Jan Baszak i Wiktoria Walendzik opowiadają Natalii Fabisiak i Katarzynie Szymańskiej o sytuacji młodych artystów i artystek w Polsce, o tym gdzie koncentruje się rynek sztuki, czy Szczecin jest dobrym miastem do tworzenia oraz dlaczego sala weselna Pudziana jest wymarzoną przestrzenią na wystawę.

 

Natalia Fabisiak: Oboje ukończyliście Akademię Sztuk w Szczecinie. Czy jest coś, czego brakowało wam w programie studiów?

Wiktoria: Tak, mnie brakowało nauczania praktycznych umiejętności, takich jak wycenianie prac, tworzenie opisów do prac, czy ogólnie wiedzy o tym, jak poruszać się po studiach bez pomocy kogoś z zewnątrz. Do tej pory miewam z tym problemy. Dostawaliśmy czasem informacje od naszych wykładowców/wykładowczyń, którzy zasiadali/zasiadały gdzieś w jury konkursów, że znajdowały się tam naprawdę złe portfolia, źle napisane opinie czy źle dobrane do prac komentarze (oczywiście bez podawania szczegółów związanych z konkretnym artystą). Nie dostaliśmy jednak wiadomości zwrotnej, jakie są to konkretnie błędy i czego nie powinniśmy, albo co powinniśmy robić.

Jan: Mnie również w procesie kształcenia brakowało głównie przykładania większej uwagi do  tworzenia opisów do prac i tego, co powinny znajdować się w portfolio. Wiem, że czegoś takiego jak opis do pracy bardzo artystycznej bardzo trudno nauczyć jednak naprawdę mało zwracało się na to uwagę. Uważam, że w zupełności powinna być to sprawa indywidualna, ale schematy czy reguły dotyczące tego, co taki tekst czy portfolio powinno zawierać, niezależnie od tego, w jaki sposób jest ono napisane czy zaprojektowane, fajnie by było poznać już na studiach.

 

 Podczas studiów byłam też coraz bardziej zaskoczona faktem, że osoby, które rozpoznaję jako ważnych polskich artystów, pomimo popularności swoich prac w galeriach muszą robić także inne rzeczy, by się utrzymać

Natalia Fabisiak:  Zostając w temacie studiów: czy wasze oczekiwania odnośnie zawodu artysty, które są budowane przez cały okres studiów mocno odbiegały od tego, jak wygląda rzeczywiste funkcjonowanie w strukturze artystycznej?

Wiktoria: Ja zaczynałam studia z idealistycznym obrazem życia artysty, który w trakcie studiów stopniowo się urealniał za sprawą udziału w różnych konkursach i wystawach. Po obronie tytułu magistra miałam jednak ostre zderzenie z rzeczywistością. Mimo że zdawałam sobie z tego sprawę, fakt bycia jedną z najlepszych studentek i posiadania wysokich ocen, co w przypadku innej profesji dałoby mi gwarant zatrudnienia w zawodzie po studiach, tu nie znaczył praktycznie nic. Podczas studiów byłam też coraz bardziej zaskoczona faktem, że osoby, które rozpoznaję jako ważnych polskich artystów, pomimo popularności swoich prac w galeriach muszą robić także inne rzeczy, by się utrzymać. Były to jednak wyobrażenia, które wykreowałam przed, a nie w trakcie studiów.

Jan: Zaczynając studia także miałem bardzo, ale to bardzo idealistyczne wyobrażenie na temat swojej przyszłości. Jednak szybko zderzyło się to z rzeczywistością, która pokazuje, że nawet te wielkie nazwiska często muszą zarobkowo zajmować się czymś innym. Miałem wiele szczęścia, że udało mi się znaleźć pracę na dość kreatywnym stanowisku. Jednak przy natłoku codziennych obowiązków robienie sztuki w moim przypadku stało się „weekendową aktywnością”. Mimo wszystko dobrze, że studiowałem to, co studiowałem, bo nauczyłem się dłubania w różnych materiałach, poznałem wiele wspaniałych osób, które również nauczyły mnie patrzenia na te same rzeczy z innych perspektyw. 

