódzką polityczną śmietankę to infrastruktura stała się celem samym w sobie, była pomnikiem samozadowolenia uprzywilejowanej grupy, przybierającym (czy proroczo?) postać architektoniczną „sferycznego mauzoleum”, rodem z XVIII-wiecznych projektów Boullée. Program projekcji był natomiast skromny – nie licząc naprawdę dobrej animacji nieboskłonu autorstwa Andrzej Jobczyka, bo dodany content edukacyjny, czyli łódzki słownik na niebie – pozostawił we mnie mocno mieszane uczucia Co na to publicyści? Niektórzy, jak dziennikarka Onetu, przedstawili materiały promocyjne EC1 jako własną relację z otwarcia, zrozumiałe więc żaden tego rodzaju dysonans poznawczy w relacjach stamtąd się raczej nie pojawił. Jeśli szukasz czytelniku obrazu, która pokazuje w skrócie, co tak naprawdę niedomaga w łódzkiej kulturze – to wszystko jest tutaj, w jednej alegorii.

Dr hab. Tomasz Majewski, filmoznawca i kulturoznawca obecnie związany z Katedrą Antropologii Literatury
i Badań Kulturowych UJ (wcześniej Instytut Kultury Współczesnej UŁ i Szkoła Filmowa w Łodzi), autor książki „Dialektyczne feerie” uhonorowanej w 2012 nagrodą „Literatury na świecie”, 2011-2013 kurator filmowy Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, wice-przewodniczący Polskiego Towarzystwa Kulturoznawczego, członek Komitetu Nauk
o Kulturze PAN. Kierował w 2011 przygotowujących rekomendacje do Strategii Rozwoju Kultury
 

 

 

Eliza Gaust

Mam wrażenie, że to był dobry rok dla Łodzi, kulturalnie i nie tylko. Weekendowym wyjściom często towarzyszył dylemat, ujmując rzecz kolokwialnie, „na co iść?”. Nie da się tu wspomnieć o wszystkich wartych przypomnienia inicjatywach, postaram się więc wypunktować to, co na mnie wywarło największe wrażenie w skali całego roku.

 

Muzycznie działo się dużo. 

Kontynuacja cyklu „Byle do wiosny”, zapoczątkowanego w 6 dzielnicy, który w tym roku przeniósł się do Muzeum Sztuki. Eksperymentalne spotkania audiowizualne, bazujące na urządzeniach elektronicznych. Kuratorka
i pomysłodawczyni, Joanna Szumacher, zaprosiła artystki, pracujące na co dzień z muzyką i obrazem: Katarzynę Justkę, Paulinę Miu Zielińską, Martynę Poznańską (a to nie koniec, przed nami kolejne koncerty). Cieszę się, że jest
w Łodzi miejsce na takie muzyczne eksperymenty i mam nadzieję, że Joanna będzie kontynuować swoje działania. 

Dobrą odsłonę miał w tym roku, obecny w Łodzi już od siedmiu lat, Soundedit Festival. Świetnym pomysłem było zaproszenie na jedną scenę: Józefa Skrzeka, Kapitana Nemo, Władysława Komendarka i Konrada Kucza, którzy razem zaprezentowali Antologię Polskiej Muzyki Elektronicznej.

Natomiast nowością na muzycznej mapie Łodzi była pierwsza edycja festiwalu muzyki alternatywnej DOMOFFON, który, mam nadzieję, zagości u nas na stałe. Ekscentryczny koncert legendarnej grupy The Fall, świetny set Heleny Hauff, Jacek Sienkiewicz, Wojciech Bąkowski… Ciekawa impreza, która dobrze wpisała się w letnią scenerię OFFa. 

Muzycznym wydarzeniem roku 2015 było z pewnością wydanie albumu „Stat” łódzkiej grupy Jude. Skład Jude,
z Wiktorem Skokiem na czele, udowadnia, że cały czas gra, tworzy i że nie musi wydawać płyty co dwa lata, aby liczyć się na scenie industrial/punk/hardcore. „Stat” to udany materiał, wydany przez wytwórnię Requiem Records. Pozostaje czekać na koncertową odsłonę grupy Jude, która ostatnio zagrała w Łodzi ponad 10 lat temu.

 

W dziedzinie sztuk wizualnych również było w czym wybierać.

