Marcin Polak: Porozmawiajmy, jak Bałuciarz z Bałuciarzem. Ostatnio często to podkreślasz – swoją bałuckość czy łódzkość, a przecież nie jesteś stąd. Tak Cię oczarowało to miejsce? Wiem, że propozycje studiowania i pracy w Londynie lub Antwerpii raczej nie wzbudzają Twojego entuzjazmu.
Tomasz Armada: W Łodzi mieszkam od czterech lat, ale czuję się tutaj, jak w przeskalowanej wersji mojej rodzinnej miejscowości – Końskich. Te miasta są do siebie pod wieloma względami podobne. Oba są ofiarami zmian systemowych. W obu występują poprzemysłowe rudery. Łączą je też absurdy architektoniczne. W moim rodzinnym mieście w 1825 roku wybudowano Oranżerię Egipską, w niszach której znajdują się kilkumetrowe posągi faraonów.
Wydaje mi się też, że mam łódzki styl i sposób bycia. Mentalnie bliżej mi do przedstawicieli łódzkiego marginesu społecznego, przesiadujących pod nocnym, do chytrych pań sprzedających na Rynku Bałuckim i do cwaniaków osiedlowych niż do ludzi z mentalnej Warszawki, przez wielkie "ĄĘ".
Zadomowiłem się w Łodzi. A nawet czuję się w niej lepiej niż w domu, bo tutaj łatwiej zachować anonimowość.
Nie chciałbyś czasem pomieszkać i porobić coś gdzieś indziej?
Nie, chyba że zabierze mnie stąd mój Dom Mody. Ludzie często mówią mi, że powinienem stąd wyjechać ZA GRANICĘ, że tu się marnuję, że TAM jest lepiej, łatwiej, że tam by mnie pokochali. Wolałbym usłyszeć: "spierdalaj stąd" w bardziej bezpośredni sposób.
Kiedy wyjeżdżam na mityczny Zachód, już po kilku chwilach wariuję. W nowoczesnych metropoliach czuję się jak w więzieniu o wyższym standardzie. Naprawdę wolę mieszkać w miejscu, w którym istnieje ryzyko, że cegła spadnie mi na głowę. Czuję się bardziej komfortowo tutaj, gdzie design i architektura są na poziomie państw trzeciego świata. Łódź daje przestrzeń do myślenia, to miasto żyje. Ludzie nie wtapiają się w masę, rozmawiają ze sobą, zwracają na siebie uwagę.
Mam wrażenie, że w naszych głowach panuje paranoja. Od ciągłych narzekań, jak to w Polsce nic nie ma, a już na pewno zainteresowania sztuką i projektowaniem, więdną mi uszy. Tak naprawdę to jest proste. Gdyby każda osoba, mówiąca mi, że za granicą byłbym doceniony, sama to zrobiła i coś ode mnie kupiła, przestałbym być biedakiem-studenciakiem.
Męczy mnie słuchanie odklejonych rozmów w stylu: "warstwy niższe są takie niewyedukowane". Najsmutniejsze, że mówią to ludzie, którzy tworzą tu kulturę, modę. I nie kiwną palcem, aby cokolwiek zmienić, wykroczyć poza swoje strefy komfortu i kręgi wzajemnej adoracji. Jesteśmy wschodzącym i trudnym rynkiem, to prawda. Ale, według mnie, mówienie takich rzeczy to ignorancja. Niedawno zostałem zaproszony do udziału w Fashion Stage Openera – miałem tam pokazy i stoisko. Przychodziło od groma ludzi rozczarowanych modą, serwowaną przez projektantów masowo szyjących streetwear z czarnej, szarej i białej dresówki. Zahukany przez kilkuletnie słuchanie gadek o tym, jak w Polsce jest koszmarnie, byłem w szoku, bo moje projekty cieszyły się powodzeniem, jak świnia na odpuście.
Śmiejesz się z Kacpra, nazywanego „nadzieją polskiej fotografii”, a sam nie jesteś lepszy (lub gorszy :) – słyszałem opinie wykładowców ASP, że jesteś „wielką nadzieją szkoły”.
Nic mi na ten temat nie wiadomo. Nie czuję się nadzieją tej szkoły. Szczególnie w tym roku – nie byłem przykładnym studentem, skoncentrowałem się na pobocznych projektach i przez to trochę zawaliłem ASP. Wszystko, co robię, to wynik moich własnych poszukiwań – w odniesieniu do wiedzy, jaką dała mi szkoła. Gdybym był przykładnym uczniem, nie uszyłbym dotychczasowych kolekcji.
