Z Dominiką Kowynią rozmawia Maciej Cholewa.

 

Niedawno zwiedzałem pewną małą miejscowość i w samym środku zabytkowego górniczego osiedla spotkałem człowieka, który zapewniał mnie, że już 30 lat temu przewidział dziejący się obecnie koniec świata. Zwizualizował go, tworząc coś w rodzaju intarsji z blachy umieszczonej wewnątrz swojej ogrodowej altanki. Na pierwszy rzut oka przedstawienie to przypominało pole bawełny oświetlane przez słońce. Dopiero po bliższych oględzinach okazało się obrazem zagłady totalnej. To, co wcześniej brałem za kwiaty, tak naprawdę było stosem czaszek nakłuwanych przez apokaliptyczne widły. Wiem już, że nie jesteś optymistką i wydaje mi się, że przynajmniej kilka z Twoich obrazów pokazuje pewne niepokojące symptomy. Jak wyobrażasz sobie koniec świata jako malarka? Czy wzorem dawnych mistrzów namalujesz jakiś sąd ostateczny? 

Pewnie Cię zdziwię – nigdy nie wyobrażałam sobie końca świata i jestem pewna, że nigdy nie namaluję obrazu przedstawiającego sąd ostateczny. Zawsze interesowało mnie głównie życie i jego upierdliwości. Niemożność zrozumienia po co i dlaczego, szukanie jakichś zdrowych zasad w tym chaosie. Wiele lat temu byłam przekonana, że one istnieją, tylko nikt mnie o nich nie poinformował. Nie istnieją, choć zorientowałam się o tym dosyć późno, przy okazji mojego zaangażowania się w los zwierząt hodowlanych. Po nitce do kłębka, odsłaniały się przede mną kolejne doskonale funkcjonujące w realu horrory. I chyba ten brak zasad, solidarny brak dobrej woli, żeby poprostować to wszystko, co tak skutecznie psujemy, jest moją wersją końca świata. Jest dużo kwestii do przemyślenia w związku z tak zwanym życiem, więc nie zajmuję się finalną wizją. Jestem też wyjątkowo słaba w graniu w konwencje, a sąd ostateczny został już tyle razy zobrazowany, że istnieje w mojej wyobraźni właśnie jako ściśle określona konwencja. Ten pan zrobił to z pasją, której ja w sobie nie odnajduję. 

Dominika Kowynia.staraniaa

 

Kres człowieka przedstawiony przez tego pana będzie więc jednocześnie kresem horrorów, o których mówisz. Ciekawe, czy uda nam się zakończyć tę rozmowę w sposób optymistyczny. Tak zwane życie, o którym wspomniałaś, w twoim wypadku przenikają dwie praktyki: artystyczna i pedagogiczna. Nie tylko z moich obserwacji wynika, że na obydwu tych polach osiągnęłaś spory sukces, zaprzeczając tym samym mitycznemu wyobrażeniu o tym, że dobry twórca/twórczyni nie będzie dobrym pedagogiem/pedagożką i na odwrót. Jak udało ci się z tego wybrnąć i skąd w ogóle w ludziach przeświadczenie, że trudny los czeka osobę, która zdecyduje się wkroczyć na mroczną ścieżkę nauczania artystycznego?

