Wystawa w Pracowni Portretu jest esencją tego, co znamy z wcześniejszej twórczości Wiktora Polaka. Dla wielu mogła być jednak zaskoczeniem.

 

Czy to za pomocą kamery czy aparatu, Wiktor Polak pyta w swoich pracach o człowieka. Nie są to obrazy ilustrujące tezy, lecz raczej zapis poszukiwań, dokumentacja eksperymentu („Blisko”, „Stojący”) lub rejestracja obserwacji („Barcelona”, „Droga”). Blisko mu w swojej praktyce do antropologa badającego nieznane plemię. Z tym, że sam jest jednocześnie badaczem i członkiem owego plemienia, którego zrozumienie stawia sobie za cel. Można to porównać do sytuacji, w której po dłuższej przerwie wchodzimy do dobrze nam znanego pomieszczenia. Elementy wystroju, a nawet same formy przedmiotów czy ich układ, zdają nam się przez moment dziwnie obce. Zauważamy przezroczyste wcześniej kolory firanek, układ stołu i krzeseł przestaje być oczywisty, przestrzeń nabiera wymiarów, a obiekty ciężaru. 

a08Dystans wobec opatrzonych, oswojonych, a przez to oswojenie znaturalizowanych obiektów znajdziemy na wystawie „Chmurki”. Polak destyluje z rzeczywistości jej fragmenty i tym samym zmusza nas do zadania sobie pytania dlaczego są one takie, a nie inne? Prac jest zaledwie kilka, a każda z nich oszczędna tak w formie, jak w samym sposobie prezentacji. Na wernisażu panuje atmosfera ogólnej konsternacji. Niektórzy podejmują próby znalezienia punktu zaczepienia: szukają tytułów i opisów, próbują zagadać artystę. Na próżno. Nie ma tu tekstu kuratorskiego naszpikowanego trudnymi pojęciami i autorytarnie wskazującego sposób rozumienia, a sam artysta jest oszczędny w słowach wyjaśnienia. Nie ma się przecież z czego tłumaczyć. Niech odbiorca sam podejmie próbę od-czucia lub – jak kto woli – od-kodowania „Chmurek”. A to, dla bywalców prezentujących aktualną sztukę galerii, przyzwyczajonych do co najmniej kilku stron eksplikacji, jest sytuacją raczej niecodzienną.
a11W głównej przestrzeni wystawienniczej galerii Pracownia Portretu wzrok przyciąga spory obiekt z białego kartonu. Tym, co rzuca się w oczy zaraz potem jest niedbałość jego wykonania. W tym momencie możemy obrazić się na artystę i wyjść. No bo jak to? Taki kawał jechaliśmy na Księży Młyn, a tam klej na wierzchu, zagniecenia. Możemy też uruchomić proces czuciowo-myślowy i zostać. Jeśli wybierzemy drugą opcję, po chwili kształt obiektu przeniesie nas w czasy dzieciństwa. To Piekło-Niebo, popularna zabawka z papieru, której działanie przyrównać można do rzutu monetą: zabawka dokonuje za nas wyboru – tak czy nie; działa jak wyrocznia – piekło czy niebo. Z tym, że „Piekło-Niebo” Polaka nie działa wcale. Po pierwsze, traci funkcjonalność poprzez przeskalowanie – zamiast mieścić się w dłoni, sięga od podłogi do kolan. Po drugie, jest puste, niezamalowane, nieoznaczone, wszystkie pola są białe. 

a12Obok kartonowego tworu umieszczona została seria fotografii. Sposób ich prezentacji jest dość nietypowy. Zamiast powieszone na ścianie, zostały przyklejone wokół białego, kubikowego ekspozytora, zwykle służącego do ekspozycji drobnych rzeźb i innych niewielkich form przestrzennych. Zdjęcia przedstawiają płyty nagrobne. Artysta usunął z nich jednak wszystkie wyryte w kamieniu ozdobniki i napisy. Zostajemy z samą formą, która raz jest kanciastym, poziomym, czarnym prostokątem, przypominającym ekran wyłączonego telewizora, a raz obłym kształtem, o falującej linii krawędzi, który jak czytamy w krótkiej wypowiedzi Polaka, zapowiadającej wystawę „przypomina komiksową chmurkę lub okienko czekolady Alpen Gold”. Uważni dostrzegą tę ostatnią, a właściwie pudełko po niej, oparte o ścianę w rogu pomieszczenia. Tu znów wykonany został podobny zabieg wymazania: pudełeczko nie ma kolorów ani napisów, nie ma na nim informacji o marce ani kodu kreskowego, pozostała forma w neutralnej bieli. No i okienko w kształcie płyty nagrobnej – a może na odwrót?  

a09Raz poprzez eliminację i zmazywanie, raz poprzez kondensację i multiplikację, Polak analizuje przekazy wizualne, szuka esencji rzeczy. Pyta czy mieści się ona w ich formie, ale jednocześnie formę tę kwestionuje, odsłaniając jej arbitralność. Kto podejmuje decyzje o wyglądzie przedmiotów? I dlaczego my, odbiorcy, konsumenci, przyjmujemy owe formy jako naturalne? Podobnie jak w swojej bodaj najbardziej znanej pracy „Tablice” (2004), dziś znajdującej się w zbiorach Muzeum Sztuki w Łodzi, artysta zwraca uwagę na wizualną warstwę otaczającej nas rzeczywistości, na to, jak kapitalizm dyktuje poczucie estetyki oraz jak dobry smak kształtowany jest kulturowo i klasowo. Całości dopełnia wideo i seria prac na papierze. To pierwsze to „Martwa natura” – praca sprzed kilku lat będąca zapisem najbliższego, domowego krajobrazu przedmiotów.

a13


Rysunki, czarno-białe podobnie jak wideo, zostały wykonane na kartkach A4. Większość z nich znajduje się za drzwiami drugiej sali, tuż przy galeryjnym aneksie kuchennym. Umiejscowienie prac, ich format i uporczywe odklejanie się ich od ściany znów dają wrażenie, jeśli nie niedokładności, to co najmniej nonszalancji artysty. Dla mnie jednak wszystko łączy się w całość. Właśnie dzięki „niedoróbkom”, temat człowieka targanego namiętnościami i uwikłanego w systemy znaczeń, podejmowany przez Polaka, pozbawiony jest, często towarzyszącemu podobnym rozważaniom, patosu. Nieoczywiste paralele mogą być zabawne, absurdalne czy wręcz „kwasowe”, ale jednocześnie mają moc zwracania uwagi, na to, co stało się dla nas, żyjących w czasach, w których trudno odróżnić prawdę od deepfake'u, a real od VR-u, przezroczyste. 

 

___________________________________   

Joanna Glinkowska - absolwentka Kulturoznawstwa (specjalności: Nowe Media i Promocja Sztuki) oraz Międzynarodowych Studiów Kulturowych na Uniwersytecie Łódzkim. Prezeska Fundacji Obszar Wspólny. Publikowała teksty z zakresu współczesnej kultury i sztuki na łamach takich czasopism, jak m. in. „Notes na 6 Tygodni”, „Sztuka i Dokumentacja”, “Zoophilologica”. W piśmie „Kalejdoskop” prowadzi rubrykę poświęconą młodym artystom.