À propos szkoły, można się tam czegoś nauczyć? Wydział mody jest chyba akurat silną stroną tej uczelni?
Jeżeli chodzi o projektowanie, szkoła ma ogromny potencjał. Bardzo dużo się tutaj nauczyłem. Nie utrudniano mi życia. W ASP pracuje wielu wykwalifikowanych specjalistów – szczególnie, jeśli chodzi o zaplecze technologiczne. Mamy najlepszą w Polsce konstruktorkę, mgr Annę Lejpold, która wie wszystko o konstrukcji, tkaninach i o przemyśle odzieżowym. Wydział, na którym studiuję, jest ważny dla szkoły. Ale pieniądze nie są inwestowane w odpowiedni sposób. Kilka lat temu zakupiono kilkadziesiąt suszarek do włosów. Jedna z nich została użyta po raz pierwszy w tym roku. Robiono z tej okazji pamiątkowe zdjęcia. Wyrzuca się pieniądze w błoto, zamiast inwestować w nowe maszyny czy zwiększanie etatów.
Łódzka ASP jest jedyną w Polsce szkołą, która nadaje tytuł magistra i doktora w dziedzinie projektowania ubioru. Ale nie można wciąż na tym jechać i przy każdej okazji wspominać łańcuszek absolwentów sprzed lat: Paprocki, Brzozowski, Jemioł itd. Nie wiem, czy jest się czym chwalić.
Wciąż powstają nowe szkoły designu w Polsce, które, jeśli tak dalej pójdzie, pożrą nas. A kadra naszej szkoły nie reaguje. Promocja leży i kwiczy.
Dopiero podczas naszej rozmowy dowiedziałem się, że niedawno rozdzieliły się katedry mody i malarstwa. Z jednej strony, to logiczne, ale gdyby się nad tym głębiej zastanowić, takie połączenie ma sens – sprawia, że student ma szersze horyzonty i w swojej pracy twórczej uwzględnia więcej aspektów. Czy katedra mody nie stanie się miejscem kształcącym wybitnych rzemieślników, a nie artystów? Ty sam malujesz, miałeś niedawno wystawę…
Wydaje mi się, że pierwotne założenia tej szkoły dawno się zatarły. Kadra, szczególnie plastyczna, nie zmienia zadań od kilkudziesięciu lat. Trochę uogólnię, może niesprawiedliwie, ale mam wrażenie, że uczelnia, pod względem artystycznym, zrobiła z siebie prowincję. Wystawy są robione tylko u siebie i dla siebie. Lekceważy się szerszy kontekst. Strzemiński od dłuższego czasu przewraca się w grobie, a może nawet już się tam kręci.
W kwestii mojego malarstwa – wolę robić ubrania. W malarstwie nie jestem dobry, nie mam warsztatu. Myślę raczej kształtem i rysunkiem, nie kolorem.
Jak sądzisz, skąd się bierze moda, jakie są jej źródła? Czy tylko Paryż, Londyn, NY i Mediolan? Naszymi gustami rządzą kreatorzy ze światowych stolic mody, czy może raczej managerowie z chińskich fabryk?
Moda jest ustalana przez wielkie platformy, prognozujące trendy na najbliższe cztery sezony. Podane są tam kolory w pantone, zraportowane wzory tkanin i druków, rysunki pożądanych wykrojów. Wygląda na to, że niedługo instytucja projektanta w przemyśle nie będzie nikomu potrzebna. Już teraz modne kolekcje mogłyby powstawać w oparciu o odpowiednie algorytmy.
Patrząc na nasze ulice, czasami mam wrażenie, że raczej w głowach polityków, niż kreatorów mody...
Kreatorzy mody w dzisiejszych czasach zbliżyli się do polityków, szczególnie naszych rodzimych. Tak, jak Kaczyński buduje swój polityczny kapitał, korzystając ze wzburzonych nastrojów społecznych i odgrzewa kotleta nacjonalizmu, tak projektanci, którzy są teraz przy głosie, na przykład Gvasalia i Rubchinskiy, odgrzewają kolejne kotlety, spychając modę w streetwearowy eklektyzm, inspirowany przeszłymi latami, na zmianę: 90-tymi, 2000, 80-tymi itd., przeeksplatowanymi mieszankami subkultur i stylów. Tym samym, zawracają rozwój ludzkości. Oni są większymi szkodnikami niż ludzie, ubierający się w odzież patriotyczną, ponieważ to właśnie ci projektanci nadają ton zjawiskom na całym świecie i wybierają obszar zainteresowań dla innych twórców. Są bardzo wpływowi, ale, zamiast kierować swój design w stronę szukania pożytecznych rozwiązań dla ludzi czy pracy nad nowymi technologiami, serwują odbiorcom mody, znudzonym paryskim glamourem, wariacje na temat tego, jak wyglądać hardkorowo, "z dystansem", jak lump z Europy Środkowowschodniej. To stworzony na nowo kod pretensjonalności, pełen hipokryzji.
