Czy kultura techno zbawi świat? W którym teatrze gosposia ma gumkę od rajtek napiętą jak łuk Robin Hooda? Dlaczego czasem lepiej przejechać 280 km zamiast iść 400 m? Rok 2021 w teatrze, sztuce i muzyce podsumowują Piotr Olkusz, Marcin Polak i Justyna Banaszczyk.

 

Teatr / Teatr 2021, jaki był / Piotr Olkusz

Oj, ile bym dał, aby takie podsumowanie roku w teatrze napisali ci, co mają decydujący głos w wyborze dyrektorek i dyrektorów łódzkich scen. Żeby marszałek Grzegorz Schreiber opisał swoje wzruszenia w Teatrze Wielkim i zachwyty w Teatrze Jaracza. Żeby prezydent Hanna Zdanowska podzieliła się przemyśleniami po wizycie w Nowym lub Muzycznym, by napisała, co lubi w teatrach lalkowych, by przyznała się, jak to zrywała boki śmiejąc się do rozpuku w Teatrze Powszechnym. Nie chodzi o to, by silili się na wykoncypowaną wypowiedź wyrażoną językiem jakiejś modnej metodologii. Chciałbym po prostu dowiedzieć się, czy wolą Shakespeare’a czy Molière’a. Bacha czy Offenbacha. Jest oczywiście ryzyko, że dowiedziałbym się, iż wszystko im jedno. Ale kto nie ryzykuje, ten tylko traci.

 

Coś nowego się urodziło. Po latach starań zapaleńców ze środowiska teatru ruchu powstał ministerialny program Przestrzenie Sztuki, mający na celu wsparcie tych dziedzin sztuk scenicznych, dla których brakuje miejsca w tradycyjnych instytucjach. W skrócie i w uproszczeniu, chodzi o rozwój stabilnych struktur wspierających taniec (teatr niezależny dokooptowano później). W Łodzi operatorem programu została Fundacja Materia prowadzona przez jedną z najciekawszych polskich organizatorek życia artystycznego, Sonię Nieśpiałowską-Owczarek, i choreografa, który od lat wspiera rozwój tańca w naszym mieście – Jacka Owczarka. Na razie – niech mi wybaczą twórcy Materii – wszystko jest jeszcze w powijakach; krystalizują się zasady współpracy Materii oraz artystów i łódzkich instytucji, trwa wypróbowywanie mocy budżetu, którym Materia dysponuje. A jednak nie sposób tej nowej inicjatywy nie docenić. Organizacyjna pozycja teatru ruchu w Polsce jest katastrofalna: na palcach dwóch rąk można policzyć instytucje zajmujące się tańcem innym, niż baletowy czy folklorystyczny. Mamy dużą szansę, że za kilka lat będzie działał w Łodzi prężny ośrodek zajmujący się tą najżywotniejszą dziś dziedziną sztuki scenicznej.

 

Najżywotniejszą także w Łodzi. Dwa wyjątkowe spektakle ruchu zrealizował w 2021 roku Paweł Grala: Na widoku oraz Cudów nie będzie. Paweł Grala wraz z Katarzyną Gorczycą stworzyli już wcześniej kameralne miejsce, klubokawiarnię Kipisz (Piotrkowska 282), które – gdy uprzątnie się stoliki – służy za miejsce prac nad przedstawieniami. Spotkać tu można osoby, które tańczą i mówią o tańcu, jak mało kto. Paweł Grala i Katarzyna Gorczyca umieją to środowisko sieciować, nierzadko włączając do wspólnych przedsięwzięć.

 

Świetną passę kontynuuje Teatr Arlekin. A jest to tym bardziej wyjątkowe, że jego dyrektor, Wojciech Brawer, regularnie zaprasza do współpracy osoby, które wcale nie mają na koncie wielu prac, więc ryzyko jest spore. Dlaczego Arlekinowi zawsze udaje się trafić w dziesiątkę? Może to po prostu kwestia rzemieślniczej pracowitości całego zespołu teatru? Nic tu nie jest na ostatnią chwilę i nic nie wymaga doróbek i poprawek. Nigdy dość zachwytów nad Celineczką – najdoskonalszym warsztatowo spektaklem zrealizowanym w Łodzi od dawna. I nigdy dość zachwytów nad repertuarowymi wyborami zespołu Arlekina: lubimy powtarzać (nie bez podstaw), że teatry lalkowe to dla dzieciaków lekcja estetyki. Że „w lalkach” ucząc się doceniać formę, barwę, ożywiają wyobraźnię. Ale Arlekin już kolejny sezon zapewnia widzom spotkanie z najlepszą literaturą. Świetny teatr lalek – świetnym teatrem słowa?

 

Z lekkiej zadyszki wciąż nie wyszedł Pinokio, ale nic tu zawałem nie grozi. Pamiętamy: po dość długiej dyrekcji Konrada Dworakowskiego doszło do rozwodu z zespołem i – wręcz podręcznikowo – zaczął się realizować schemat „trudnej schedy”. Z dnia na dzień teatr stracił dużą część repertuaru i programową wyrazistość. Do tego doszła oczywiście niewesoła sytuacja finansowa (tu czytelnicy i czytelniczki niech zwrócą swój gniew w stronę UMŁ, który lubi budować nowe gmachy, ale nie zawsze rozumie, że teatr to przede wszystkich codzienna praca artystyczna). Początkowo grano, co się dało; na nowe, wyraziste produkcje trzeba było czekać. Najciekawszą w tym roku premierą na deskach Pinokia był spektakl zrealizowany przez Fundację Gra/nice jedynie we współpracy z Teatrem Pinokio Bezimienny/Nieznany (pomysł i realizacja Łukasz Batko). Świetny zespół tego teatru czeka na kolejne świetne spektakle, grając na co dzień po prostu bardzo dobrze: to chyba nie jest najgorsze podsumowanie.

 

Wstyd przyznać, ale nie wiem, co się dzieje w Teatrze Muzycznym. Pytam znajomych – też nie wiedzą. Pewno moja wina, że nie wiem, ale może nie tylko?