 

 

Natalia Fabisiak: Skoro już został poruszony wątek rynku artystycznego w Polsce, to chciałybyśmy zapytać, czy jest jakiś rynek zagraniczny, w którym odnaleźlibyście się lepiej z swoją sztuką?

Wiktoria: Każdy bardziej chłonny i bardziej otwarty, i taki, gdzie, jeśli ktoś jest nastawiony na kupno, to nie jest to tylko i wyłącznie malarstwo. Z moich obserwacji wynika, że jeśli w Polsce ludzie decydują się na kupno prac, zwykle jest to właśnie malarstwo, ewentualnie rysunek albo fotografia. W Polsce ten rynek jest bardzo mały, więc jeśli ktoś jest dopiero na początku swojej kariery, to ciężko odnaleźć się na rynku, bo zwykle jeszcze w nim nie istnieje.

Jan: Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, do jakiego rynku sztuki aspiruję, ale jednocześnie nie chciałbym kompletnie zrezygnować z pokazywania swoich prac w Polsce. Wydaje mi się ważne, żeby pokazywać je w państwie, z którego się pochodzi.

 Podczas pracy nad Pudlem APrzy pracy nad Pudlem


      Brak systemowego wsparcia sprawia, że osobom, które mają potencjał, brakuje później możliwości szybkiego rozwijania się i kontynuowania swojej praktyki. Muszą się utrzymać i robić coś innego, by przeżyć. 

 

Katarzyna Szymańska: Czy artyści i artystki powinni liczyć na  systemowe wsparcie? Jeśli tak, to na jakie?

Wiktoria: To są dosyć proste pomysły, bo u nas brakuje nawet podstawowych rzeczy. W większości miast jest ciężko dostać pracownię i to jest problem, z którym ja się mierzę. Specyfika mojej pracy wymaga tego, że muszę mieć oddzielne pomieszczenie: robię na przykład większe rzeźby, używam toksycznych materiałów i gdyby nie prywatna przestrzeń udostępniona przez rodzinę, to nie wiem, czy byłoby mnie stać na wynajęcie tego typu lokalu. Otrzymanie pracowni od miasta albo wynajęcie jej po atrakcyjnej cenie graniczy z cudem. Jest też bardzo ciężko otrzymać ubezpieczenie. Jako artysta pracujesz raz na jakiś czas, masz umowę zlecenie albo sprzedajesz pracę i do takiego trybu pracy nie ma dostosowanego systemu ubezpieczeń. Spotkałam się kiedyś z porównaniem – jest ono częściowo trafne, a częściowo nie – zawodu artysty do zawodu sportowca. Podobnie jak w przypadku zajmowania się sztuką, dużo osób trenuje sport zarówno na poziomie hobbystycznym jak i profesjonalnym. Większość nigdy nie dociera do kadry narodowej, ale jest jednak wspierana przez jakieś lokalne związki i grupy sportowe finansowane przez miasto lub państwo, ma infrastrukturę do trenowania. Nie ma czegoś takiego w przypadku artystów i często spotykam się z argumentami, że to jest taki zawód-pół-hobby i nie wiadomo, jak to oddzielić. Brak systemowego wsparcia sprawia, że osobom, które mają potencjał, brakuje później możliwości szybkiego rozwijania się i kontynuowania swojej praktyki. Muszą się utrzymać i robić coś innego, by przeżyć. 

Jan: Ja uważam, że dużo rzeczy uległoby zmianie, gdyby w szkołach podstawowych wprowadzono zajęcia o sztuce. Mam wrażenie, że wtedy ta wrażliwość budowałaby się w inny sposób i to z pewnością wpłynęłoby na przyszłość artystów, sztuki, kultury i całego społeczeństwa. Jeśli chodzi o pracownie, to np. w Szczecinie ten system pracowni owszem istnieje, ale nawet jak się taką pracownię otrzyma od miasta, to trzeba zrobić tam remont, który kosztuje naście lub dziesiąt tysięcy złotych. Nie mam pojęcia dlaczego, ale jest jakieś takie przekonanie, że jeżeli to jest pracownia artystyczna, to to może być mała ruinka, trochę podmoknięta, zagrzybiała i brudna… Więc jeśli miasto oferuje, aż lub tylko to (nie zapominajmy, że te pracownie nie są dla wszystkich i trzeba stanąć w konkursie, aby takowy lokal otrzymać), to ciężko jest myśleć chociażby o wspomnianym już przez Wiktorię ubezpieczeniu.

