O tym w jaki sposób muzeum przypomina korporację, kulturze wolnego dostępu, autorstwie, wizualnym spamie i wróżeniu z kolekcji sztuki rozmawia Kacper Szalecki z Justyną Wierzchowiecką — fotografką i pierwszą rezydentką cyklu Zapisz jako wersję roboczą na Instagramie Muzeum Sztuki w Łodzi.

 

Poznaliśmy się podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie w 2016 roku i już wtedy pracowałaś nad Museum Studies. Czym są tytułowe studia muzealnicze?

Museum Studies to jest taki parasolkowy projekt. Na początku byłam bardzo zainteresowana kolejnymi kolekcjami i muzeami: fotografowałam wnętrza i pracowników, a także przerabiałam graficznie reprodukcje zbiorów. Później muzea stały się wymówką, żeby poprzez kolekcje i moje podejście do nich, opowiadać o zupełnie innych tematach. To są jakby mikroskopijne światy, które mają swoją hierarchię i jakieś wartości. Mają ludzi, którzy je produkują. Teoretycznie mają też jakieś misje — w praktyce bywa różnie. 

 

Jako wieloletni projekt rozwijasz go w różnych odsłonach m.in. Opacity, Emotion Studies, a teraz Archivology. Czy to wynika ze współprac, które podejmujesz z różnymi instytucjami? 

Nie, bardzo rzadko wchodzę z instytucjami w bezpośrednią współpracę. Wbrew pozorom często nie przepadają za moim podejściem do tematu. To zazwyczaj jest wszystko albo nic. Albo instytucji się podoba i są zainteresowani, albo spotkam się z irytacją kustoszy, że rozbijam jakieś “święte” rzeźby.

Rozwój projektu nie miał za bardzo związku z instytucjami, a bardziej z moim życiem. Muzea weszły już jednak w mój wizualny język i dają mi narzędzia do tego, żeby swobodnie się wypowiadać. Był taki czas, że pracowałam w korporacji i wtedy zaczęłam zauważać podobieństwa pomiędzy symboliką korporacyjną, a symboliką np. związaną ze sztuką dawną, jakimiś hierarchiami ważności i świętości. Przykładowo stół obrad, czyli team meetingi z szefem po środku i managerami kolejno. Zawsze to były trochę takie ostatnie wieczerze. Emotion Studies zrobiłam natomiast, kiedy miałam bardzo złamane serce przez beznadziejnego chłopaka i wiesz... wtedy było po prostu emotion studies

Nie wykluczam, że za rok mi się znudzi i nie będę miała już ochoty na pracę z muzeum. Na razie Museum Studies daje mi dużo różnych minitematów. Zarówno pod względem teoretycznym, jak i wizualnym. Otwiera mi drzwi do mówienia o innych rzeczach przez pryzmat instytucji, którą każdy w jakimś tam stopniu zna.

 

dokumentacja ksiazki Museum Studies 1 wyd. Fundacja Sztuk Wizualnych Krakow 2016

 


A jak to wygląda z punktu widzenia praw autorskich? Czy napotkałaś na jakieś przeszkody z nimi związane? Gdy zaczynaliśmy pracę w ramach rezydencji Zapisz jako wersję roboczą na Instagramie Muzeum Sztuki, pytałaś o to, czy są rzeczy, których lepiej nie ruszać. 

Nie miałam nigdy bezpośrednich problemów prawnych, ale też, jak byłam młodsza, zupełnie się tym nie przejmowałam i po prostu kradłam te wszystkie rzeczy z internetu, nikogo nie pytając o zgodę. Reprezentowałam  podejście typu ‘fuck it’. Byłam zła na instytucje, bo nikt nie chciał ze mną współpracować. Stwierdziłam więc, że mam to w dupie i sama sobie to wszystko wezmę z internetu — w końcu do tego on służy. Teraz jak pracuję, to trochę bardziej zwracam na to uwagę. Przede wszystkim staram się, żeby to, co biorę z sieci stało się w mojej pracy nierozpoznawalne. I wtedy na mocy twórczości mam do tego prawa. Czasami korzystam z open sourców instytucjonalnych. Dotychczas nie miałam prawnych problemów, ale oczywiście spotkałam ludzi, którym się to nie podobało.