 

Wiem zaś, że w Teatrze Wielkim dzieje się źle. I niech nikt nie zrzuca winy na COVID. W całej Polsce nie ma chyba bardziej prowincjonalnej opery, w każdym razie gdy idzie o wybory repertuarowe (bo przecież wciąż jest tam niezła orkiestra, niezły chór i wciąż ci sami, już trochę gorsi, soliści). Podstawą działalności stały się bardziej czy mniej uscenicznione koncerty tematyczne. Gdyby chociaż stanowiły jakieś artystyczne wyzwanie… Nic z tego. Łódzka Opera kolędowała, bawiła się w „wiedeńskim nastroju”, walentynkowała, robiła „chóralne solo”(?!), w hołdzie kardynałowi Wyszyńskiemu (nie wiem, czy lubił sztukę i by się z tych koncertów ucieszył – wiem, że suchej nitki nie pozostawił na Różewiczu, Grotowskim i kilku innych artystach) śpiewała na podestach od Uniejowa po Zadzim operowo-estradową sieczkę… By uczcić skok Województwa Łódzkiego na europejską kasę (tytuł koncertu: Głosy Europy) śpiewano Dziewczęta z Barcelony oraz Funiculi, funicula, kiedy indziej nucono Najpiękniejsze miłosne duety operowe, później Najpiękniejsze chóry świata (znów operowa sieczka), a na koniec sezonu zorganizowano Galę Sylwestrową w szampańskim nastroju. Deptakowy repertuar z sanatoriów dla reumatyków jest bardziej wymagający niż to, czym raczył łodzian przez rok Teatr Wielki. I aż trudno uwierzyć, że mogło być jeszcze pokraczniej, ale mogło: w ostatniej chwili odwołano koncert W rocznicę chrztu Polski (przypuszczam, że nie śpiewano by tam Lutosławskiego, tylko Moniuszkę) oraz Wspólne śpiewanie pieśni niepodległościowych. Jak już zagrano jakąś operę, to albo odgrzewano kotleta sprzed trzydziestu czterech lat (Nabucco), albo sięgano po sztampowego Mozarta. Najciekawszą propozycją był (a w zasadzie mógł być, bo skończyło się jak zawsze) spektakl z dwóch jednoaktówek Poulenca i Bernsteina – Głos ludzki / Trouble in Tahiti. Rzadko prezentowane utwory, które w niedługiej historii dorobiły się kilku legendarnych inscenizacji, tu pokazano „z widownią na scenie” – z jednej strony, by walczyć z covidowymi zagrożeniami, z drugiej (to mój domysł), by wreszcie Teatr Wielki zagrał coś w bardziej kameralnej atmosferze. Zepsuto wszystko, co tylko można było zepsuć: widzów upchnięto w ciasnych rzędach tak daleko od artystów, że nie pomagały lornetki (a światła ustawiał przypadek), kameralne arie śpiewacy wykrzykiwali do mikroportów, głośniki zaś umieszczono w takich miejscach, by niewidząca artystów publiczność już naprawdę nie wiedziała, kto śpiewa, a wszystko jeszcze – zwłaszcza Głos ludzki – zainscenizowano tak, by robiło to wrażenie opowieści z „Expresu Ilustrowanego” (jak szpital – to musi być romans z pielęgniarką). Celem było może zrobienie benefisu (który to już raz?) Joannie Woś, ale zrobiono jej tylko niedźwiedzią przysługę: to nie jest już partia dla niej, tak jak na dłuższą metę nie da się już bronić idei operowego teatru, w którym ci sami śpiewacy mogą śpiewać wszystko.

 

Chorea zrobiła jeden ze swoich najlepszych spektakli ostatnich lat: Śmierć na gruszy na podstawie dramatu Witolda Wandurskiego w reżyserii Łukasza Kosa. Kos to dziś absolutna czołówka polskiego teatru – zespołowi Chorei umiał przywrócić młodość.

 

Po tym, jak Krzysztof Dudek – najpierw z Andrzejem Bartem, później z Maciejem Wojtyszko – psuł w Teatrze Nowym wszystko, co się dało, do akcji reanimacji tej sceny przystąpiła Dorota Ignatjew: doświadczona organizatorka (najpierw w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, później Teatru Osterwy w Lublinie), ceniona w środowisku teatralnym za umiejętność tworzenia reżyserom i aktorom sprzyjających warunków pracy. Do pomocy (chyba niesformalizowanej umowami) wzięła Remigiusza Brzyka, którego zna jeszcze z Sosnowca, a który z kolei zna Teatr Nowy jeszcze ze złotych czasów dyrekcji Mikołaja Grabowskiego. Postawili na młodych (twórców i widzów), co samo w sobie nie jest szczególnie nowatorskie, ale – w obecnej sytuacji – wydaje się rozwiązaniem najrozsądniejszym (nie tylko dlatego, że żaden z „wielkich” reżyserii w Nowym na razie jeszcze nie zaryzykuje). Bo co w zasadzie jest głównym wyzwaniem, przed którym staje Dorota Ignatjew? Jest nim przekonanie łodzian do teatru w ogóle, do Teatru Nowego w szczególności.

 

TN LUDOWA WAW7731
„Ludowa historia Polski", Teatr Nowy, fot HaWA

 

Nad tą sceną krąży fatum. Gdy lata temu Jerzy Kropiwnicki – mimo protestów środowiska – upchnął tu na siłę Grzegorza Królikiewicza teatr objęto nieformalnym bojkotem. Jego przełamywanie zajęło później Zdzisławowi Jaskule sporo czasu, a później… Pamiętamy: stało się to, o czym pisałem wcześniej (choć chyba nie wspomniałem, że ludzie teatru z całej Polski, jak przy Królikiewiczu, też podpisywali petycje przeciwko Dudkowi, ale Hanna Zdanowska i dyrektorka wydziału kultury Dagmara Śmigielska wrzuciły je hurtem do kosza). Nic więc dziwnego, że po roku udanych spektakli Dorota IIgnatjew wciąż wypatruje widzów. Niech się nie zniechęca.

 

Marcin Hycnar dostał dyrektorską nominację do Jaracza kilka tygodni wcześniej, niż swoją nominację do Nowego dostała Dorota Ignatjew Gdy przebiegam myślą jego rok pracy w łódzkim teatrze, to mam wrażenie, że postanowił przekonać widzów, iż w Jaraczu zmieniło się niewiele. Że wciąż jest i będzie to teatr, w którym do ładnie ubranych widzów ładnie się będzie mówiło ze sceny. Teatrolog Dariusz Kosiński wymyślił kiedyś (teatralną) kategorię „TKM” – Teatr Kulturalnego Miasta. Marcin Hycnar postanowił taki TKM robić, nie przejmując się, że – może nawet wbrew idei Kosińskiego – taki teatr pachnie jakąś nieszczerością. Nie mam wątpliwości i powtarzałem to przy wielu okazjach: wieloletnie rządy Zawodzińskiego i Nowickiego uczyniły z Jaracza coś na kształt teatralnej komody: ciężko to ruszyć i żal się pozbywać, ale radości już nie daje. Problem tym większy, że wielu aktorów (i widzów) zmitologizowało te dekady grania Kolady i Bogosianów i domaga się teraz impregnowania tej komody kolejnymi warstwami werniksu. Nawet, gdyby Marcin Hycnar chciał coś zmienić, zrobić taki TKM, który nie będzie pachniał naftaliną, to nie jest i nie będzie to szczególnie łatwe, tym bardziej, że trudno znaleźć w jego otoczeniu osoby, które miałyby jakąś wizję ciekawej instytucji kultury (jego zastępczynię, Małgorzatę Kowalską, kojarzę raczej z intryg w marszałkowskim departamencie kultury, nie ze szczególnych osiągnieć na polu animacji kultury). Niby rozumiem i doceniam włączenie do repertuaru Mizantropa, z nadzieją czytałem na stronie teatru nazwiska Anety Groszyńskiej i Jana Czaplińskiego, z uznaniem oglądałem reżyserki debiut Sławomira Narlocha (Listy na (nie)wyczerpanym papierze). A potem przyszła realizująca najbardziej stereotypowe standardy prywatnych przedstawień impresaryjnych Niepamięć na podstawie Marka Modzelewskiego, której nie uratował nawet Piotr Ratajczak (nie mam pretensji, że mu się  nie udało – nie wymagam cudów – mam pretensję, że w ogóle w to wszedł).