Poważne pytanie, postaram się na nie odpowiedzieć możliwie kompaktowo. Pierwsza sprawa – mam bardzo duże wątpliwości, czy to, co powiedziałeś o moich sukcesach pedagogicznych i artystycznych, jest prawdą. Pracuję na Akademii od piątego roku studiów. Uczelnia w Katowicach wtedy się usamodzielniała i zostałam stażystką, podobnie jak spora część osób z mojego roku. Zawsze opowiadam tę historię, kiedy ktoś pyta mnie, jak zostać po studiach na uczelni, nigdy tego początkowego, losowego charakteru mojej pracy nie ukrywałam. Od razu trafiłam do pracowni malarstwa dla pierwszego roku projektantów, prowadzonej przez Andrzeja Tobisa. Było to zarządzenie odgórne, wcześniej nie zamieniliśmy słowa. I ja po prostu zwariowałam na punkcie tej pracy, przy czym powody były dwa: miałam wielką swobodę w wyrażaniu swojego zdania, musiałam je tylko zawsze uzasadnić, a także  okazało się, że uwielbiam studentki i studentów. I ta sytuacja trwała dosyć długo, zmieniały się grupy, prowadziliśmy potem pierwszy rok malarstwa, a jeszcze później, aż do teraz, pracownię dyplomującą. W międzyczasie dodawano mi różne inne zajęcia, ale ta nasza wspólna praca była dla mnie zawsze najważniejszą. I to o efektach tej pracy w którymś momencie coś tam zaczęto mówić. Wydaje mi się, że ja jestem wspominana przez kilka osób pozytywnie ze względu na ten entuzjazm właśnie. Można się silić na różne mądre analizy i porady, ale potem okazujesię, że liczyła się głównie uważność i wspieranie. Na przykład to, że zaśmiałam się w odpowiednim momencie, kiedy Rachwalik (który nie studiował w naszej pracowni) na zajęciach z kompozycji wyjął z teczki obraz z gościem-kaloryferem. Teraz już tego nie bagatelizuję, ale na początku ten feedback wprawiał mnie w stupor. Doszłam do wniosku, że chodzi prawdopodobnie o początkową akceptację, rodzaj porozumienia, na którym można zacząć coś budować. To w skrócie o mojej drodze i osiągnięciach jako pedagożki. Zresztą nikt jeszcze nie dał się wypowiedzieć osobom, które są niezadowolone z tej współpracy, a takie również z pewnością istnieją. 

Druga sprawa bycie dobrą artystką i dobrą pedagożką jest niemal niemożliwe jednocześnie, zgadzam się, to nie są legendy. Mamy wszyscy ograniczoną ilość czasu i, co boleśnie dostrzegam, ograniczoną ilość energii. Obecnie pracuję w dwóch pracowniach, cztery dni w tygodniu, od niemal dziesięciu lat. Dopiero od jakichś trzech lat regularnie biorę udział w wystawach. Jak poświęcę uczciwie uwagę dwudziestu osobom, to brakuje mi jej w trakcie malowania. Jak zajmę się sobą, brakuje mi energii do pracy z ludźmi. To są zresztą stany różnej percepcji, niełatwo przemieszczać się miedzy nimi. Może to są wyznania introwertyczki po prostu, ale tak to widzę. Pomijając inne kwestie, znacznie ważniejsze czy sztuki można nauczyć i co się dzieje, kiedy stajesz się w takiej dziedzinie jak sztuka perfekcyjnie dopasowanym trybikiem instytucji. Więc może dobrze jest, dopóki biorąc udział w każdym wydarzeniu o akademickim charakterze, czuję, że eksploduję, wyjdę z siebie i nigdy już nie wrócę. Studentów też już niestety nie kocham tak jak kiedyś, przynajmniej nie wszystkich. Kilka młodych osób z setek poznanych tak dało mi popalić, że nie otwieram już serca tak łatwo i szybko.

Dominika Kowynia Mocna reka 2018

 

Poruszyłaś tu wiele ciekawych kwestii. Jedną z nich są osoby niezadowolone ze współpracy z Tobą, co, jeśli dobrze rozumiem, dotyczy również Waszej pracowni prowadzonej wspólnie z Andrzejem Tobisem. Czasem pojawiają się też bardzo specyficzne głosy krytyki ze strony innych pedagogów, do których nawiązaliście w temacie wystawy Gdzie są konfitury w BWA w Zielonej Górze. Wystawa ta odbywa się w samym środku końca świata, a wraz ze znajomymi zastanawialiśmy się nawet, czy cała sprawa z epidemią nie jest przypadkiem spiskiem tajemniczych lobby, które nie są wam przychylne. Ostatecznie jesteśmy zmuszeni do jej oglądania w sieci. Wirtualne oprowadzanie dostępne jest tutaj. Może chciałabyś je uzupełnić, skomentować? Masz jakąś ulubioną pracę, która się tam pojawiła? 