 Janek z Pudlem

Janek z Pudlem 

 


Natalia Fabisiak: Porozmawiajmy o projekcie ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego. Czy możecie wskazać jego mocne i słabe strony?

Wiktoria: Podoba mi się zwrócenie uwagi na opłatę reprograficzną i jej nieadekwatność do współczesnych realiów. Odświeżenie definicji tej opłaty to bardzo dobry pomysł na uzyskanie funduszy, które później mogą wspierać twórców.

Jan: Zdecydowanie mocna strona projektu jest (wreszcie!) zwrócenie uwagi na podstawowe potrzeby socjalne artystów, takie jak chociażby wspomniane już przez nas wielokrotnie ubezpieczenie społeczne. Jednak niejasna jest dla mnie kwestia ubiegania się o stypendia - czy tylko artyści "zawodowi", po otrzymaniu karty artysty, będą mieli do tego prawo lub pierwszeństwo? Również zastanawia mnie wspomniana w projekcie Polska Izba Artystów i kto tak naprawdę będzie w niej zasiadał.

 

Katarzyna Szymańska: Jakie jest Wasze zdanie na temat zaproponowanej w projekcie definicji artysty?

Wiktoria: Uważam, że zaproponowana definicja jest dosyć szeroka i otwiera kilka dróg do uzyskania tytułu artysty zawodowego, co jest dobre. Podoba mi się uwzględnienie twórców świeżo po studiach i respektowanie dyplomu w ciągu 5 lat po ukończeniu nauki.

Jan: Zgadzam się z Wiktorią, definicja jest szeroka i fajnie, że uwzględnia osoby, które są świeżymi absolwentami/ absolwentkami studiów artystycznych. Jednak tworzenie pod płaszczem stowarzyszenie artystycznego  jakoś nie bardzo do mnie przemawia.

 

Dobrze, że wreszcie zauważa się, że zawód artysty to nie hobby, a normalna praca, z której większość z nas chciałby czerpać również komfort psychiczno-materialno-bytowy

 

Natalia Fabisiak: Czy uważacie, że rozwiązania przedstawione w projekcie mogą pozytywnie wpłynąć na sytuację artystów/artystek?

Wiktoria: Zdecydowanie tak, obecnie artyści są właściwie pominięci w systemie prawnym. Mam na myśli, to, że specyfika zawodu artysty pozostaje niezauważona, co znacznie utrudnia, albo wręcz uniemożliwia otrzymanie chociażby stałego ubezpieczenia.

Jan: Pomimo moich szeregu wątpliwości, np. czy ten projekt aby nie jest bardziej skierowany do muzyków niż artystów wizualnych, uważam, że może to mieć wpływ na poprawienie się sytuacji artystów w Polsce. Dobrze, że wreszcie zauważa się, że zawód artysty to nie hobby, a normalna praca, z której większość z nas chciałby czerpać również komfort psychiczno-materialno-bytowy.

 

Wiktoria Walendzik Jan Baszak Pudel 2019 fot Zuzanna Piontke 6

 Wiktoria Walendzik, Jan Baszak, Pudel, 2019, fot Zuzanna Piontke_


         ... w Szczecinie nie ma właściwie publiki. Skupia się ona bowiem głównie wokół Akademii Sztuki, gdzie wykładowcy i wykładowczynie to są osoby dojeżdżające do Szczecina. 

 

Natalia Fabisiak: W naszej rozmowie pojawił się wątek wynajmowania pracowni. Janek wspomniał, że w Szczecinie jest taka możliwość, ale pracownie często są w bardzo złym stanie. W tym kontekście chciałabym was zapytać o sam Szczecin. Czy waszym zdaniem to miasto daje jakieś możliwości artyście wizualnemu/artystce wizualnej?