 

Teatr Powszechny. Też jest. Nawet rozpisał w tym roku kolejną, siódmą już edycję konkursu Komediopisanie. Będzie na pewno śmiesznie. A poza tym przez pół roku Powszechny realizował także kolejne odcinki internetowego stand-upu Pomoc domowa radzi, w którym aktor w peruce udaje kobietę. Zaczęło się jeszcze w poprzednim roku. Po kolejnych dniach obżarstwa gosposia odkrywa karty: „Po tym tygodniu, gumka w rajtkach była tak napięta, jak łuk Robin Hooda. Całe szczęście, że są ograniczenia w tych gościach, bo jakby ktoś do mnie do domu przyszedł i ja bym się tak schyliła, i jakby ta gumka strzeliła, to ten wirus byłby żadnym zagrożeniem: wszyscy by przede mną uciekali, gdzie pieprz rośnie”. Opieka artystyczna: Ewa Pilawska. 

 

 

Piotr Olkusz pracuje w Katedrze Badań Kulturowych Uniwersytetu Łódzkiego, jest redaktorem miesięcznika teatralnego „Dialog” oraz recenzentem portalu teatralny.pl

  

****


 

Sztuka / Wszystko dobrze / Marcin Polak

 

Zanim rok dobiegł końca, miałem okazję wyrobić sobie zdanie na temat aktualnego stanu łódzkiej kultury. We wrześniu dostałem zaproszenie na uroczyste rozpoczęcie sezonu kulturalnego w Łodzi i pomyślałem: „A co mi tam, pójdę”. Nawet mi się podobało, bo spotkałem dużo znajomych: dyrektorów i dyrektorek instytucji, pracowników i pracowniczek, artystów i artystek. Wydarzenie miało charakter gali z programem artystycznym i wręczeniem nagród przez najwyższe władze. Ktoś niezorientowany mógłby pomyśleć, że kultura w Łodzi stoi na najwyższym światowym poziomie. Nie przeczę, gdy przedstawiono sukcesy laureatek i laureatów stypendiów, brzmiało to naprawdę dobrze. Wszyscy jednak wiemy, że to nie cała prawda o łódzkiej kulturze. Jeśli nie było Was na otwarciu sezonu, mogę streścić oficjalny przekaz miasta: no jest wszystko w porządku, jest dobrze, dobrze robią, dobrze wszystko, jest w porządku, jest git, pozdrawiam całe LDZ, dobrych chłopaków i dziewczyny, i niech się to trzyma, dobry przekaz leci…

Highlightem imprezy było wręczenie dyplomów laureatkom i laureatom stypendiów artystycznych. Od paru lat miasto chwali się nimi przy różnych okazjach, m.in. na citylightach przed UMŁ. Szalenie mnie to cieszy, bo potwierdza tezę, że uważne słuchanie głosu społeczników i artystów wychodzi urzędnikom oraz politykom na dobre. Program stypendialny, który został zaproponowany przez grupę artystów i artystek sztuk wizualnych ponad 10 lat temu, to tylko jedno z wielu udanych łódzkich przedsięwzięć kulturalnych i społecznych inicjowanych przez mieszkańców, a nie władze. Ale właśnie na przykładzie artystów i artystek można łatwo udowodnić, że wizja sukcesów kultury roztaczana przez miasto jest mocno podkolorowana.

 

Zostańmy w temacie stypendiów. W tym roku dostało je 12 osób, każdy i każda po 10 tysięcy zł. Dla porównania, Warszawa przyznaje 40 stypendiów po 42 tysiące i 12 po 21 tysięcy zł. W obliczu galopującej inflacji łódzkie 10 tysięcy starcza na o wiele mniej niż dekadę temu, gdy program startował. Na szczęście ta kwota ma wzrosnąć do 15 tysięcy, na wniosek KDO ds. kultury, który złożyliśmy w lipcu ubiegłego roku. W Łodzi nie uruchomiono też żadnych dodatkowych stypendiów z powodu pandemii, jak zrobiono to w niektórych polskich miastach. Odpalono tylko niewielki program ŁCW, w którym i tak nie wykorzystano pełnej puli środków, bo komisji nie podobały się projekty (!). Gdyby wysokość pensji urzędników warunkowana była oceną jakości ich pracy dokonywaną przez ich faktycznych pracodawców, czyli mieszkańców i mieszkanki miasta, sytuacja mogłaby wyglądać nieco inaczej…

 

A co działo się w galeriach i instytucjach? W galerii Punkt Odbioru Sztuki, czyli dawnej galerii Manhattan, nastąpiła zmiana na stanowisku kuratorki – po odejściu Magdy Milewskiej pracuje tam Aleksandra Ignasiak. Przy okazji chciałbym publicznie zapytać, czy to prawda, że budżet galerii na realizację wystaw w 2021 r. wynosił 10 tysięcy złotych? Jeśli tak, to nie wiem, jak to skomentować. To niebywały skandal, świadczący o podejściu naszych lokalnych decydentów do sztuki. Z tego budżetu trzeba przecież kupić materiały potrzebne do realizacji wystawy, opłacić transport prac, nie wspominając o honorariach dla artystów i artystek, którzy często pracują nad wystawą zdecydowanie dłużej niż miesiąc… Przy okazji polecam program Staromiejskiego Domu Kultury i mieszczącej się w nim Galerii Promocyjnej. Jej roczny budżet na wystawy to 60 tysięcy, a w ubiegłym roku 100 tysięcy. Jako istotny kontekst można też przywołać przeciętne wynagrodzenia w zarządach miejskich spółek czy ostatnią podwyżkę pensji prezydentki Hanny Zdanowskiej o 9 tysięcy zł, do prawie 22 tysięcy miesięcznie.

