O sztuce jako pretekście do analizy tożsamości i narzędziu walki o prawa kobiet, a także o współpracy i wzajemnym wsparciu, które są dzisiaj w tej walce najważniejsze, Agata Zbylut opowiada Marcie Czyż.

 

Marta Czyż: Czy mogłabyś określić swoją tożsamość, jako kobiety?

Agata Zbylut: O mojej tej tożsamości i o tym jak do niej dochodziłam jest wystawa Pamiętaj o obietnicy lepszego jutra w BWA Jelenia Góra, którą otworzyłam 4 marca. Analizuję w niej niektóre aspekty stawania się i bycia kobietą. Już na studiach zaczęłam patrzeć na rzeczywistość z tej perspektywy. Najpierw była to perspektywa młodej dziewczyny, studentki, potem absolwentki i osoby, która szukała swojego miejsca w świecie i która próbowała się z tym światem ułożyć. Przyglądałam się temu, co mnie spotykało, krytycznie, na chłodno. Zauważałam, że prawie nigdy nie jestem traktowana na równi z mężczyznami i zawsze muszę negocjować swoją pozycję, a w tych negocjacjach często oprócz moich umiejętności udział bierze również ciało, które jest permanentnie poddawane ocenie. Idąc tam, gdzie chciałam dojść, właściwie nie spotykałam kobiet, więc nie mogłam się od nich uczyć jak osiągać cele nie poddając się patriarchalnym standardom. Czy można stać się sprawczą i uniknąć etykiety „trudnej”, „roszczeniowej” i „pyskatej”? Jak dopiąć swego nie tracąc poczucia własnej wartości? Sama wiesz, że nie wszystkie te negocjacje skończyły się sukcesem.

 

4.1 BWA pamietaj o obietnicy 14 of 174
Widok wystawy Pamiętaj o obietnicy lepszego jutra w BWA Jelenia Góra, fot. Aleksandra Hojczyk

 


Jakie problemy stawiałaś sobie w sztuce na początku swojej twórczości?

Jedną z moich pierwszych prac był plakat Jesteśmy milutkie, na którym dziewczyna i jej suczka siedzą w proszącej psiej pozycji. Zauważyłam, że będąc poza domem zachowuję się tak jak ona wobec mnie, gdy chce dostać lepszy kęs. Zamiast „odszczeknąć” uśmiechałam się. Sytuacje, które dziś oznaczyłabym hasztagiem „Me Too” były dla mnie nierozpoznane, nienazwane i wszechobecne. Dziś, gdy słowo „feminizm” odmieniamy przez wszystkie przypadki, gdy Czarne Protesty i Strajk Kobiet zagościły na dobre w mediach i gdy spotykamy podobne do siebie dziewczyny na portalach społecznościowych, to budowanie świadomości własnego ciała i jego praw stało się łatwiejsze. Wtedy każda z nas walczyła sama.

 0 JESTESMY MILUTKIE

 

Dwadzieścia lat temu nie wyobrażałam sobie tego, że minister czy poseł może publicznie pogardzać kobietami, kwestionować nasze podstawowe prawa.



To były inne problemy niż dziś? Czy te same, tylko na innym etapie tego procesu dochodzenia do samoświadomości?

Z jednej strony te problemy były dokładnie takie same jak dziś: dostęp do legalnej aborcji, pełna kontrola nad własnym ciałem, równe szanse na rynku pracy, przemoc. Z drugiej jednak ja byłam w innym momencie życia, miałam inne doświadczenia, patriarchalne nawyki, które musiałam najpierw zobaczyć i zdefiniować, żeby im się przeciwstawić. Ale też inne wymagania i propozycje są kierowane w stosunku do młodej dziewczyny, a inne do dojrzałej kobiety. Jeszcze inne do kobiety, która już rozpoznała kulturowe kalki i im się przeciwstawia. Dziś jestem otoczona coraz większą liczbą osób, które wiedzą, czym rzeczywiście jest posiadanie równych praw. Zradykalizowała się nasza równościowa postawa, ale też zradykalizowała się niechęć wobec niej.  Dwadzieścia lat temu nie wyobrażałam sobie tego, że minister czy poseł może publicznie pogardzać kobietami, kwestionować nasze podstawowe prawa. Wtedy nikt nie powiedziałby mi prosto w oczy, że będąc kobietą jestem mniej ważna. 

 

Odnoszę wrażenie, że słowo feministka stało się problematyczne. Dla mnie oznaczało ono zawsze osobę tolerancyjną i wspierającą, nie tylko kobiety. Polaryzacja, o której mówisz, sprawiła, że dzisiaj słowo feministka zyskało prawie jednoznaczne zabarwienie osoby, która cały czas przede wszystkim atakuje. Czemu tak się stało?

