Drzew coraz mniej, betonu coraz więcej, ale za to Galeria znowu Czynna. Tym razem  tworzące ten partyzancki i parainstytucjonalny twór trio: Łukasz Ogórek, Marcin Polak i Tomek Załuski, postanowiło pokazać światu pracę dyplomową Marty Krześlak, obecnie już absolwentki łódzkiej ASP. Od ostatniego organizowanego przez nich wydarzenia minęło przeszło osiem miesięcy, ale trzeba przyznać, że było na co czekać.

 

Dotychczasowy dorobek artystyczny Krześlak wskazuje nie tylko na jej wszechstronność, ale również na niezwykłą wrażliwość w stosunku do świata. Te stwierdzenia mogą wydawać się nieco wyświechtane (i być może w istocie takie są), ale brak mi lepszych słów, żeby opisać to, jak przez swoją twórczość Marta zjednuje sobie stale powiększające się grono fanek i fanów.Tworzona przez nią w podłódzkiej Grabinie sztuka dosłownie obezwładnia odbiorców ładunkiem empatiiW zeszłorocznej instalacji przy Placu Wolności Marta zapewniała, że ,,Wszystko się ułoży” (link), w ramach festiwalu Blask Brzask (projekt powstały również we współpracy z Galerią Czynną - link) naświetlała w skonstruowanym przez siebie ,,Solarium” odwiedzających Centrum Taniej Sztuki. W WI-MIe zaprezentowała projekt ,,Ruiny moich marzeń”, które - jak się okazało - nie były tylko jej marzeniami.

 

„Ruiny moich marzeń” umieszczono na drugim piętrze jednego z budynków kompleksu WI-MA. Wchodzących do pofabrycznej przestrzeni witał niosący się po niej śpiew, który początkowo był dość trudny do zidentyfikowania. Gdy kroczyło się jednak dalej i kierowało w stronę falującego z lekka obiektu – ogromnego dmuchanego zamku z motywami zaczerpniętymi z filmów Disney'a – miało się wrażenie, że nęcąca melodia brzmi bardziej znajomo. Rozpoznanie w niej utworu Beaty Kozidrak z filmu ,,W pustyni i w puszczy” okazało się jednak sukcesem połowicznym, gdyż dopiero odkrycie, że dochodzący z głośników wokal należy do Marty, symbolicznie rozpoczęło przemarsz po ruinach marzeń. Ustawiony na tyłach wielkiej hali stary, wyblakły od słońca, dmuchany zamek być może nie ginął w rozległej przestrzeni, ale znacząco tracił na swojej monumentalności. Wpisany w pofabryczną architekturę, obiekt stał się zaledwie niewielką częścią tego istnego krajobrazu antropocenu. Historia sztuki zakwalifikowałaby tę pracę jako instalację performatywną, co z pewnością brzmi dumnie, niemniej pozostawia pewien niedosyt. Obserwując to, jak ochoczo przybyła tego piątkowego wieczoru gawiedź eksplorowała sytuację stworzoną przez Martę, mam nieodparte wrażenie, że chłodny naukowy żargon nie oddaje w pełni wygenerowanego przez nią ładunku emocjonalnego.

 

Praca Marty Krześlak ruiny moich marzen  

Tym, co Krześlak robi brawurowo jest właśnie aranżowanie konkretnych sytuacji: do relaksu, do przemyśleń czy do zadawania pytań - również tych bez odpowiedzi. Artystka nie stawia żadnych wymagań wstępnych, chodzi jej tylko o pewien moment zawieszenia, chwilowego zatrzymania codziennego pędu. Mimo iż tytuł ,,Ruiny moich marzeń” wskazuje na personalny charakter dzieła, to jednak uniwersalność wykreowanej przez Martę sytuacji była uderzająca. Zróżnicowana pod względem wieku widownia tylko tę obserwację potwierdziła. Na twarzach zebranych w WI-MIe ludzi można było ujrzeć całe spektrum emocji, jakie wyzwalała konfrontacja z instalacją artystki. Zaczęło się nieco nieśmiało: padały pytania czy w ogóle można wejść do środka. Później, jakby ośmieleni przez zapętloną ,,Rzekę marzeń”, widzowie i widzki rozpoczynali zwiedzanie uginającego się pod nimi (celowo nie napompowanego do końca) zamku. Niektórzy z dużą nieufnością stawiali w nim pierwsze kroki. Z czasem nabierali większej śmiałości, przypominając sobie, że w zasadzie już to kiedyś robili. Na twarzach innych widoczny był moment konsternacji i przerażenia tym, co widzą. Kontrapunktował to jednak widok założycieli Czynnej i kuratorów wystawy, hasających beztrosko wśród pokrytych grubą warstwą kurzu disneyowskich zwierzątek. Wszystkich zwiedzających łączyła chęć zmierzenia się z tą niecodzienną sytuacją. Jednak im dalej w las (w zamek), tym nastroje wydawały się mniej entuzjastyczne. Publiczność zaczął denerwować kurz, niedostosowany do sytuacji ubiór, zadyszka po trzecim okrążeniu i nieco niepokojące spojrzenia znajdujących się w zamku bajkowych postaci. Kiedy chocholi taniec na chwilę ustał, pojawiły się pytania - po co i o czym to wszystko.