To dobra okazja, by zapytać także o wysokość honorariów artystek i artystów, kuratorów i kuratorek, którzy pracują dla miejskich instytucji i pokazują swoje prace, a nierzadko całe wystawy, na festiwalach współorganizowanych przez Łódź. Możemy dyskutować o kondycji łódzkiej kultury, ale powinniśmy być zgodni i solidarni w kwestii sprawiedliwych wynagrodzeń. Inaczej okaże się, że pracujemy za prawie darmo na sukcesy urzędników i polityków, którzy są chyba całkiem dobrze opłacani.

Galeria Manhattan była bardzo ważnym miejscem na mapie polskiej sztuki, a Krystyna Potocka chyba słusznie nie zgodziła się na posługiwanie się tą nazwą w kontynuacji przedsięwzięcia. Trudno utrzymać artystyczną jakość, gdy trzeba borykać się z niedofinansowaniem i oporem urzędników. Może właśnie nowa kuratorka będzie w stanie to zmienić? Nowy dyrektor Zachęty zaproponował w swoim programie format wystaw „Sztuka w rodzinie”, czyli prezentację dorobku artystycznego twórców połączonych więzami rodzinnymi. Może zainspirował się Łodzią? W Poleskim Ośrodku Sztuki zatrudnienie znalazło już troje członków familii znanego i lubianego zespołu L.Stadt. Może w formacie rodzinnym uda się powalczyć o jakieś środki na galerię, np. z Łódzkiego Centrum Wydarzeń, którego dyrektor to zarazem menadżer zespołu? Trzymam kciuki. A może uda się osiągnąć więcej, chociażby zmianę lokalizacji galerii? W końcu po co rewitalizujemy tyle budynków? Co ciekawe, dawna siedziba galerii na Piotrkowskiej 118 wciąż stoi pusta, kilka lat po jej wyprowadzce. Tymczasem bohaterkami pierwszej wystawy po zmianach w Punkcie Odbioru Sztuki będą kapusta oraz kuratorka galerii, tym razem w roli artystki. Mimo wszystko, liczę na rozwiązanie problemów galerii POS, a także na to, że nie stanie się ona kolejną galerią ASP.

Skoro już jesteśmy przy Miejskiej Galerii Sztuki. Jakie programy uruchomiła w czasie pandemii? Jakie projekty zrealizowała? Jak pracowała z artystami i artystkami, widzami i widzkami? Btw, plany Galerii Bielska BWA na ten rok to m.in.:  retrospektywa malarstwa Urszuli Broll, retrospektywna wystawa grupy Twożywo, Teoria humoralna Potencji i indywidualna prezentacja twórczości Mikołaja Sobczaka. Na te wystawy jestem gotów pojechać 280 km, tymczasem do Ośrodka Propagandy Sztuki mam 400 m, ale chyba mi się nie chce, bo w sumie i po co. 

 

Niestety za wydarzenie roku możemy uznać decyzję o nieprzedłużeniu kadencji dyrektorowi Muzeum Sztuki. Piotr Gliński po raz kolejny okazał się słabszy od lokalnych kacyków. Podobnie jak kiedyś poległ w starciu z marszałkiem województwa śląskiego w sprawie Alicji Knast w Muzeum Śląskim, tak teraz pokonał go marszałek Grzegorz Schreiber. Niechętny Jarosławowi Suchanowi marszałek cieszy się wątpliwą sławą włodarza jedynego województwa w Polsce, które nie wycofało się z uchwały anty LGBT. Tak sobie myślę, że może znalazłaby się jakaś odważna kobieta (może Marianna Schreiber, żona ministra i synowa pana marszałka?), która wytłumaczyłaby wąsatym wujom, że sukcesy jednej z najlepszych i najważniejszych instytucji kultury w Polsce są w jakimś stopniu także sukcesami jej organizatora?

 

Podobno w komisjach oceniających wnioski konkursowe w marszałkowie są ludzie z IPN, ciekawe więc, jak zorganizowany zostanie konkurs na nowego dyrektora MS, o ile oczywiście takowy się odbędzie. Wydaje się, że jeśli Jarosław Suchan zdecyduje się na start, nikt nie będzie miał z nim szans. Jednak metody przeprowadzania konkursów w UMŁ i kierowanym przez PiS marszałkowie wydają się niepokojąco podobne… Jeśli w komisji zasiądą niekompetentne osoby, a pominięte zostaną te wskazane przez ministerstwo i środowisko kultury, to może być różnie. Chyba, że tak jak nasz boss od miejskiej kultury, marszałek namówi kogoś do startu w konkursie, a potem na niego nie zagłosuje… Co za ironia losu, prawda? Modlimy się o zachowanie w konkursie standardów ministerialnych, a nie o powielanie metod działania wspaniałych, progresywnych władz miasta.

 

Jeśli wygra ktoś pokroju dyrektora CSW (który podobno aspiruje do zarządzania Muzeum Sztuki i Muzeum Sztuki Nowoczesnej) albo jakiś słabo przygotowany plastyk czy łódzki malarz, to co czeka miasto z POS robionym za 10 tysięcy, z Miejską Galerią Sztuki, bez której padłaby ASP, bo właściwie tylko w takiej symbiozie oba miejsca są w stanie przetrwać? Szczerze mówiąc, nic dobrego, choć niektórzy dalej będą udawać, że jest świetnie. A tak swoją drogą, słyszeliście wypowiedź prezydentki miasta, wiceprezydentki od kultury czy dyrektora wydziału kultury w sprawie nadchodzącego kryzysu w drugim na świecie i pierwszym w Europie muzeum sztuki nowoczesnej?

 

W 2021 r. Muzeum Sztuki zdążyło jednak zrealizować tak wiele interesujących wystaw, że nie sposób omówić ich wszystkich w podsumowaniu. Za sprawą pandemicznej specyfiki niektóre instytucje znacznie przedłużyły wystawy z 2020 r., a inne – otwierały nowe ekspozycje taśmowo. W tej ostatniej kategorii przodowało właśnie MS, jesienią inaugurując kilka świetnych wystaw w ciągu dosłownie kilkunastu dni. Jeszcze w pierwszej połowie roku oglądać można było wystawę Praca, praca, praca (praca) Céline Condorelli i Wendelien van Oldenborgh, ciekawą, ale dość trudną w odbiorze, o której Anna Pajęcka pisała w recenzji: „Pracuje każdy i każda, także krytyczki i widzki”.