 

A czy Ty jesteś przywiązana do kwestii autorstwa? 

Zupełnie nie. To musi działać też w drugą stronę. Moja praca funkcjonuje na zasadach wolnego dostępu. Nie obraziłabym się, gdyby ktoś sobie wydrukował i powiesił na ścianie moje prace. Zakładam, że od momentu wrzucenia czegoś do sieci, w jakiś sposób przestaje to być Twoją własnością. Uważam, że kultura  należy do nas wszystkich, że nie należy do kogoś konkretnego. Tyczy się to zwłaszcza rzeczy znajdujących się w instytucjach publicznych. Samo już nazywanie dzieł często jest zawłaszczeniem, szczególnie jeśli chodzi o muzea sztuki dawnej i archeologiczne, których zbiory zazwyczaj wiążą się ze złodziejstwem albo kolonizacją — przynajmniej w części Europy, w której ja mieszkam. Nie mam więc zupełnie żadnych wyrzutów sumienia i uważam, że bardziej to należy do mnie i do ciebie, niż do tych wszystkich luwrów i tym podobnych. W drugą stronę też to działa. Ja się nie obrażę, jeśli ktoś chciałby przerabiać moje zdjęcia, nawet bym się ucieszyła. 

 

Traktujesz obrazy zgromadzone na serwerach muzeum jako własne. Powołujesz się też na grabieżczą historię niektórych zbiorów.  

3. Archiwologia Kobieta

To jest bardzo demokratyczne. Ja mam takie samo prawo do korzystania z tych dzieł jak ktoś mieszkający gdziekolwiek indziej na świecie z dostępem do internetu. Dlatego też zajmuję się fotografią, bo uważam, że jest to medium stosunkowo demokratyczne. Z pewnością nie cały świat, ale większość ma do niego dostęp.

 

Ciekawi mnie, jak zasysasz obrazy. Na początku nie wszystko było dla mnie czytelne w tych przerobionych już fotografiach —  między innymi, to czego użyłaś. Niektóre rzeczy tak powyginałaś, że stały się widmami tych obiektów. Przypomniało mi się, jak wspominałaś, że dla Ciebie te reprodukcje nie posiadają żadnych hierarchii —  że traktujesz je czysto wizualnie. 

To że ja mówię, że dla mnie nie ma znaczenia wartość artystyczna dzieła, to tyczy się mojej pracy. Oczywiście mam swoje prywatne preferencje i są w sztuce rzeczy, które lubię bardziej lub mniej.

 

 

 

8. Archiwologia Lewek

 

Dlatego też zajmuję się fotografią, bo uważam, że jest to medium stosunkowo demokratyczne. Z pewnością nie cały świat, ale większość ma do niego dostęp.


Gdy przyglądałem się tej grafice z rzeźbą Kobro, fragmentem obrazu Strzemińskiego i porcelanowa figurka z jednorożcem, przypomniał mi się wstęp Przybosia do Teorii widzenia
Strzemińskiego, w którym opisuje obraz unistyczny. Porównuje go do takiej sytuacji, w której wyglądasz przez okno pociągu i na twoje oko oddziałują ciągle zmieniające się krajobrazy. W tym czasie wyświetlają się na twojej siatkówce, po czym zaczynają się na siebie nakładać, aż w końcu sumują w jeden płaski obraz. Patrząc na niektóre Twoje prace, miałem właśnie takie wrażenie, jakby coś się posklejało. Ta metafora z pociągiem skojarzyła mi się też ze scrollowaniem telefonu, tego że wchłaniamy oczami tyle obrazów.