À propos, Kacper się do tego nie przyznał, ale z doświadczenia wiem, że każdy, nawet mały, odchył od normy w naszym ubiorze powoduje zakłopotanie, czy wręcz agresję. Nie ubieram się specjalnie dziwnie, ale ostatnio, kiedy większość, powiedzmy „kreatywnych”, mieszkańców miasta wyjechała na majówkę, na Piotrkowskiej zaczepił mnie „normalny” facet, który do swoich towarzyszek powiedział: „patrz na tego dziwoląga”. Spytałem go, czy jest pierwszy raz w mieście, akurat nie wyglądał groźnie, ale czasami strach chodzić po ulicach w kolorowych skarpetkach, czy ubranym na czarno...
Ponoć w Polsce każdy dobrze ubrany facet to gej...
Nie wiem, co to znaczy, dobrze ubrany. Tak samo nie rozumiem ludzi, manifestujących swoją męskość za pomocą stwierdzeń: "nie znam się na modzie". Ubrania dotyczą każdego z nas. Każdy wybiera dany t-shirt czy skarpetki po to, aby osiągnąć jakiś cel. To najłatwiejszy sposób, w jaki można dać światu komunikat albo celowo go nie dawać – przebrać się "jak każdy", aby zmieszać się z tłumem.
Miarą bycia chłopem jest to, "im mniej znasz się na kolorach". A to właśnie najbardziej "męscy" panowie mają najwięcej do powiedzenia na temat tego, jak się ubieram. Czasami mam wrażenie, że doskonale sprawdziliby się w roli popularnych stylistek i „bjuti kołczów”, których znamy z telewizji. Wielokrotnie doradzają mi: „idź się przebrać", „ubierz się, jak człowiek!!!". Ostatnio, w reakcji na to, ciągle zadaję pytanie: „jest pan stylistą, znawcą mody, aby mnie oceniać?”. Na tym „rozmowa” się urywa.
W Łodzi nie ma już wielkich zakładów włókienniczych. Jest za to mnóstwo małych zakładów, firm rodzinnych. Mamy też mnóstwo lumpeksów. Z jednej strony, przyczynia się to do tego, że kupujemy mniej ciuchów w sklepach, także tych uszytych w Polsce. Z drugiej strony, ma to dobre skutki społeczne – za 10 zł można ubrać się od stóp do głów. I to ubrać się dobrze, w rzeczy z porządnych materiałów, takie, które nie zmienią rozmiaru po jednym praniu. W tym, co robisz, wykorzystujesz ciuchy z lumpeksów – to ze względów praktycznych, czy bardziej nostalgicznych?
Od eksperymentowania z tego typu ubraniami rozpocząłem swoją przygodę z szyciem. Zdarzało mi się znajdować całą serię, na przykład bluz dziecięcych. Potem komponowałem z nich całe ubiory, robiąc z kilku bluzek spodnie, a z kilkunastu – suknię. Szukałem odmiennych zastosowań dla ubiorów, na przykład, nogawki spodni przeszywając na rękawy. To był mój sposób na projektowanie. Nie chciałem, jak inni, powielać gotowych wzorów z burdy, zmieniając jedynie elementy – robiąc asymetrię i, co gorsza, dekonstrukcję – tu i tam kieszonkę z frędzlami, nabiciem oczka w kilku miejscach.
To też mój manifest przeciwko kolegom z ASP, którzy wiele czasu spędzają na rozmowach: kto więcej wydał na swoje materiały i na szycie ich przez krawcową. Ja wszystko szyję własnymi rękami. Obawiam się, że nie ma krawcowej, która podjęłaby się tych realizacji. Na swoje kolekcje wydaję grosze. A oni duże pieniądze, których nie mam. Dla mnie takie ograniczenia są bardziej inspirujące. Im więcej mam pieniędzy i możliwości, tym bardziej się rozdrabniam i udziwniam.