 

MS zaproponowało także nową odsłonę Atlasu Nowoczesności, czyli pozycję obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych kulturą i sztuką. Wciąż można oglądać jakże aktualną wystawę Ziemia znów jest płaska, kuratorowaną przez młodego zdolnego Kubę Gawkowskiego. Już skończyły się udane Prototypy 04: Agata Siniarska. Osuwisko oraz Jasmina Cibic. Pałac, ale trwa Leopold Buczkowski. Przebłyski historii, przelotne obrazki.

Aha, warto jeszcze przypomnieć szóstą edycję warsztatów Muzeum Sztuki i ASP, tym razem z Katarzyną Kozyrą. Tu stawiam plus ASP za zatrudnienie Kozyry na uczelni. Jedna z najwybitniejszych artystek sztuki krytycznej może być magnesem przyciągającym do szkoły.

 

Właściwie każda wystawa w MS była udana, a niektóre, jak Awangardowe Muzeum, według krytyków wręcz wybitne. Można jednak spodziewać się kresu znakomitych projektów i wyzwań intelektualnych stawianych odbiorcom, jeśli stery instytucji przejmie lichy kurator, spolegliwie podążający za ideologicznym kierunkiem wytyczonym przez naczalstwo. Pozwolę sobie tu zacytować Piotra Słodkowskiego z recenzji wystawy: „[…] to bardzo cenny fenomen instytucjonalny, który wymaga ochrony i równie twórczej kontynuacji. Czy Muzeum podzieli losy Zachęty? Dziedzictwo awangardy zakorzenione w dziedzictwie tego wyjątkowego miejsca jest delikatne i wymaga kompetencji. Jeśli przestanie być motorem innowacyjnego myślenia o sztuce i świecie, będzie wprawdzie profesjonalnie wyeksponowane, ale pozostanie martwe.” Muzeum to skarb, który tworzy wydarzenia o randze ponadlokalnej, czego może nam zazdrościć chociażby Wrocław czy Poznań. Bez niego Łódź będzie tylko jednym z wielu miast, przy całym szacunku dla Bydgoszczy czy Torunia… Jeżeli jest to zbyt trudne do zrozumienia dla panów z marszałkowa, pozwolę sobie wyrazić się jaśniej: Nie bierzcie się za coś, co Was przerasta, bo to wszystko jebnie i będzie to tylko i wyłącznie Wasza wina.

 

12. Halicka Untitled Beach Scene
Alicja Halicka, „Na plaży”, ok. 1920, olej na płótnie, kolekcja Marka Roeflera / Villa la Fleur, Konstancin Jeziorna

 

Najbardziej medialnym wydarzeniem roku był Fotofestiwal, ale chyba nie o taką popularność chodziło organizatorom. Ubiegłoroczna edycja poświęcona Łodzi oraz jej artystom i artystkom składała się wielu wystaw, w większym lub mniejszym stopniu zogniskowanych wokół medium fotograficznego. Jedną z najlepszych okazała się wystawa Erroryzm Agnieszki Kurant w Muzeum Sztuki w Łodzi, która z fotografią miała niewiele wspólnego. Na drugim biegunie usytuowała się wystawa Czuła uwaga. Urszula Czartoryska wobec fotografii, klasyczna i muzealna, stanowiąca cenną lekcję historii fotografii. Lekcje historii są nam bardzo potrzebne, ale żebyśmy mogli w ogóle je pobierać, świat musi istnieć. A żeby dalej istniał świat, musimy zacząć dostrzegać nasze błędy. To właśnie proponuje nam Agnieszka Kurant. Jej wystawa to bardzo ciekawe rozważania na temat siły samodzielnego myślenia, a także społecznej roli edukacji i sztuki.

Najlepszym lekarstwem na każdy problem jest śmiech, a łódzka szajba była motywem przewodnim głównej wystawy Fotofestiwalu 2021. Reinkarnacja kuratorowana przez prof. Józefa Robakowskiego prezentowała ponad 40 artystów i artystek. Pokazywała Łódź jako zjawisko kulturowe, miejsce narodzin wielu awangardowych środowisk, ruchów artystycznych, instytucji i wydarzeń, takich jak m.in.: grupa Jung Jidysz, grupa „a.r.”, współtworząca Muzeum Sztuki w Łodzi, Warsztat Formy Filmowej, Kultura Zrzuty, Łódź Kaliska, Konstrukcja w Procesie. Wystawa była mało problemowa, stanowiła raczej przekrojową prezentację działalności artystów i artystek, co można uznać za wadę lub zaletę. Może okaże się iskrą, która odpali nowe prądy i ruchy, gotowe powalczyć o lepszą przyszłość, chociażby przyszłość kultury w naszym mieście. Może doda energii młodym twórcom i twórczyniom. Każdemu po 20% tego, co posiada Józef Robakowski, i już będzie dobrze. Andrzej Różycki przeniósł ze swojego mieszkania ogromny, tworzony przez lata zbiór kulturowy, co zaowocowało wspaniałą wystawą, jak się okazało ostatnią tak dużą prezentacją dorobku artysty za życia.

Niestety w pewnym momencie więcej niż o święcie fotografii w kontekście Fotofestiwalu mówiło się o sprawie Marcelo Zamenhoffa, czyli aresztowaniu jego prac z wystawy Archiwum regresywne oraz oskarżeniu o obrazę uczuć religijnych. Sama wystawa to typowy Marcel: pretensjonalny kicz, zdjęcia z wakacji, byłych dziewczyn, samochodów, kolegów artysty. Ale ponieważ to jest Marcel, ja to kupuję. Tym razem może jednak artysta poszedł o krok za daleko, a część prac można było pokazać w innym miejscu, na własny rachunek. Za sprawą Agnieszki Wojciechowskiej van Heukelom wybuchła chryja niepotrzebna ani artyście, ani organizatorom. Kluczowe tu są intencje twórcy – jeżeli chciał nam pokazać, w jakim państwie żyjemy, to chyba mu się udało. A jeśli nie zrobił tego celowo, to chyba niezbyt dobrze. Tak czy siak musimy stanąć za nim murem. Od cenzury powinna być wolna nie tylko sztuka, ale też krytyka artystyczna. Jeśli krytyczce nie podoba się wystawa, to jest jej święte prawo, podobnie jak artysta ma prawo do swobodnej wypowiedzi. Przytyki do Agaty Pyzik były bardzo nie na miejscu.


Jedną z ciekawszych wystaw minionego roku było Przenikanie w Centralnym Muzeum Włókiennictwa, opowiadające o Helenie Bohle-Szackiej nie tylko przez pryzmat jej artystycznego dorobku, ale też ludzkiego doświadczenia. Kuratorowana przez Marcina Różyca wystawa odkryła nieco zapomnianą postać artystki i pomogła przywrócić jej należne miejsce w historii sztuki. To wystawa bardzo odważna, można wręcz powiedzieć, że queerowa, a przy tym łatwa i czytelna w odbiorze, z ciekawą architekturą Zuzanny Golińskiej i udziałem młodych twórców i twórczyń, m.in. łódzkiego artysty i projektanta Kamila Wesołowskiego.