No coś w tym jest. Wszystko się zlewa zupełnie i miesza. Swoją pracę bardzo łączę z internetem, feedem, scrollowaniem i tym, że tych obrazów jest tyle, że kompletnie topimy się w spamie obrazkowym. I w całym tym spamie są też reprodukcje dzieł muzealnych. Tak samo zapisane i o takim samym cyfrowym statusie. To wszystko się miesza, a potem idziesz do muzeum i wszystko na powrót jest takie białe i czyste. Dodatkowo musisz za to płacić. Ciekawi mnie ten kontrast. Czy fizyczne oglądanie dzieł, będzie miało jeszcze sens? Nie mówię, że nie będzie miało. Bardziej zadaje sobie to pytanie. Kompletna globalizacja już nie tylko ekonomiczna, ale przede wszystkim kulturowa, powoduje, że dużo łatwiej jest odwiedzić muzeum w internecie. I czy to powoduje, że taka wizyta jest mniej ważna? A może właśnie prawdziwsza, bo tak naprawdę odpowiada temu jak żyjemy, a już na pewno teraz w kwarantannie. To wszystko są kwestie które mnie interesują. Co jest prawdziwe? Czy ta cała aura, która się tworzy kiedy oglądasz dzieło na żywo, czy to w ogóle jeszcze jest pytanie które ma dziś jakiś sens? To jest jakiś kompletne flow obrazów które się nieustannie mieszają, dlatego ja też ich nie rozdzielam na ważniejsze i mniej ważne. 

 

Teraz, w sytuacji izolacji, musimy zmierzyć się w większym stopniu, z tym, że nie możemy oglądać wystaw fizycznie. Ja osobiście mam dużą potrzebę obcowania z materialnością obiektów. Ten aspekt, że coś jest zrobione z konkretnych materiałów, które są nośnikami różnych znaczeń, coraz bardziej mi robi. Ale w internecie to się zupełnie wypłaszcza. Taka sama jest fotografia obiektu z metalu, kamienia czy jedwabiu. 

Ja też w życiu mam taką potrzebę. Czytałam ostatnio coś takiego, że w muzeach historii, obiekty są wyrwane zupełnie ze swojego kontekstu. Są postawione na postumencie i oświetlone. Już nie są używane, a jedynie eksponowane. Ta zmiana statusu sprawia, że stają się zupełnie innymi obiektami. I w momencie kiedy się je fotografuje, nawet telefonem, a potem wrzuca do internetu, to znów zmieniają swój status, tym razem na zdjęcie. Ten obiekt, który stoi, który jest wyjęty ze swoje kontekstu, nabiera kolejnego —  znów jest używany.

 dokumentacja wystawy More Than Once Komplot Bruksela 2017

 


Twoja praca podczas rezydencji przyjęła roboczą nazwę Archiwologia. Dlaczego zdecydowałaś się na formę wróżenia? 

Zaczęłam pracę w momencie, kiedy wszyscy poszukujemy sensu w rzeczach. Po jakimś totalnym skoku technokratycznym i ekonomicznym, szukamy znowu odpowiedzi na podstawowe pytania. Przynajmniej w pierwszym świecie i głównie w klasie średniej. Wszystko się zmienia. Nabiera i traci sens. Przed tym, jak zaproponowałeś mi rezydencję, myślałam, że już nie chcę robić sztuki, bo się to nikomu do niczego nie przydaje. Od paru lat wraca też ta cała estetyka new age, moda na horoskopy, taroty, kryształy i starodawne rytuały. 