Masz wizję tego, co chciałbyś robić po szkole? Pracować w korpo i zarabiać na swoje hobby, czyli projektowanie odpałowych ciuchów? A może stworzyć własną markę? Czy jeszcze coś innego? To chyba jednak „ciężki kawałek chleba” (tylko dla zdeterminowanych:)? Szczególnie, jeśli nie jest dla Ciebie najważniejszy mainstream i celebryci…
Moim marzeniem jest znalezienie źródła dochodu, które pozwoliłoby mi kontynuować poszukiwania w ubiorze. Nie wiem jeszcze, czy to będzie praca dla kogoś, czy produkowanie ubrań sprzedażowych, ale nie wyobrażam sobie robić to samemu na większą skalę. Chcę żyć, mieć czas na to, aby spędzać go z moimi inspirującymi domownikami i przyjaciółmi. Albo żeby robić pranie, myć kible, kupować warzywa na Bałuckim Rynku, chodzić po lumpach i po całej Łodzi.
W ostatnich „Wysokich Obcasach” jest tekst o gościu, który od pracy w korpo dostał „modowstrętu”. Z tego powodu szukał nawet pomocy u znachora i księdza. W końcu otworzył swoją małą działalność, z projektami „zrób to sam”, nastawioną na bezpośredni kontakt z odbiorcą i bardzo indywidualne rozumienie mody. Może to jest dobry kierunek?
To bardzo prawdopodobny kierunek dla mnie…
Opowiedz o swojej kolekcji dyplomowej.
Nieskromnie stwierdzę, że o mojej kolekcji można by napisać książkę. Niestety, sam w skrócie nie potrafię powiedzieć o niej nic mądrego. Zawarłem tam tak wiele wątków, że sam się w nich pogubiłem: iluzje przestrzeni, kiczowate wzory opartowe, tureckie i irańskie konstrukcje z XVII wieku, konstrukcje ubiorów sarmackich z tego samego okresu, koce z Bałuckiego Rynku, dodatki krawieckie z Ukrainy i Chin, wspomniane ubrania z lumpeksów, obrusy z Dukata, kradzione i najtańsze materiały, których nikt nie chciał kupić od początku istnienia sklepów, a nawet pocięte ubrania innych projektantów. Siksa napisała o mojej kolekcji piosenkę. Czy ktoś się jeszcze może poszczycić takim zaszczytem?
Nie ma co ukrywać, że Centrum Taniej Sztuki w Galerii Czynnej było hitem Festiwalu Brzask Brzask. Nie tylko artystycznym, ale i komercyjnym, w takim społecznym znaczeniu. Sprzedaliście około 300 prac i, co cieszy mnie najbardziej, sporo z nich trafiło do ludzi, na co dzień niezainteresowanych sztuką.
Skala akcji przekroczyła nasze założenia. "Handlowaliśmy" przez dwa dni, po dwie godziny i zebraliśmy ponad tysiąc złotych. Koszty prac na wagę wahały się od 50 groszy za rysunek do kilku złotych za obraz. Wydaje mi się, że mogliśmy sprzedać ich nawet więcej.
To był interesujący eksperyment. Ale mam mieszane uczucia. Cel został osiągnięty i ciągle się zastanawiamy, na ile to sukces, a na ile porażka, nie tylko nasza. Przychodziło wielu ludzi, których byłoby stać na kupienie nieuszkodzonych wersji zdjęć, rysunków czy grafik po cenie normalnej, a nie tak upokarzającej dla twórców. Wychodzili z siatami wypełnionymi "odpadkami" po twórczości naszej i naszych znajomych. Tylko u niektórych rodziły się wątpliwości i chcieli nam wmusić więcej, niż pokazał przelicznik wagi. No ale rzeczywiście, większość z tych prac nie było nic warte. Chcieliśmy tą akcją zasygnalizować nadprodukcję "artefaktów".