CMWŁ otworzyło też wystawę mniej artystyczną, za to atrakcyjną dla miłośników Łodzi i turystów odwiedzających nasze miasto. Miasto moda, maszyna to futurystyczny poemat o życiu i pracy w Łodzi. Cały parter wypełniony jest starymi maszynami, eksponatami, które sprawiają, że odnowiony budynek zakładów Geyera znów wygląda jak dawna fabryka, i to działająca. Wspaniale prezentuje się nawet z ulicy. Prosty, ale jakże potrzebny element w naszym mieście. Wystawa to efekt dobrej roboty zespołu muzeum, a kuratorzy przez kilka miesięcy pracowali na starych krosnach, by nauczyć się ich obsługi i spróbować stworzyć materiał dawnymi metodami. Dodam, że była to próba bardzo udana. Na kolejnych piętrach odtworzona jest historia Łodzi, modernistyczne plany rozwoju miasta, a także epoka ustrojowej transformacji. Bazary, stragany, sporo archiwalnych materiałów wizualnych czy rekonstrukcje dawnych reklam – murali i neonów. Wiele osób odwiedza miasta dla dobrych muzeów i galerii. Dzięki CMWŁ i MS Łódź jest ważnym punktem na kulturalnej mapie Polski. Panie Gliński, jeśli coś pan możesz, nie spierdol tego. Kandydował Pan z Łodzi…

Dobrze, że miasto zdecydowało się na wsparcie dwóch niezależnych galerii. Pierwsza z nich to Pracownia Portretu, która zrealizowała cztery wystawy dzięki 20 tysiącom zł otrzymanym z urzędowej dotacji (choć to tylko połowa rocznego stypendium dla jednego artysty/artystki w stolicy). Z kolei Stowarzyszenie Nowa Kultura i Edukacja mogło przygotować wystawę Miejsce, Sytuacja, Okazja, Oferta prezentującą dorobek Galerii Adres, niezależnej instytucji założonej przez Ewę Partum w Łodzi w 1972 r.


Galeria Wschodnia pokazała ciekawą wystawę Sławomira Brzoski oraz wystawę przygotowaną z okazji konferencji CIMAM, czyli największego i najistotniejszego międzynarodowego spotkania kuratorów/ek i dyrektorów/ek instytucji prezentujących sztukę współczesną i nowoczesną. (I znów miasto zapomniało się pochwalić, nie mówiąc o ministrze i marszałku.) Dzięki świetnej robocie kuratorki Uli Tarasewicz, dobrze radzi sobie galeria Ogrodowa8. Ostatnią fajną propozycją były tam wystawy Dziwię się i Klefemuty artysty-społecznika, który po latach działania w Warszawie osiadł w Łodzi, czyli Tomasza Kwiatkowskiego. Cały czas działa (a to chyba już dużo) galeria Art Hub Rydzowa, która eksploruje najprzyjemniejsze i najbardziej dochodowe z mediów, czyli malarstwo. W galerii mieszczącej się na łódzkim Teofilowie pokazywano m.in. twórczość Magdaleny Kirklewskiej, Bartka Otockiego i Edyty Hul. Jestem ciekawy, czy do galerii zaglądają mieszkańcy osiedla. Jeśli tak, to wspaniale.

 

Klasyków pokazywała zarówno Galeria Fundacji Signum, jak i Galeria Olimpus. Ta pierwsza m.in. wyróżnionego Nagrodą im. Katarzyny Kobro Koji’ego Kamoji’ego, a druga – świetną wystawę Magdy Moskwy czy zbiorową Hommage à Ireneusz Pierzgalski. Fundacja Przędzalnia Sztuki postawiła na mniej sztuki i rywalizacji w wyścigu po kolejne granty oraz projekty zaangażowane społecznie, za to skupiła się bardziej na organizacji targów staroci, rękodzieła i designu, które wpisały się na stałe w krajobraz Księżego Młyna.

Z wydarzeń około artystycznych: Sashka Yeriomina, niestrudzona organizatorka Czarów Marów, wraz z Radiem Kapitał rozpoczęła cykl wydarzeń taneczno-performatywno-voguengowych pod hasłem Troska. Bar Ignorantka w krótkim czasie stał się miejscem kultowym, odwiedzanym przez sporą część środowiska ludzi kultury. Chyba trochę się do tego przyczyniliśmy, organizując imprezę Narodowe Dobro Międzynarodowe wspólnie z Galerią Wschodnią i Ignorantką w czasie otwarcia Atlasu Nowoczesności. Ignorantka to samo dobro. Pozwolę sobie zacytować Agnieszkę Kurant z naszej rozmowy: „Inną rzeczą, którą zrozumiałam po wyjeździe z Polski, to fakt, że edukacja ma najczęściej miejsce nie w sali wykładowej, tylko w barze o czwartej nad ranem. I mówię to całkowicie poważnie. Ogromny wpływ na twórczość młodych artystów mają rozmowy w barze z wykładowcami oraz innymi studentami czy młodymi artystami.”

Armada otworzył sklep z ciuchami. Wśród twórczych osób, które w nim wystawiają i sprzedają funkcjonuje powiedzenie: „nie stać cię na twoje rzeczy”. Można sobie pooglądać.
Monika Gromadzińska stworzyła super kolekcję ciuchów Rzeczy pospolite inspirowaną polskimi blokowiskami.

 

Pod koniec roku przybyło kilka realizacji w przestrzeni publicznej. Największy na świecie mural z Wiedźminem to również największy na świecie dowód na to, że sztuka dla naszych decydentów to tylko pijarowy dodatek. Nie chcę tego mówić po raz kolejny, ale chyba muszę... Ile budżetów galerii POS kosztowało to cudo? Może to jest właśnie rozwiązanie zagadki, dlaczego budżet galerii na wystawy wynosi tyle, ile wynosi? Ciekawszą realizacją wydaje mi się neon z mewą Marcela Zamenhoffa i Missi Romero. Natomiast najbardziej interesującą nową instalacją w przestrzeni miasta jest praca Łukasza Zbieranowskiego z cytatem z fraszki Jana Sztaudyngera. Składa się z dwóch części, które trzeba sobie złożyć w całość, obchodząc obiekt z napisem: ‚Aby dojrzeć, trzeba dojrzeć”.