No nieźle… Tak, spotykaliśmy się i spotykamy z krytyką innych pedagogów, stąd tytuł wystawy. Nie jestem pewna, czy chcę tutaj poświęcać czas i miejsce tej krytyce. Mogę tylko powiedzieć, że nie mam pojęcia, gdzie są wspomniane konfitury, i że staramy się w trakcie rozmów ze studentkami i studentami odnosić do otaczającej nas rzeczywistości i zmian w niej następujących. Nie opowiadamy im o spiskach kuratorów i złym zewnętrznym świecie poza akademią. Przez wiele lat nikt nie słyszał o moim malarstwie, a uczone przez nas osoby miały już pierwsze sukcesy na swoim koncie. Jako nauczycielka zawsze pilnowałam, żeby moja frustracja nie przejęła nade mną kontroli. Bardzo ważnym, niepisanym założeniem tej pracowni jest to, że nie występujemy w roli mistrzów. Zakładamy, że osoba z którą zaczynamy współpracę ma coś istotnego dla siebie do zakomunikowania, a my jesteśmy pierwszymi odbiorcami i próbujemy sensownie pomóc. I to już właściwie wystarcza, żeby mieć dużą grupę krytyków. 

A jeśli chodzi o Konfitury… Dla mnie ta wystawa jest zbyt świeżą sprawą, żeby ją analizować. Na pewno ważna była obecność absolwentek i absolwentów, ich zaangażowanie, a nawet przyjazd z daleka na otwarcie. Specjalne podziękowania należą się Bartkowi Buczkowi, który wykonał z Maćkiem Skoblem (Bractwo Kurkowe serdecznie polecam!) konstrukcję, na której zamontowana była duża część ekspozycji. Nie będę mówiła o poszczególnych pracach, trudne byłoby wybieranie ulubionej. Bardzo cieszy mnie, że wspólną pracę wykonały Kinga Bella (pierwsza absolwentka pracowni) i Agnieszka Biernatek. Poznały się w Norwegii, dokąd obie niezależnie od siebie wyprowadziły się i przeżywają trudne chwile na emigracji. Dla nich ta wystawa była bardzo ważna, przyleciały na pół dnia do Polski, żeby się z nami spotkać. I takich osób było przynajmniej kilka, dzięki czemu mamy wrażenie, że nasza praca miała dla kogoś sens.

Właśnie do mnie dotarło, że wszyscy gadali, że pojechaliśmy do Zielonej Góry i słuch o nas zaginie.

Dominika Kowynia Rozne wielkosci 

Ja nie widziałem cię od wyjazdu do Zielonej Góry. Nadal nie mogę być pewien, czy rozmawiam z Dominiką Kowynią, czy tylko jej duchem. Jesteś dobrym czy złym duchem? 

Nie wiem, ale podejrzewam, że jestem w Bardo. 

 

W województwie dolnośląskim istnieje małe miasto o tej nazwie, ale jeszcze go nie odwiedziłem. Nie tylko w kontekście bieżącego kryzysu (albo kryzysów) łatwo zauważyć, że coraz więcej wydarzeń kulturalnych przenosi się do sieci. Na Instagramie znalazłem cytat Loney Abrams, z którym zresztą się zgadzam: The gallery is no longer the primary exhibition space; the Internet is. Jesteś malarką, konsekwentnie korzystasz z tradycyjnego medium. Jak odnajdujesz się w takiej sytuacji? 