 

Prowadzacy Galerię z  Martą Krześlak i jej pracą w tle

 

Znaleziony pod Toruniem „dmuchaniec” posłużył Krześlak w skomunikowaniu się z przeszłością i przyszłością zarazem. Przedmiot ten wyjęty został z idyllicznego krajobrazu dziecinnej beztroski, ale pozostał obarczony wartością sentymentalną i dzięki temu stał się płaszczyzną konfrontacji z wyobrażeniami o przeszłości, nieco zafałszowanymi siłą nostalgii. Podczas pracy przy tym projekcie uwagę Marty przykuła ludzka skłonność do idealizowania minionego czasu, a szczególnie przyczyny tego typu zachowania. Zmaterializowane za pomocą zamku wspomnienia lat dziecięcych początkowo bardziej odstraszały, aniżeli zachęcały do nostalgicznej podróży w przeszłość. Demony przeszłości według Krześlak, pod płaszczykiem niewinnej zabawy, wytworzyły sytuację bezpośredniej, ale też zindywidualizowanej konfrontacji. Każdy mógł spotkać się z przeszłością na własnych warunkach i wyjść z tego spotkania z odmiennym doświadczeniem. Marta, starając się zrekonstruować zepchnięte głęboko w odmęty pamięci chwile, obrazy i dźwięki, dała zebranym możliwość oceny, co z tego typu wspomnień tak naprawdę pozostało i czy jest dzisiaj w ogóle za czym tęsknić. 

 

Praca Marty Krześlak ruiny moich marzen  

Zniewalająca bezpośredniość tego spotkania uczyniła całą sytuację nieco opresyjną. Zderzenie z brudną, odpychającą i niespodziewanie twardą materią „dmuchańca” okazało się nieco bolesne i pozostawiło po sobie uczucie dyskomfortu. Było ono jednak potrzebne, żeby uruchomić kolejne znaczenia, jakie Marta przemyciła w swojej pracy. Niezniszczalność tego rodzaju przedmiotów jest być może nie tyle abstrakcyjna, co niepokojąca. Zamek, będący ucieleśnieniem tych silnie idealizowanych przez nas wspomnień, mimo że finalnie rozczarowuje, dalej pozostaje jedynym namacalnym ich śladem, nośnikiem pamięci o nich.

W rozmowie ze mną Marta wspomniała o spektaklu, który obejrzała kilka dni przed tym, jak objawił się jej pomysł na ten projekt. Chodziło o ,,Karasińską.2118”, marcową premierę Nowego Teatru w Warszawie. Dzień później, oglądając to przedstawienie, wyraźnie odczułam wspólnotę myśli obu autorek. Rzucona mimowolnie przez Martę dygresja otworzyła, nadgryziony zębem czasu, Disney Castle z jeszcze jednej strony. Karasińska w swoim spektaklu kreśli wizję świata za sto lat, wyniszczonego działalnością człowieka, będącego sumą ludzkich (przeważająco złych) decyzji. Reżyserka dopuszcza jednak możliwość, że przyparta do muru ludzkość odwróci bieg wydarzeń, choć nie daje jasnej odpowiedzi, w jaki sposób się to stanie. Jej postapokaliptyczna, lecz paradoksalnie pozostawiająca cień nadziei, wizja krajobrazów antropocenu stała się w moich oczach bliska temu, co ujrzałam niespełna tydzień wcześniej w pracy Marty. Wspólnota myśli Krześlak i Karasińskiej przejawiła się przede wszystkim w olbrzymich pokładach czułości w myśleniu o przyszłości, przy zachowowaniu pełnej świadomości zagrożeń, jakie zgotował dla niej – i dla samego siebie – człowiek. 

 Praca Marty Krześlak ruiny moich marzen

 

W swojej twórczości Krześlak bazuje na rzeczach zastanych, a tym samym – na decyzjach podjętych wcześniej przez kogoś innego. Obserwując przybierające na sile zjawisko nadprodukcji, które w zastraszającym tempie zabija pozostałości krajobrazu naturalnego, Marta buduje z nadwyżkowych obiektów makiety przyszłości. Dając porzuconym przedmiotom drugie życie, udowadnia, że to od człowieka i jego patrzenia na świat zależy, czy coś jest bezużytecznym śmieciem, czy też, na przykład, potencjalnym nośnikiem wypowiedzi artystycznej, nacechowanej emocjonalnie i ideologicznie. Tęsknota za przeszłością jest wynikiem tego, że nie odpowiada nam obraz teraźniejszości, natomiast jedynym, na co mamy dalej realny wpływ, jest przyszłość. Skoro, jak zauważyła to niepisana patronka dyplomu Marty, „nie odnajdzie więcej nas ta sama chwila”, być może nie warto tęsknić za tym co było, ale rzucić wszystkie ręce na pokład i starać się, aby apokaliptyczne wizje przyszłości nie stały się rzeczywistością. Ciągle jest nadzieja, że na ruinach naszych marzeń, na bazie tych wszystkich rzeczy, których nie wyrzuciliśmy, powstanie jeszcze nowy, lepszy świat. Gdzie będzie więcej drzew, mniej betonu, a Czynna będzie częściej czynna. 

 

Natalia Słaboń (rocznik 95) - absolwentka pierwszego stopnia międzynarodowych studiów kulturowych, obecnie kontynuująca naukę na II stopniu kulturoznawstwa.

 

Zdjęcia: Wojtek Bibel, Marta Krześlak z Galerią Czynną: Tomek Ogrodowczyk