 

Mam nadzieję, że łódzcy decydenci dojrzeją do tego, żeby dojrzeć w kulturze nie tylko  narzędzie PR i inwestycje w beton, ale przede wszystkim ludzi: artystki i artystów, pracowników i pracowniczki oraz osoby zarządzające instytucjami. Przykład połączenia łódzkich domów kultury pokazał, że nie potraficie słuchać obywateli. Podjęto decyzję, która wyklucza „swobodny dialog społeczny". Cóż, „aby dojrzeć, trzeba dojrzeć”, cytując klasyka.

 

W „Kalejdoskopie” nie ma już Łukasza Kaczyńskiego oraz młodych krytyków i krytyczek piszących o kulturze, „Dziennik Łódzki” i „Express” zostały przejęte prze Orlen, ale jesteśmy my, gdzie możecie czytać recenzje i wywiady, i to za friko. A to wszystko bez wsparcia UMŁ :) Czyli jest świetnie ;) Sprytne.

 

 

Marcin Polak – artysta i kurator poruszający się na styku działań artystycznych i społecznych. Inicjator działań z cyklu „Zawód Artysty”, mających wpłynąć na zmianę polityki kulturalnej. Założyciel i redaktor portalu „Miej Miejsce“. Współprowadzi latającą „Galerię Czynną“. Absolwent PWSFTViT w Łodzi. Stypendysta MKiDN. W 2016 został odznaczony honorową odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej“.

 

****

 

 

Muzyka / Łączmy się, wspierajmy się /Justyna Banaszczyk 

 

spalarnia okladka 1Spalarnia “Ciało świeci niezgodą na przemoc” (Dym)

 

 

Kilka słów o polskiej niezależnej scenie muzycznej na początku 2022 roku.

 Nie jestem krytyczką muzyczną, w dodatku nie przepadam za podsumowaniami. Podsumowania, listy, rankingi za bardzo przypominają mi konkursy. Obsesja sukcesu to taki niebezpieczny stan umysłu rodem z późnego kapitalizmu, przez który nasze mózgi uzależnione od dopaminowych strzałów płynących z sieci społecznościowych zatracają umiejętność funkcjonowania w innym trybie, niż ten nastawiony na zdobycie największej liczby “serduszek”. Czasy są jednak szczególne, dlatego też zdecydowałam się napisać kilka słów o niezależnej kulturze muzycznej w minionym już 2021 roku. 

 

Nie jestem teoretyczką kultury, ale od prawie piętnastu lat czynnie biorę udział w tym, co nazywamy “niezależną sceną muzyczną”. Zaczynałam jako słuchaczka, skończyłam jako artystka, a po drodze organizatorka, wylądowałam też w kilku kolektywach, stworzyłam parę inicjatyw, prowadzę label Pointless Geometry, współzałożyłam Radio Kapitał, aż w końcu moje życie bezpowrotnie związało się z dźwiękiem i chyba tak już zostanie. Kiedy ludzie pytają mnie “czym się zajmuję”, a ja odpowiadam, że “dźwiękiem”, mało kto rozumie, o co mi chodzi, a wiele osób ma mnie za kompletną wariatkę. Ta krótka anegdotka w zasadzie jest dość celną metaforą tego, czym jest w Polsce niezależna kultura muzyczna - czymś co mało kto rozumie i szanuje, ale dla wielu osób stanowi treść życia.  To jednak, jak się okazuje, coś więcej niż mp3 wrzucone na Bandcamp, to coś innego, niż wyścig szczurów (po największą ilość wyświetleń i kontrakt z McDonaldem).  Warto więc może, oprócz opublikowania suchej listy albumów, które zapadły mi w pamięć w ubiegłym roku, podzielić się kilkoma spostrzeżeniami na temat kondycji tejże sceny. Polska kultura to jakiś ponury żart. Nie dość, że praktycznie nikogo nie obchodzi, to w dodatku na samej górze zarządzana jest przez istnych psychopatów, których jedyną misją jest niszczenie tego, co wartościowe, obsadzanie stołków figurantami, cenzura i zastraszanie ludzi, a także dotowanie megalomańskiego narodowego paździerzu. Na szczęście Pan Minister Gliński nie ma zielonego pojęcia o polskiej niezależnej scenie muzycznej. I dobrze, bo jeszcze zechciałby jej zaszkodzić. O polskiej niezależnej scenie muzycznej nie mają też pojęcia duże wytwórnie, mainstreamowe radio, prasa, oraz większość słuchaczy. W końcu, jak coś, co się nie sprzedaje, może mieć wartość w Wielkiej Polsce Wolnorynkowej? Nie zaprzątajmy sobie tym jednak głowy. 

Małe jest dobre. 

Małe jest bezkompromisowe. 

Małe jest ważne. 

Małe społeczności budują fajne, duże, miłe społeczeństwo.

 

Spieszmy się kochać kluby, kolektywy, wydawnictwa, ziny, labele, radia społecznościowe, cykle koncertowe, niezależnych animatorów, małe festiwale. To, z czego jeszcze wczoraj łatwo było się śmiać, bo być może niezbyt dobrze radzi sobie na tak zwanym wolnym rynku i nie zdobywa milionów wyświetleń w mediach społecznościowych, jutro może okazać się jednym z ostatnich bastionów artystycznej wolności. Kiedy zajęte zostaną już wszystkie stołki w instytucjach sztuki, niezależna, dziwna, trudna muzyka będzie pielęgnować w nas wolność i nieskrępowaną niczym ekspresję. Co więcej, nie wiemy też, ile z tego wszystkiego zdoła się uchować, kiedy już skończy się pandemia, dlatego też postuluję zakopanie wszelkich możliwych wojennych toporów i dbanie o naszą scenę, póki jeszcze ją mamy. Tym bardziej cieszę się, że takie oddolne inicjatywy jak Radio Kapitał potrafią dzięki współpracy, wspólnemu celowi i zaangażowaniu wielu osób przetrwać niejedną burzę, budując bezpieczną przestrzeń swobodnych działań i eksperymentowania. 

 

Społeczność, która skupiła się przez ostatnie dwa i pół roku wokół Kapitału to luźny zbiór mikroinicjatyw, które powstały z miłości do muzyki, kultury, sztuki i co najważniejsze, z chęci niezależnego działania poza mainstreamem i potrzeby uwolnienia się z Nelsonowskiego chwytu koniunkturalizmu. Projekt, który był początkowo formą eksperymentu artystycznego-społecznego, pokazuje, że wspólne działania mają sens, potrafią przebić się przez szklane sufity i połączyć ludzi ze zatomizowanych przestrzeni, którzy nigdy wcześniej nie mieliby szans nawet otrzeć się o siebie. 

 

Łączmy się, wspierajmy się.