W pewnym sensie wrzucenie na Facebooka reprodukcji obrazów bardzo mi pomogło, bo naprawdę długo nikt się nimi nie interesował. Teraz już mogę powiedzieć, że gdy pojawiła się w Katowicach Galeria Szara, zamiast zanieść do nich portfolio, zaczęłam wrzucać te prace do sieci, żeby sami mogli zadecydować. Byłam wówczas świeżo po kilku nieudanych próbach zorganizowania sobie wystawy i bałam się podejmowania kolejnej. Łatwiej było mi też zapytać Kingę Nowak o wystawę w Widnej, wiedząc, że jakoś te obrazy akceptuje (mowa o tak zwanych lajkach). Czyli skorzystałam z tej możliwości tak, jak umiałam i uruchomiło to dalsze, raczej pozytywne mechanizmy. Ale obraz jest moim podstawowym medium, te media społecznościowe nie są przeze mnie wykorzystywane w jakiś bardzo twórczy sposób, jaki obserwuję głównie u młodszych artystów, na przykład u Ciebie. Oceniam to dobrze, podziwiam i zachwycam się kreatywnością, ale… co zawsze mówię z poczuciem winy – obraz mi w zupełności wystarcza. Prawie każdy obraz daje mi taki wycisk, że nie ma mowy o nudzie. Nieobce jest mi zastanawianie się, czy to jest dobre medium na te czasy, ale jest to w dalszym ciągu najlepsze medium dla mnie. 

Dominika Kowynia Pies oddycha

 

Nie masz żadnych równoległych projektów artystycznych? Tajemniczy zespół muzyczny albo undergroundowe praktyki związane z technikami intaglio?

Kiedyś, z dwanaście lat temu, kręciłam serial dokumentalny o studentkach. Ale jakoś nigdy nic z tego nie złożyłyśmy, bo sprawy się pokomplikowały, czasem piłyśmy w trakcie filmowania wino i jakoś nigdy tych materiałów nie przejrzałyśmy nawet. Dosyć to był nowatorski pomysł na tamte czasy, tak mi się teraz wydaje. Grafikę rzuciłam z końcem studiów, nie planuję powrotu. Oprócz tego mam kiepski słuch i potrafię niczego nie słuchać przez kilka miesięcy, nie zauważając tego faktu, co raczej wyklucza projekty muzyczne, nie tańczę i nie mam w planach żadnych działań performatywnych. Ale i tak uważam nieskromnie, że jestem w porządku, nawet coraz bardziej się z tym godzę (co może być faktycznie potwierdzeniem tezy, że jestem już w zaświatach). 

 

Też myślę, że jesteś w porządku. A co do nietańczenia – zauważyłem, że dość szybko zmywasz się z różnych otwarć i wernisaży. 

No tak, nie jestem mistrzynią wernisażowych pogawędek, choć od jakiegoś czasu wierzę słowom Asi Rzepki, że dobrze znać ludzi i dać się poznać. Niestety serce nie sługa, moim naturalnym stanem jest odosobnienie, najlepiej z jednym człowiekiem obok, o dosyć podobnej konstrukcji psychicznej. Ludzi lubię poznawać, ale raczej w kameralnych warunkach. Z tego powodu nie cierpię specjalnie z powodu izolacji spowodowanej koronawirusem, mam duże doświadczenie w samotniczym trwaniu, sięgające dzieciństwa. Cierpię z innych powodów – boję się o to, co jest i co będzie. A wracając do wernisaży, czasem przekonuję się, że impreza może być fajna, ale natychmiast o tym zapominam i wracam do stanu zero. Ciekawe zresztą kiedy i czy wrócimy do tego trybu wystaw…

Dominika Kowynia Chipko1

 

Od jakiegoś czasu spotykamy się w ramach Klubu Miłośników Książki. Szkoda, że nie możemy tu przenieść niektórych dyskusji, które się tam toczą. Skrytykowaliśmy już chyba wszystko, co tylko możliwe. Bardzo to sobie cenię. Co teraz czytasz?

Tak, te spotkania to fajna sprawa, choć nie wychodzi nam ulepszanie tego Klubu. Może nie ma co ulepszać po prostu, może on już jest doskonały? Dla mnie te spotkania są trochę spełnieniem marzenia o edukacji pozbawionej hierarchii i z tego powodu lubię fakt, że krytykujemy wielkie pisarki i pisarzy, ale także cieszy mnie bardzo, kiedy prawie każdy z nas ma inne zdanie na jakiś temat. To jest rozwój, tak to widzę, zwłaszcza w czasach duopolu światopoglądowego. 

