Z Łukaszem Jastrubczakiem rozmawia Joanna Szumacher

 

Wytwórnia -Super- właśnie wydała Twoją kasetę zatytułowaną Marzenie. Mógłbyś powiedzieć skąd wziął się taki tytuł?

 

Nie wiem. Pojawił się w taki sam sposób, w jaki pojawiają się relacje dźwiękowe na tej kasecie, czyli intuicyjnie, przypadkowo. 

 

Twoja sztuka jest wielowarstwowa, posługujesz się językiem, do odczytania którego potrzebna jest specjalistyczna wiedza (choćby znajomość popkultury). A co kryje się za wykonywaną przez Ciebie muzyką?
Czy jest ona w podobny sposób relacyjna?

 

Muzyce lubię się oddać. Lubię nie mieć kontroli. Traktuję ją bardziej emocjonalnie niż refleksje na temat sztuki wizualnej. Jako twórca muzyki fascynuję się swobodną intuicyjną współpracą z osobami, z którymi gram. To doświadczenia wyniesione ze współpracy z zespołem Boring Drug: kilkugodzinne improwizacje i wzajemne porozumiewanie się przy pomocy motywów zapożyczonych gdzieś z historii muzyki. Jak gramy utwór, nie wiedząc, co nastąpi za chwilę, fascynujące jest to, jak słyszysz, że np. Tomek Kowalski właśnie skręca w kierunku Can, a rytm Igora Kłaczyńskiego może się kojarzyć z Sade. W mojej indywidualnej praktyce, tej ostatniej, kiedy to zorganizowałem sobie prosty sprzęt do rejestracji moich improwizacji, jest trochę tak, jakbym grał z Boring Drug, pomimo wyprowadzki z Krakowa, tylko właśnie smutniej, bo sam ze sobą muszę wchodzić w dialog. 

 

Rozpisujesz jakieś specjalne partytury do swoich utworów, a może są to całkiem nieustrukturyzowane improwizacje?

 

Improwizacje. Staram się nigdy niczego nie planować. W tym właśnie muzyka wyróżnia się od mojej praktyki na polu sztuk wizualnych, gdzie często mam dużo kwestii zaplanowanych i przemyślanych, rozrysowanych chociażby
w głowie. 

 

Używasz wyłącznie urządzeń elektronicznych, czy też zdarza ci się korzystać z jakiegokolwiek instrumentu akustycznego? 

 

Lubię korzystać z fletu szkolnego. On wydaje taki przyjemny fałsz. 

 

Uczestniczysz w różnorakich przedsięwzięciach muzycznych. Zazwyczaj sam inicjujesz takie działania, niejako stając się ich liderem, czy też dołączasz do istniejących już zespołów? 

 

Nigdy nie jestem liderem, bo w projektach, w których biorę udział, nie ma liderów. I właśnie dlatego biorę w nich udział. Wyjątkiem był zespół Ślina, który to stanowił autorski projekt Romka Dziadkiewicza, a ja dołączyłem do niego jako perkusista. Ale i tak w tym składzie akcent postawiony był na współpracę i dialog, a nie na bycie lub niebycie liderem. Zresztą nie grałem w aż tak wielu zespołach. W szkole średniej, owszem, ale potem znudziło mnie to "przygotowywanie" utworów: „ty grasz tutaj to, ja to, a w tym momencie może niech wejdzie coś takiego”. Wtedy zacząłem robić muzykę w pojedynkę, wykorzystując syntezatory mojego taty. Nagrywałem utwór, miksowałem wszystkie ścieżki w komputerze, nagrywając jedna po drugiej z różnych instrumentów, i ciągle coś mi się w tych utworach nie podobało, ciągle je zmieniałem. Chodziło zapewne o marzenie o graniu w zespole, w którym nie trzeba by było niczego poprawiać, bo to, co już się wydobyło, to przeszłość. Grajmy dalej, poprawiajmy w trakcie, szukajmy, uczmy się, ale nie wracajmy do tego, co było. I znalazłem to w Boring Drug. 

 

Wspomniałeś o Boring Drug. Ostatnio, razem z Sebastianem Buczkiem graliście na festiwalu Warszawska Jesień. W jaki sposób określiłbyś muzykę, którą tworzycie? Nazwa powoduje skojarzenia z nudą i zmęczeniem. 