Wiktoria: Uczelnia daje duże możliwości. My z Jankiem byliśmy tego bezpośrednimi beneficjentami, bo faktycznie mieliśmy problem z miejscem, gdzie moglibyśmy robić nasze rzeźby. Uczelnia udostępniła nam pomieszczenie w swoim budynku (próbowaliśmy pozyskać pracownię od miasta, ale się nie udało). Mam wrażenie, że Akademia Sztuki jest w Szczecinie jedynym ośrodkiem, który daje jakieś możliwości młodym artystom.

Jan: Bycie związanym z Akademią Sztuki otwiera wiele ścieżek i na pewno daje trochę możliwości. Miasto też ma wiele do zaoferowania z jednego prostego względu: tam nie ma jako takiego środowiska artystycznego, więc jeżeli są programy, nabory, czy open calls na stypendia, to konkurencja jest z natury mniejsza. Jest tam naprawdę  bardzo dużo przestrzeni na robienie fajnych i ciekawych rzeczy, tylko mało kto ma na to energię, co też wynika z prostego względu - w Szczecinie nie ma właściwie publiki. Skupia się ona bowiem głównie wokół Akademii Sztuki, gdzie wykładowcy i wykładowczynie to są osoby dojeżdżające do Szczecina. Więc nawet jeśli organizuje się wystawy w tak zwanych przestrzeniach uczelnianych, to w poniedziałki albo w środy, bo wtedy jest nowy napływ wykładowców. Wakacje są natomiast okresem kompletnie martwym, bo również studenci wyjeżdżają z miasta. Ale generalnie mało się dzieje w tym mieście i myślę, że jest to jeden z powodów, dla którego absolwenci po ukończeniu studiów bardzo rzadko zostają w Szczecinie.

 

Katarzyna Szymańska: Trudno byłoby więc obalić także tezę, że rynek sztuki koncentruje się przede wszystkim w dużych miastach.

Wiktoria: W Polsce poszłabym nawet dalej z tą tezą i powiedziała, że koncentruje się głównie w jednym mieście, czyli w Warszawie. Jest bardzo mało znaczących, prywatnych galerii gdzie indziej. Również największe instytucje państwowe są w Warszawie. I dlatego wielu artystów tam się przeprowadza. W Szczecinie na wernisaże przychodzi właściwie jedynie publika związana z Akademią Sztuki, a w Warszawie są to osoby nie tylko związane bezpośrednio z uczelnią, ale związane z całą infrastrukturą.

Jan: Porównując Szczecin do Warszawy, na palcach jednej ręki można wyliczyć, ile mamy tam galerii - jest TRAFO i Galeria ½, jest OS17, a z takich przestrzeni bardziej offowych Królowej Jadwigi i jeszcze Freedom Gallery. Ta ostatnia zasługuje na najwięcej uwagi, jest to jedyna przestrzeń, do której na wernisaże przychodziło bardzo różne i inne środowisko niż tylko to z Akademii, co patrząc na warunki i zwyczaje tego miasta jest naprawdę godne podziwu. Jednak tak jak powiedziała Wiktoria, główne ośrodki sztuki czy sami artyści koncentrują się wokół dużo miast jak Warszawa czy Berlin.

 

Ach, kiedy studiowałem rzeźbę na UA w Poznaniu, to był tam wszechobecny mit, że rzeźbiarz musi pić dużo wódki

 


Katarzyna Szymańska: Przejdźmy teraz do kolejnego zagadnienia. Jako młodzi twórcy, na tym etapie kariery zawodowej, na jakiej jesteście – jakie popularne mity dotyczące artystów możecie śmiało obalić?

Jan: Na pewno mit robienia prac w pojedynkę i mit samotności oraz umartwiania się, z którym ja się spotkałem na początku studiów, ale nie powiem też, że ja z tego nie korzystam… Ach, kiedy studiowałem rzeźbę na UA w Poznaniu, to był tam wszechobecny mit, że rzeźbiarz musi pić dużo wódki.

Wiktoria: Również mit wyjątkowo szalonej, odklejonej osoby, której trybu tworzenia nijak nie można porównać do tzw. „normalnej” pracy. Może to właśnie przez ten mit są takie luki w regulacjach prawnych. Moim zdaniem praca artysty na wielu poziomach jest podobna do innych zawodów. Jest też taki mit, że „głodny artysta to płodny artysta”.