Złożyło mi się to wszystko w jedną całość, bo te modele new age opierają się bardzo na wizualności: na czytaniu znaków, symboli, cyfr i układów. Gdy zaczęłam oglądać kolekcję muzeum, to bardzo skojarzyło mi się to z takim rodzajem odczytywania. Ja też przeglądałam, doszukiwałam się i próbowałam znaleźć jakieś wspólne mianowniki. Uważam, że takie czytanie dzieł pod kątem zupełnie dowolnej interpretacji, jest równie istotne, co analizowanie dzieł według kryteriów związanych z historią sztuki i zdobytą edukacją. Mam też wrażenie, że środowisko intelektualistów trochę wyśmiewa te ezoteryczne modele, i może to jest taki mój mały bunt przeciwko temu. Sama nie śledzę tych wszystkich rzeczy i nie mają one dużej wagi w moim prywatnym życiu, ale nie widzę wyższości muzeum sztuki nad horoskopami. 

 

 2. Archiwologia Fijalkowski

 


Co więc wyczytałaś z horoskopu Muzeum? 

Nie znam przyszłości, ale w Archiwologii  mówię trochę o tym, co z mojej perspektywy się dzieje, i co wydaje mi się, że się wydarzy. Wróżba została napisana w taki sposób, żeby dało się wyczytać jakąś smutna wiadomość. Nie powiem, żebym w obecnej sytuacji była optymistką. Język, którego używam, jest mocno związany ze słownictwem new age, ale też korzysta z korporacyjnego żargonu. Współczesne modele tych różnych magicznych tematów są kompletnie skomercjalizowane i stworzone głównie po to, żeby zarabiać pieniądze. Interesował mnie kontrast pomiędzy magiczną formą wróżby, jej muzyką, a korpo-językiem. Może to wszystko się wzięło z tego, że czytam ostatnio “Utopię dla Realistów” Rutera Bregmana, która jest o współczesnej ekonomii. Odkąd sama pracowałam w korporacji widzę, jak jej język przenika się także ze słownictwem instytucji artystycznych. 

To wszystko są takie slangi, które mają sprawiać, że wypowiadane treści brzmią, jak jakiś sekretny język — jakiś kod, który musisz złamać, żeby zrozumieć, co się dzieje na świecie.  Całość wróżby też jest trochę takim abstrakcyjnym zaklęciem, bo jak to powiedzieć… to nie jest żadna prawdziwa wróżba, tylko jakieś bla bla, z którego można wyczytać, co przewiduję światu i nam wszystkim. Bla bla bla, jak całe gadanie o sztuce i o kapitalizmie i o wszystkim co nas teraz dotyka.

 

Jest w niej też chyba jakiś rodzaj nadprodukcji treści.

Tak oczywiście — taki wizualny spam.

 

Pomijam zupełnie mój proces twórczy — on zupełnie nie jest tematem mojej sztuki.

 

Czy Twoje używanie gotowych obrazów jest rodzajem strategii wobec ich ciągłego przyrostu?

No ale ja też dalej je produkuję.

 

Ale z trzech gotowych rzeczy kompilujesz jedno. Ostatecznie nie rozstawiasz planu zdjęciowego, żeby zrobić zdjęcia obiektów. Wiadomo, że coś wytwarzasz. Wszyscy mamy trochę związane ręce, bo każdy gest jest obciążony konkretnymi kosztami środowiskowymi. Zapisywanie i przesyłanie plików też zwiększa ślad węglowy. Myślę o ograniczaniu nadprodukcji, bo jest już tyle obrazów, że spokojnie można zająć się tylko nieustającym ich recyklingowaniem. W Twoim wideo np. rysunki Arpa są po prostu ładnym wzorem w tle, nie musisz tego rysować od nowa. Możesz z tego skorzystać i zmniejszyć swój nakład pracy oraz oszczędzić przy tym swoje zasoby i czas.