To był dobry rok dla Muzeum Sztuki, które trzyma wysoki poziom prezentowanych wystaw. Wymienię tylko niektóre: 

- „DADA Impuls” – prezentacja obszernych zbiorów Egidio Marzony, zawierających prace czołowych przedstawicieli nurtu dadaizmu i neodadaizmu oraz ciekawe wydarzenia towarzyszące, podejmujące zabawę w stylu dada, wykraczającą poza przestrzeń galeryjną;

- „Krzysztof Wodiczko. Na rzecz domeny publicznej” – obszerny przekrój twórczości Wodiczki z lat 1969-2014,
w którym widzimy go jako artystę zaangażowanego społecznie, działającego w przestrzeni publicznej, łączącego postulaty estetyczne i polityczne;

- „Mirosław Bałka. Nerw. Konstrukcja” – prezentacja obiektów Bałki w asyście dotąd niepokazywanych rysunków, szkiców do rzeźb, prywatnych notatek, które tworzą imponujący przegląd wszystkich ważnych dla artysty motywów;

- „Wszyscy ludzie będą siostrami” – wystawa prac i liczne działania performance, oparte na idei siostrzeństwa
i krytyki ekonomicznej opresji kobiet w kulturze patriarchalnej – koncepcyjnie bardzo ciekawy i złożony obraz emancypacyjnej twórczości artystek-kobiet z równie interesującymi wykładami towarzyszącymi.

Ale warto zauważyć też niezależne miejsca wystawiennicze, jak chociażby prężnie działającą Pracownię Portretu, która w tym roku zaprezentowała szereg ciekawych wystaw („9 minut” Anny Bąk, „Chosmos” Izy Robakowskiej
i Jerzego Zachary, czy „Balloon Me!” Bernda Kraußa). 

Mile wspominam też wystawę zbiorową pod nazwą „Las” w Oficynie i całą wizualno-muzyczną letnią działalność
w tym miejscu. Przyjemny, niezobowiązujący klimat i oryginalne artystyczne inicjatywy.

I na koniec nie mogę nie napisać, że rok 2015 był rokiem Bałut (18 sierpnia 2015 roku minęło 100-lecie przyłączenia Bałut do Łodzi). Nie robię tego po to, aby wymienić działania Centrum Dialogu, z którym jestem związana, a które
w tym temacie w minionym roku aktywnie działało, ale dlatego, że była to ważna inicjatywa, pokazująca tę dzielnicę Łodzi, wraz z jej historią i, trudną do zdefiniowania, tożsamością miejsca. Łódzkie instytucje kulturalne przygotowały
z tej okazji wiele wydarzeń. Wspomnę tu choćby o wystawie zdjęć Łukasza z Bałut „Bałuty, których już nie ma”, prezentowaną w Filii nr 6 Miejskiej Biblioteki Publicznej Łódź-Bałuty oraz o wystawie zbiorowej łódzkich artystów „Bałuty XXI”, której kuratorem był Artur Chrzanowski, eksponowanej na budynkach przy ulicy Wojska Polskiego, tworzącej uliczną galerię bałucką. 

Poniekąd z Bałutami związany był też projekt artystyczny Anki Leśniak „Invisible inVisible”, stanowiący instalacje na opuszczonych budynkach, inspirowane zapomnianymi historiami łodzianek: Eugenii Steinbart – przedwojennej mieszkanki Bałut, żyjącej jako mężczyzna, Michaliny Tatarkówny-Majkowskiej – włókniarki, która rządziła Łodzią na przełomie lat 50. i 60. i Fifi Zastrow – z pochodzenia najprawdopodobniej Żydówki, grającej na scenie propagandowego Theater zu Litzmannstadt. Anka w swojej twórczości konsekwentnie poszukuje her-stories, niejednoznacznych, z rysą na biografii. Stawiając zapomnianym kobietom „nie-pomniki”, rekonstruuje ich kawałki miejsca w historii i pamięci Łodzi.

Eliza Gaust.
Absolwentka kulturoznawstwa na UŁ, koordynatorka wydarzeń kulturalnych, obecnie pracująca w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana.

 

 

ilustracja Krzysztof Ostrowski
---
kostry.tumblr.com
behance.net/kostry
vimeo.com/kostry 

 

Patronite