 

Z Sebastianem Buczkiem i Tomkiem Kowalskim graliśmy jako ŁST, to w sumie inny zespół, ale to nieistotne. Specyfika kolektywu Boring Drug jest na tyle płynna i niedookreślona, że w sumie sam nie wiem, czy Sebastian
z nami gra czy nie gra. 

Na pewno jest naszym wydawcą i przyjacielem. Rzeczywiście, w Boring Drug lubimy nudę. Ona nam pozwala przetrawić dany motyw. Tzn. pojawia się jakiś, my go zapętlamy, nieustannie powtarzając, modyfikujemy, poprawiamy w trakcie grania i dokładamy coś nowego - to tak płynie. No i musi się to odbywać w lekko rozciągniętych rejestrach czasowych. 

 

Dwa lata temu zrealizowałeś w Elblągu projekt zatytułowany Zakazana planeta. Forbidden planet to film z 1956 roku, w którym po raz pierwszy ścieżka dźwiękowa została w całości wygenerowana przez urządzenie elektroniczne. Czy tak jak obraz filmowy, również i filmowe soundtracki stanowią dla Ciebie inspiracje?

 

To rzeczywiście świetna ścieżka dźwiękowa i świetny film, ale generalnie mam problem z muzyką filmową. Tzn. jest kilka naprawdę wspaniałych zestawień obrazu filmowego z muzyką i kilku niesamowitych kompozytorów, ale
z drugiej strony filmy spowodowały, że nie jesteśmy w stanie słuchać już klasyki bez tego, często kiczowatego, obrazu w głowie, co jest właśnie wpływem kinematografii. Szczególnie dotyczy to starszych filmów, gdzie muzyka, ta dziewiętnastowieczna, romantyczna, była traktowana w bardzo przedmiotowy sposób, a co za tym idzie, słuchając np. Schuberta, widzę jakiś czarno-biały film. To mi często przeszkadza w zrozumieniu muzyki, tej klasycznej. 

 

Oprócz tworzenia filmów i obiektów zajmujesz się również sztuką performansu. W jak dużym stopniu ta warstwa performatywna przenika do Twoich koncertów?

 

Specyfiką performansu jest procesualność i osadzenie w konkretnym czasie i miejscu. Z muzyką było podobnie, potem ją zaczęto nagrywać. Więc pewnie jak gram koncert, to tak jakbym jednocześnie wykonywał performance. 

 

Czego można się spodziewać po Twoim występie 30 listopada w 6. dzielnicy w Łodzi?

 

Będę używał tych samych instrumentów, których używam do nagrywania swoich improwizowanych kaset: kilka dziecięcych klawiszy, najprostsza perkusja elektroniczna. Nie mam pojęcia, jakie dźwięki usłyszymy, ale przecież o to w tym chodzi.


Rozmawiała:
Joanna Szumacher, artystka sztuk wizualnych, członkini performatywnego zespołu muzycznego Smutne Kobiety. Współtworzy label -Super-. Organizatorka cyklu „Byle do wiosny”.



Łukasz Jastrubczak, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, laureat Spojrzeń, najważniejszej nagrody, przyznawanej młodym artystom poniżej 36 roku życia. Tworzy rzeźby, wideo, instalacje i muzykę. Jego sztuka jest wielowątkowa. W wielu pracach wykorzystuje motywy i kadry z filmów, które go inspirują. Bada zależność między prawdą a fikcją. Nagrywa też improwizowane kasety magnetofonowe wykorzystując instrumenty klawiszowe, delay
i automat perkusyjny. W zespole Boring Drug  gra na syntezatorze.

https://soundcloud.com/densinghour/densinghour-vol-83

https://soundcloud.com/jaceen1

W cyklu „Byle do wiosny” Łukasz Jastrubczak zagra utwory pochodzące z kasety „Marzenie” (Casio Tone Bank, Farfisa 666 sounds, Yamaha dd-5, Mc-3a, Korg Monotribe) wydanej w labelu -Super-.

https://www.facebook.com/superlabel

 

Byle do wiosny/Łukasz Jastrubczak

30.11.2014/niedziela/godz. 20.00/10 zł

6.dzielnica/ul. Piotrkowska 102/Łódź

fot. Małgorzata Mazur