Odkąd zaczęłam studiować fotografię, korzystam z tej nadprodukcji obrazów i ona jest dla mnie inspirująca. Nie uważam, żeby była czymś złym. Staram się po prostu nie robić rzeczy, które już istnieją. Czasami robię zdjęcia, żeby powiększyć zasób reprodukcji, z których korzystam, ale tego zupełnie nie widać w mojej pracy. Nie ma jakiejś szczególnej różnicy pomiędzy tym, czy oryginalne zdjęcie wykonałam ja, czy znalazłam je w internecie. Ja robię zdjęcia, ktoś inny robi prawie identyczne — czy to ma znaczenie? Nie robię jakiś niesamowitych fotografii, nie rozstawiam studia. Nie zastanawiam się też jakoś bardzo nad swoją stratą energetyczną. Dodatkowo nawet gdybym bardzo chciała, to nie byłabym w stanie zgromadzić samodzielnie wszystkich bazowych zdjęć. Nie jestem nawet w stanie zobaczyć na żywo części prac, z którymi chciałabym pracować. Czasem też nie wolno ich fotografować.

Opowiem Ci anegdotę z moich studiów. Jedna moja koleżanka zaczęła robić cyjanotypie, które przedstawiały jakieś roślinki. Mój profesor ją spytał: “Czemu to robisz, skoro spędzasz cały dzień nad jedną, a dokładnie taki efekt otrzymasz w Photoshopie w pięć minut”. Wszyscy byliśmy tym trochę oburzeni. No jak to, przecież to jest cyjanotypia! Chodzi o proces! Zaczęła się rozmowa o tym, żeby nie robić rzeczy naokoło, jeśli można je zrobić zupełnie wprost, osiągając ten sam efekt. To weszło bardzo mocno do etyki mojej pracy. Pomijam zupełnie mój proces twórczy — on zupełnie nie jest tematem mojej sztuki. Wiem, że dla niektórych artystów jest on kluczowy, ale w moim przypadku to nie ma akurat żadnego znaczenia. Jest to trochę oszczędność mojej energii i nie powielanie tego, co już istnieje, więc można powiedzieć, że staram się ograniczać ilość zdjęć w internecie. Z drugiej strony potem sama dalej coś umieszczam, więc dalej się do tego przyczyniam. 

 

.6. Archiwologia Winiarski

 



Czy to jest związane też z tym, że nie fetyszyzujesz swoich prac? Jako odbitek, gotowych, w pełni skończonych rzeczy. 

Staram się, jestem na to bardzo uczulona. Zwłaszcza w środowisku fotografów...


Co masz na myśli?

Całą tę fiksację na sprzęt, jakość obrazu i wydruk… papier pozłacany. Nie nie nie. Mam z tym problem. A konkretnie z dwiema rzeczami. Pierwszą jest to, że niektórzy fotografowie są zdenerwowani faktem, że fotografia jest taka absolutnie nieluksusowa i że każdy obecnie się uważa za fotografa. Ta arogancja doprowadza mnie do szału! Moja mama np. ma świetnego Instagrama, nazywa się @homeinthepocket i wrzuca tam zdjęcia naszego kota. Naprawdę nie uważam, żeby była mniej fotografką niż ja, mimo tego, że ja mam na to papier i lustrzankę. Jest absolutnie taka tendencja, że fotografowie nie lubią “pseudofotografów” i ktoś jest bardziej fotografem, a ktoś mniej. Moi znajomi po studiach przykładowo obśmiewają fotografów ślubnych. Ja to bym się bardzo ucieszyła, jakby ktoś mnie poprosił o wykonanie sesji ślubnej, bo to jest kupa kasy! Zdjęcie to zdjęcie. I te wszystkie sprzęty... Fotografia nie jest już ekskluzywnym medium, bo każdy ma telefon z aparatem, więc teraz trzeba mieć Leicę za pięć kafli, żeby móc robić zdjęcia. To jest mój pierwszy problem z fotografią. Mój drugi problem to fotografia dokumentalna, która w dużym uproszczeniu jest robiona przez bogatych, białych kolesi z zajebistym sprzętem, którzy jadą do biednych krajów i fotografują tam ludzi. Potem sprzedają te zdjęcia i wydają książki za kupę kasy. Doprowadza mnie to do szału. Oczywiście są też fotografowie dokumentalni, których pracę doceniam i która jest zrobiona z dużym szacunkiem i empatią.