 WW47

Wiktoria Walendzik w czasie wystawy Pod moim żebrem mieszka dom w Galerii Serce Człowieka, fot. Tomasz Jan Wojciech Szymański

 


Katarzyna Szymańska: Zbliżając się już powoli do końca: chciałabym zadać pytanie, które także poniekąd dotyczy stereotypów. Czy w świecie sztuki spotkaliście się lub spotykacie się z problemem nierówności płci?

Jan: Nie spotkałem się jeszcze z problemem nierówności płci, ale spotkałem się z problemem nierówności „kumpelstwa”.

Wiktoria: Tak, nierówność „kumpelstwa” i bycia w konkretnym gronie, ale to wiąże z hermetycznością środowiska. Można zaobserwować sporo sytuacji, w których przez to, że się z kimś przyjaźni albo właśnie jest się w jakimś gronie, otrzymuje się więcej okazji, albo jest się włączanym na wystawy.

 

Katarzyna Szymańska: A propos bywania na wystawach. Czy jest dla was jako młodych artystów jakieś miejsce, wystawa, konkurs w Polsce lub Europie, do udziału w którym silnie aspirujecie?

Jan: Och tak, ja marzę o tym, aby pokazać lub wejść jakoś we współpracę z Muzeum Ikea... Co prawda oni tam pokazują głównie design i nie wiem (chociaż mam ogromną nadzieję) czy będzie możliwe, żeby pokazać tam coś spoza tej sfery, ale zahaczającego o design. 

Wiktoria: Na początku swojej przygody ze sztuką młodzi artyści bardzo chcą być pokazywani na Hestii, potem na przykład chcą być w Project Roomie. Spojrzenia są może dla tych artystów, którzy już działają przez ileś lat, ale są jeszcze w młodej grupie wiekowej. To chyba są takie główne punkty – poza nimi nie ma gdzie się znaleźć. Tych wyznaczników jest zaledwie kilka.

Jan: A sala weselna Pudzianowskiego? Nie chciałabyś tam pokazywać swoich prac?

Wiktoria: Chciałabym bardzo, bo jestem wielką fanką Mariusza Pudzianowskiego, który ma salę weselną koło swojego domu. Mieszka 10 km od miejscowości, z której pochodzę i bardzo bym chciała tam pokazać swoje prace. Sala weselna Mariusza Pudzianowskiego to jest moje marzenie. Od roku myślę też o tym, że chciałabym wystawić się w mojej rodzinnej miejscowości, czyli w Rawie Mazowieckiej. Zastanawiam się jak to ugryźć. Myślę, że jeśli „uzbieram” jeszcze trochę wystaw do mojego portfolio, ktoś z Rawy dostrzeże mnie jako doświadczoną i uznaną osobę. Wydaje mi się, że w Rawie Mazowieckiej, poza moimi rodzicami i grupką przyjaciół, nie mam żadnego połączenia z lokalną społecznością i to pomimo tego, że pod Rawą mam pracownię, robię rzeźby i je tam przechowuję.

Jan: Ja swoją pierwszą wystawę w życiu zrealizowałem tuż przed zakończeniem pierwszego roku studiów w rodzinnej miejscowości w Stargardzie i był to przedziwny event. Prace, które pokazywałem na wystawie były baaardzo z pierwszego roku, tzn. tu jakaś głowa z gipsu, tu jakiś obraz, tam rysunek, a tam jeszcze tkanina. Jednak w życiu nie miałem tak bogatego wernisażu, na którym była orkiestra, jedzenie, prasa, radio i telewizja lokalna, wywiady.

 

Natalia Fabisiak: Wasze wypowiedzi sprawiły, że pomyślałam o jeszcze jednej kwestii. Oboje pochodzicie z mniejszych miejscowości. Czy uważacie, że osoby pochodzące z mniejszych miast i aspirujące do bycia artystą lub artystką muszą mierzyć się z jakimi większymi trudnościami niż osoby mieszkające na przykład w Warszawie?