Pozwolisz, że nie do końca się z Tobą zgodzę, przynajmniej w kwestii jakości prac. Oprócz typowych studenckich martwych natur, szkicowanych ołówkiem, było sporo fajnych rzeczy. Z drugiej strony, masz rację, bo nawet sam zastanawiałem się przed otwarciem Centrum, czy nie wysupłać z 30 złotych na zakup kilkunastu prac, wolałem jednak tę przyjemność zostawić innym. A rynek sztuki czy status ekonomiczny artystów to temat na inną rozmowę…
Dla mnie najważniejszy był fakt, że w większości odwiedzali nas przychodnie, zachęceni przeszłością i znanym kontekstem tego miejsca. Wybierali to, co naprawdę im się podobało. Nie czuli się niczym skrępowani, nie musieli zastanawiać się nad tym, jak należy się zachować, czego nie wypada wybrać. Oni na co dzień unikają galerii sztuki i wcale im się nie dziwię. W moim odczuciu, atmosfera wernisaży i hermetycznych środowisk artystycznych w ogóle nie sprzyja temu, aby interesować się sztuką, odbierać ją z przyjemnością. Też odechciewa mi się sztuki, kiedy jest przekrzykiwana tekstami kuratorskimi i „mądrymi” słowami.
W wywiadzie z organizatorami festiwalu Blask Brzask pytałem o zainteresowanie tą imprezą ze strony kolekcjonerów czy galerzystów. Nie widzieliśmy chyba ich zbyt wielu z nich na festiwalu. Wychodzi na to, że to wy spełniliście taką rolę, może nawet zagraliście im na nosie, tworząc alternatywny obieg Sztuki ;)
Chcielibyśmy kiedyś dotrzeć do wszystkich naszych klientów i zobaczyć, w jaki sposób i w jakim otoczeniu nasz towar został wyeksponowany.
Mieliśmy sporo pytań o kolejne odsłony CTSZ. Może tak, jak Sarah Lucas i Tracey Emin, które założyły The Shop – niezależną instytucję, będącą równocześnie pracownią, galerią, sklepem z tanią sztuką oraz miejscem spotkań i środowiskowych prywatek, pomyślicie/pomyślimy o takim miejscu na stałe? Do tego jakiś Armani od Armady i życie staje się piękniejsze. Sztuka, zabawa, dobre ciuchy. I na dodatek wypełniona luka na rynku sztuki i mody.
Nie chcemy już nigdy powtarzać tej akcji. To było z założenia jednorazowe. Nasze temperamenty nie pozwoliłyby na to, aby odcinać kupony od jednego pomysłu. To nie w naszym stylu.
Nigdy nie mów nigdy, sprawiliście, że "zwykli śmiertelnicy" zainteresowali się sztuką, przynajmniej taką dekoracyjną. Może teraz będą chcieli więcej, ale może tym oczekiwaniom sprostają już inni artyści. Wracając do tego mniej optymistycznego aspektu sztuki za grosze, może dobrym sposobem na mozolne tworzenie rynku sztuki i zainteresowanie ową sztuką przeciętnego Kowalskiego byłyby kolejne edycje z coraz większymi (ale dalej przystępnymi) cenami?
Chętnie przekażemy pałeczkę komuś bardziej kompetentnemu w tej dziedzinie. My chcemy sobie spokojnie porobić kolejne wystawy.
A jakie kolejne atrakcje szykuje nam Dom Mody Limanka?
Szykujemy wiele rzeczy. Pracujemy głównie nad swoimi własnymi projektami, ale co jakiś czas zdarza nam się robić coś razem. Niedługo zorganizujemy z Coco "Exluzywny Wintydż Showroom" – chcemy pozbyć się naszych rzeczy, które tylko zalegają w szafach. Mamy do wydania kilkaset książek, gazet, ubrań, butów i sprzętów. Niedługo rozpoczniemy "kampanię reklamową", będziemy fotografować się z tymi rzeczami. Nie ma to znamion akcji artystycznej. Po prostu chcemy zwolnić trochę miejsca w domu.
Planujemy też parę wystaw u nas na chacie – odnoszących się do przeszłości naszego mieszkania. Będziemy, jak dotychczas, robić wystawy w innych miastach. Bardzo chcemy sfinalizować jeden z projektów Kacpra – o alternatywnej wizji Polski. Ostatnio zostaliśmy poproszeni o to, aby zaprojektować wnętrze jednej z łódzkich knajp, sąsiadujących z naszym Domem Mody. A we wrześniu w Łodzi, podczas trzeciej edycji Domoffonu, powtórzę swój pokaz. Dom Mody Limanka to nieustająca karuzela wrażeń.
Dziękuję za rozmowę
Tomasz Armada (ur. 1994, Końskie) Haute Coture Bałuty. Student projektowania ubioru na ASP w Łodzi. Członek Domu Mody Limanka. Zajmuje się rysunkiem, drukiem, projektowaniem ubiorów unikatowych, w których eksperymentuje z formą i konstrukcją.
fot. Marcin Polak