 

Cały ten wątek z odbitkami i fotografią jako obiektem wiąże się z możliwością sprzedaży. W jaki sposób Ty się utrzymujesz jako artystka? Wspominałaś, że pracowałaś w korporacji.

Teraz pracuję w innej firmie produkującej ciuchy, już nie korporacji. Zajmuję się robieniem zdjęć tych ubrań. To jest moje główne źródło utrzymania. Czasem dodatkowo coś mi wpadnie z jakiś projektów artystycznych, ale absolutnie nie byłabym w stanie się z tego utrzymać. Bycie artystką nie jest uważane za zawód, tylko bardziej za hobby. Jak chcesz mieć hobby, to sobie rób po pracy.

 

 2. Archiwologia Kobro

 


Dobra, ostatnie pytanie. Jaka jest Twoja ulubiona praca z kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi?

Trochę mainstremowo pojadę, ale chyba ta rzeźba Kobro (Akt 1). Prawdę mówiąc, Kobro znałam do tej pory tylko z takich rzeźb abstrakcyjnych. Nigdy nie uczyłam się historii sztuki polskiej, więc ta przepiękna figuratywna rzeźba w jej wykonaniu mnie po prostu zwaliła z nóg. To jest moja ulubiona. Byłam nią zahipnotyzowana. 

 

Dzięki za rozmowę

 

Film Archiwologia do obejrzenia tutaj: https://www.instagram.com/tv/B_-fldNHzsA/?utm_source=ig_web_button_share_sheet

 

 ___________________________________   

 

Prace i dokumentajcje:

Zdjęcie głowne: Opacity z cyklu Muzeum Studies, fotografia cyfrowa, 2020

1. Dokumentacja ksiązki Museum Studies #1 , wyd. Fundacja Sztuk Wizualnych, Kraków

2. „Archiwologia” z cyklu Museum Studies, fotografia cyfrowa, 2020. Na podstawie reprodukcji rzeźby „Kobieta siedząca na postumencie”nieznanego artystyz kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi

3. „Archiwologia” z cyklu Musuem Studies, fotografia cyfrowa, 2020 

4. „Archiwologia” z cyklu Museum Studies, fotografia cyfrowa, 2020. Na podstawie reprodukcji pracy Stanisława Fijałkowskiego, „Młody poeta” z kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi

5. „Archiwologia” z cyklu Museum Studies, fotografia cyfrowa, 2020. Na podstawie reprodukcji pracy Ryszarda Winiarskiego, „Obszar 96” z kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi

6. „Archiwologia” z cyklu Museum Studies, fotografia cyfrowa, 2020. Na podstawie reprodukcji pracy Katarzyny Kobro „Akt (1)” z kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi

 

 ___________________________________   

 

Justyna Wierzchowiecka — urodziła się w 1991 roku w Koszalinie. Jest absolwentką ESAD Orleans we Francji i ENSAV La Cambre w Brukseli. Laureatka Show Offa na Miesiącu Fotografii w Krakowie w 2016 roku. Członkini kolektywu fotograficznego GUSH Collective. Autorka projektu „Muzeum Studies”, w ramach którego fotografuje muzealne wnętrza, dzieła i eksponaty, publiczność i pracowników instytucji, muzealne księgarnie i sklepy z gadżetami oraz sięga do materiałów archiwalnych. Zawłaszcza obrazy, aby poddać je zaawansowanej obróbce cyfrowej.
instagram.com/wierzchowiecka

 

 ___________________________________   

 

Kacper Szalecki — artysta wizualny, współtwórca upadłego kolektywu Dom Mody Limanka. Inicjator i opiekun cyklu rezydencji Zapisz jako wersję roboczą na Instagrame Muzeum Sztuki w Łodzi.