Niezależna scena muzyczna to przede wszystkim skomplikowana sieć ludzi, mających ogromną wewnętrzną potrzebę podtrzymywania wartościowych relacji w świecie, w którym dramatycznie brak społecznych więzi, a niemalże wszystko podawane jest w formie zalgorytmizowanej papki.  Środowisko niezależnej muzyki o wiele wcześniej, niż środowisko muzyki współczesnej czy kina, zaczęło przepracowywać problemy z seksizmem, transfobią, ageismem i mimo istnienia nadal palących kwestii, a także potrzeby pogłębionej dyskusji na ten temat, wciąż jest o wiele mniej klasistowskim miejscem, niż elitarystyczny świat wielkomiejskiego art worldu. Niezależna scena muzyczna otwarta jest dla wszystkich klas społecznych. Ważna jest też czułość i szybka reakcja na aktualne wydarzenia polityczne, pozbawiona strachu przed utratą popularności. Odwaga moralna twórców i twórczyń niezależnej sceny muzycznej często budzi mój podziw i nawet w chwili, kiedy to piszę, na granicy Polski i Białorusi zamarzającym ludziom pomaga przeżyć wiele osób, które w tym samym czasie mogłyby zająć się czymś o wiele bardziej przyjemnym. 

 

Czy wiecie, jak trudno w Polsce być osobą, która ma pasję? Czy wiecie, jak trudno w Polsce być osobą, która ma pasję i ma odwagę z tej pasji zrobić swoje życie? W hipernormatywnej, monochromatycznej Polsce każda barwna społeczność skupiona wokół jakiejś oddolnej mikrokultury muzycznej to prawdziwy skarb. Gdyby nie wysiłki niezależnych wydawców, dziesiątki utalentowanych twórców i twórczyń popadłoby w zapomnienie. Praca tych wydawców to tworzenie archiwum działań i dzieł, które, znajdując się na marginesie z punktu widzenia “wielkiego kapitału” i bajdurzenia o “wielkiej sławie”, często są ciekawym, niejednorodnym, bezkompromisowym, nieutemperowanym głosem całkiem dużo mówiącym o otaczającej nas rzeczywistości. Ogromnym szacunkiem darzę wszystkie osoby, które działają na lokalnym gruncie, w swoich małych miastach toczą codzienne wojny z urzędnikami o to, by zachować resztki organicznej kultury na tej wielkiej wypalonej narodowym słońcem pustyni zwanej Polską. 

 

2021 nauczył nas też, że kultura techno nie zbawi świata, a tańcząc pod wpływem MDMA nie wywołamy żadnej rewolucji. Organizację nielegalnych rave’ów w szczycie pandemii uważam za jeden z bardziej haniebnych epizodów polskiej kultury niezależnej. Z litości nie podam nazw klubów i imion promotorów. Mogłabym ponarzekać sobie teraz na braki w edukacji muzycznej, niedostatki w krytyce, brak finansowania, małą publiczność, albo na to, jak Spotify niszczy kulturę muzyczną, a my to bagatelizujemy w imię wygody, ale nie chce mi się narzekać.  Chciałabym za to podziękować wszystkim, którzy mimo pandemii i mimo postępującej faszyzacji życia codziennego cały czas w zgodzie ze sobą tworzą ciekawe, nieoczywiste, wybijające z letargu umysłowego dźwięki. Dzięki Wam jakoś daje się żyć w tym cholernym kraju i odpychać myśl o emigracji na dalszy plan. Dziękuję!

 

Poniżej znajdziecie subiektywny wybór wydawnictw, które przykuły moją uwagę w 2021 roku. 

 

 

Spalarnia  "Królestwo"  (Dym)

  

  

Martynka Basta “Making Eye Contact With Solitude” (Warm Winters Ltd.)

 

Wojtek Kurek “Buoyancy” (Pawlacz Perski)

 

 

anatol “ana” (enjoy life)

 

 

Rafał Ryterski “Tears are the diamonds of the soul” (BAS)

​​

 

 

Krenz “Reborn” (Astrophone)

 

TONFA “Klątwa” LP

 

 

Kevin Murf “All Inclusive” (Grid Records)

Mchy i Porosty “Pastapoland OST” (Heimat Der Katastrophe)

Samutek “Skamielina” (Alicja)

jśa “Enter my house” (Genome 6.66Mbp)

Akwizgram “Zamek 2” (enjoy life)

Dola “Czasy” (Widno Records)

Antonina Nowacka “Vocal Sketches From Oaxaca” (Cafe OTO)

Zaumne “Élévation” ((Mondoj))

Błoto “Kwasy i zasady” (Astigmatic Records)

Lotus Reaction “Clearance” (Audile Snow)

Micromelancolié “Sufi Whirling” (Szara Reneta)

Mirt “Snow and trains” (Saamleng)

Ostrowski “WoKa. Vol. 1”  (Brutality Garden)

Paulina Owczarek | Aleksander Wnuk “Komentarz eufemistyczny” (Antenna Non Grata)

Lutto Lento “Legendo” (Haunter Records)

Rafael “King Of Nothing” (система | system)

Razmiel “YAIRKU Part 1” (Glamour Label)

3HDSafxri “Smell of water” (Exiles)

Piernikowski “Świat jest jak echo OST” (Pointless Geometry)

Maciej Wirmański “Pokaz nowej i zadziwiającej muzyki elektronicznej w pustej sali balowej opuszczonego starego hotelu"

 

 

 Justyna Banaszczyk aka FOQL - artystka działająca w obrębie eksperymentalnej muzyki elektronicznej i około~tanecznej, a także twórczyni słuchowisk, muzyki filmowej, teatralnej i muzyki do gier. W jej utworach pobrzmiewają echa IDM-u i industrialu, ale najważniejszym czynnikiem jest rytmiczna i brzmieniowa inwencja oraz ciągła eksperymentacja, co ma odzwierciedlenie w jej występach na żywo, które w dużej mierze są improwizowane. Współtworzy również noise’owy duet z performerką i artystką dźwiękową Edką Jarząb. Czasem sięga po gramofony i magnetofony czterośladowe, by jako Głupiec grać kolaże dźwiękowe i mixtape’y. Bardzo aktywnie współtworzyła grupę Oramics (2017-2019), która za cel obrała promowanie równości i działalność edukacyjną na scenie elektronicznej i klubowej. Jednym z największych sukcesów kolektywu było wydanie charytatywnej składanki „Total Solidarity”, która trafiła do mediów na całym świecie. Współzałożycielka Radia Kapitał. Współprowadzi kasetową wytwórnię Pointless Geometry, która wydaje eksperymentalną muzykę elektroniczną. Artystka SHAPE Platform 2020 – międzynarodowej instytucji promującej wybranych artystów z Europy.  www.soundsfoolish.com

 

****

 Ilustracje: GRA-FIKA