Jan: Fajnie, że zadałaś to pytanie, ponieważ ja ostatnio trochę o tym myślę. W Gimnazjum podjąłem decyzję, że chcę iść do liceum plastycznego, które było w Szczecinie. Moi rodzice na szczęście zawsze mnie wspierali w moich decyzjach. Nie miałem w swoim dzieciństwie i nastoletnim życiu styczności ze sztuką współczesną. Jedyne przykłady sztuki, z którymi miałem styczność w dzieciństwie znajdowały się w kościołach... Znam  osoby, które pochodzą z większych miast i których rodzice aktywizowali także w trochę inny sposób i wiem, że oni mają trochę inną wrażliwość niż ja. Ale czy żałuję, że nie urodziłem się w dużym mieście? Wręcz przeciwnie, nie, bycie w takiej małej miejscowości, która jest obok dużej, a ta duża jest obok jeszcze większej, dużo uczy. W Stargardzie był jedna wspaniała rzecz - dyskusyjny klub filmowy, gdzie naprawdę bardzo dużo tam się nauczyłem i poznałem nowych dla mnie filmów. Jednak takiej edukacji, którą można brać – nazwijmy to – z miasta, było naprawdę bardzo mało. Opery i teatry były okazjonalną wycieczką do innego miasta. Nawet biblioteki, poza oficjalnym kanonem lektur, są inaczej wyposażone.

Wiktoria: Ograniczeniem jest brak bezpośredniej styczności z ośrodkami kultury współczesnej albo wydarzeniami, ze środowiskiem artystycznym, którym można się zainspirować. Poza tym ktoś musi przeprowadzić się do większego miasta, wynająć mieszkanie, ale to ten rodzaj trudności, z którym mierzą się wszyscy studenci zmieniający miejsce zamieszkania. Bardziej chodzi o tę ekspozycję, której w mniejszych miastach brakuje.

 

****

Wiktoria Walendzik (ur. 1994 r. w Łodzi) zajmuje się instalacją, rzeźbą i rysunkiem. Absolwentka kierunku sztuka mediów Akademii Sztuki w Szczecinie. Finalistka konkursów Fundacji Grey House, Project Room 2019 CSW Zamek Ujazdowski oraz Artystyczna Podróż Hestii. Uczestniczka wystaw indywidualnych i zbiorowych, m.in. w Gdańskiej Galerii Miejskiej, BWA Warszawa, Galerii Szarej w Katowicach, w Instytucie Polskim w Berlinie.

Jan Baszak (ur. 1994 r.) mieszka i pracuje w Szczecinie. Zajmuje się głównie rysunkiem, rzeźbą i instalacją. Interesuje się podrobionym designem, długotrwałą dłubaniną, choreografią codzienności, którą narzuca architektura oraz tworzeniem kopii. Jest członkiem kolektywu Młode Suki (Iga Świeściak, Grażyna Monika Olszewska), z którym performuje, tańczy, śpiewa i szyje. Od 2020 roku jest asystentem Artura Malewskiego w Pracowni Rzeźby i Działań Przestrzennych na Akademii Sztuki w Szczecinie. 

 ****

Natalia Fabisiak – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Podczas studiów rozwijała swoje zainteresowania związane z gender studies, co zaowocowało powstaniem pracy dyplomowej pt.”AFAB drag queens a potrzeba redefinicji dragu”. Planuje poszerzać swoje kompetencje w trakcie studiów magisterskich w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Katarzyna Szymańska - absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. W ramach zainteresowania współczesną polską literaturą oraz okresem transformacji ustrojowej napisała pracę dyplomową pt. „Obraz współczesnego społeczeństwa w wybranych utworach Doroty Masłowskiej”. Planuje rozwijać swoje literaturoznawcze oraz historyczne zainteresowania w trakcie studiów magisterskich na kierunku „Kultura i sztuka współczesna” na Uniwersytecie Łódzkim.

 ****

zdjęcie główne: Wiktoria Walendzik, Jan Baszak, Łagodne, spokojne cieszenie się chwilą obecną w ramach cyklu: Podróże do miejsc z widokiem na końce światów. Galeria Czynna w Muzeum Sztuki, fot Anna Zagrodzka.