Czytam, jak wiesz, dużo rzeczy na raz i to nie jest dobre, moim zdaniem. Pewnie to ten niekorzystny wpływ internetu i mediów społecznościowych, wrażenia, że ciągle mi umyka coś ważnego. W ostatnim tygodniu przeczytałam powtórnie Siostrę Outsiderkę Audre Lorde. Z zaskakującego mnie samą powodu: chciałam przeczytać jakąś zaangażowaną społecznie lekturę, ale istotny dla mnie był również wymiar literacki, a ta napisana została poetyckim, autorskim językiem. Regularnie zastanawiam się nad tym, co jest wartością estetyczną, i jak to wpływa na sens, ale w esejach Lorde autorski język jest silnie związany z sensem. Czuję, że zaraz wkręcę się w oglądanie wykładów i wywiadów z Karą Walker w sieci, bo jak pociągnę za właściwy dla mojej głowy sznurek, to potem już lawinowo idę za głodem ciekawości. Z czasem się dowiem, dlaczego musiałam do tego wrócić. Na razie nie mam pojęcia, może to syndrom wyparcia związany z zagrożeniem epidemiologicznym, zaangażowanie, ale w inny temat. A Ty, co teraz czytasz? 

 

Mam podobny problem z literackim multitaskingiem. Czytam świetny Opis nieszczęścia. Eseje o literaturze W.G. Sebalda, który przypomniał mi o Bernhardzie. A skoro poruszyliśmy temat pedagogiki – w Bernhardowskim Zaburzeniu możemy dowiedzieć się, że „[…] najpierw świat jest szkołą podstawową śmierci, później szkołą średnią śmierci, a potem, dla nielicznych”, powiedział książę, „szkołą wyższą śmierci”. Ludzie są w tych szkołach na przemian nauczycielami albo uczniami. „Jedynym osiągalnym celem nauki”, powiedział, „jest śmierć”.  

Nie skrytykuję mistrza, jestem bez szans w tej rozgrywce…

 

Czy rozmawiasz ze swoim kotem o obrazach, które namalowałaś? Jest w stosunku do nich krytyczny? 

 Mam dwa koty, jednego interesuje tylko mięso, a drugiego gnębienie pierwszego i pasztet z puszki. Moje obrazy mają w głębokim poważaniu.

 

___________________________________  

 

Dominika Kowynia (ur. 1978 r.) Zajmuje się olejnym malarstwem figuratywnym. Studiowała na katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie od kilkunastu lat pracuje. Interesuje ją styk osobistych doświadczeń z bieżącymi wydarzeniami, najnowszą historią i literaturą. Zrealizowała wiele wystaw indywidualnych i brała udział w kilkudziesięciu zbiorowych. W 2012 roku otrzymała stypendium Marszałka Województwa Śląskiego. Ostatnio swoje prace pokazywała m.in. w MSN w Warszawie, w MOS w Gorzowie Wielkopolskim, na Warsaw Gallery Weekend 2018, w Galerii Szarej w Katowicach, Fundacji Stefana Gierowskiego w Warszawie, Galerii Widnej w Krakowie, podczas Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” w Galerii Bielskiej w Bielsku-Białej (w latach 2015 i 2017 – gdzie otrzymała wyróżnienie pisma NN6T). Jej obrazy znajdują się w Kolekcji Fundacji Sztuki Polskiej ING, Kolekcji Sztuki Galerii Bielskiej BWA oraz Kolekcji Fundacji Bęc Zmiana.

___________________________________  


Maciej Cholewa (ur. 1991 r.) Tworzy instalacje, obiekty, video. Ukończył studia magisterskie na ASP w Katowicach. Bazuje na autorskich tekstach literackich. Skupia się na tematach związanych ze społecznością lokalną, peryferiami oraz interpretacją tekstów kultury. Stosuje świadomą konfabulację i przetworzenie zasłyszanych historii oraz kontekstów. Mieszka w małym mieście, które traktuje jako laboratorium oraz ważne źródło odniesień i inspiracji. Pozdrowienia z małego miasta