Mam dokładnie odwrotne odczucia. Dla mnie słowo „feministka”, które przez lata było napełniane złymi treściami przez konserwatystów i ortodoksów, dziś się emancypuje. Odzyskujemy je dla siebie. Kiedyś bardzo często słyszałam wypowiedzi zaczynające się od „nie jestem feministką, ale…” i tu następował feministyczny wywód. Dziś to słowo weszło do mainstreamu a dziewczyny z dumą noszą na ubraniach i dodatkach hasła typu GIRL POWER. Samo słowo „feminizm” też zyskało na pojemności obejmując sobą nie tylko kobiety, ale też wszystkich, którzy tego potrzebują: osoby słabsze, wykluczone, z niepełnosprawnościami, osoby nieheteronormatywne, ale i wsparcie dla ziemi. Czarne Protesty czy Strajk Kobiet okazały się na tyle ważnymi ruchami, że zaczynając się w środowisku feministycznym, stały się nośne również dla mężczyzn. To jest naprawdę ważne, bo feministyczna zmiana bez udziału solidaryzujących się z nami mężczyzn jest niemożliwa. Mamy te same cele. Nazywają się feministami, bo widzą, że patriarchat jest niesprawiedliwy dla wszystkich i krzywdzi również ich.

1.1 BWA pamietaj o obietnicy
The Power of Love, 2019

 


Twoje wystawy są ewoluującym ciągiem Twoich prac. Zawsze pokazujesz poprzednie plus dodajesz nowe. Co pokazałaś w Jeleniej Górze?

Tak, masz rację. Dzieje się tak chyba dlatego, że kolejne prace są trochę dopowiedzeniem tych poprzednich. Gdy jeden z plakatów w 2002 roku zatytułowałam Gdy dorosnę chcę być piękna, to Pańcia w pewien sposób staje się jego dopowiedzeniem. Pańcia jest też jedną z tych prac, które chciałabym kontynuować przez całe życie. W tej serii zdjęć poddaję się bardzo popularnym zabiegom zaawansowanej kosmetyki: zastrzykom z botoksem lub kwasem hialuronowym o różnym stężeniu, niciom liftingującym. 

 

Zdecydowałaś, że będziesz pokazywać moment pomiędzy, który nie jest czymś atrakcyjnym wizualnie i jest ukrywany.

To są naprawdę bardzo popularne zabiegi, które wykonać można nie tylko w klinikach urody, u kosmetyczek, ale również w większości gabinetów dentystycznych. Większość z nich jest też bardzo bolesna. I choć są tak szeroko dostępne, to nigdy nie widziałam nikogo z „efektami” takiego zabiegu. Byłam zdziwiona, że kwas hialuronowy, który ma działać jak krem nawilżający, pozostawia dziesiątki bąbelków, które na kilka dni zatrzymały mnie w domu, a po niciach liftingujących pozostają kolorowe sińce. Nigdy wcześniej nie widziałam nikogo z takimi objawami, co oznacza, że zabiegi te i kobiety, które się im poddają są stygmatyzowane. Zamiast tych obrazów dostajemy opowieść o dietach, które zmieniają rysy twarzy. Znamy obrazy odległych plemion, które ingerują we własne ciała a nie mamy pojęcia o tych, które się odbywają za ścianą. Zależało mi też na tym, aby nie wyglądać na tych zdjęciach jak ofiara. Aby zachować godność wbrew temu, jak bardzo stygmatyzujemy osoby po których widać ingerencje we własną twarz. Internetowe zestawy typu „nieudane operacje plastyczne” ośmieszające kobiety są przecież na porządku dziennym. A przecież te zabiegi są po prostu odpowiedzią na presję wyglądu, z którą zmaga się - lub będzie się zmagała - każda z nas. 

Drugi projekt, który wiąże się z Pańcią pokazywałam premierowo w ubiegłym roku podczas Biennale Zielona Góra. Miał wtedy tytuł 28 700 a jedną z inspiracji do jego przygotowania był Program Romana Opałki. Wielokrotnie zastanawiałam się nad gestem ograniczenia aktywności artystycznej do malowania kolejnych liczb na coraz bielszych tłach. Wydawało mi się to bardzo nudne do momentu, gdy zauważyłam w tym konceptualnym geście osobistą tragedię związaną z czasem i przemijaniem Opałki jako mężczyzny, jako człowieka. Moment, w którym do obrazów malarskich dołączył własne autoportrety nadało pracy cechy osobistej tragedii. Zaczęłam robić sobie „no makeup” portrety po tym, jak z mojej twarzy zniknęły ślady uwiecznione w Pańci, gdy wydane pieniądze miały się już przełożyć na spektakularne efekty. Ale nic takiego się nie miało miejsca. Twarz wygląda podobnie. Blednie tylko ślad po permanentnym makijażu, rosną włosy. Podobnie jak Opałka do zdjęć dołączam nagranie z liczeniem, ale zamiast kolejnych cyfr dodaję do siebie ceny zabiegów. W Zielonej Górze stanęło na sumie 27 800, stąd ten tytuł. Opałka liczy przemijający czas a ja swoimi liczbami próbuję ten czas zatrzymać. Próba ta nie może się udać. Jest skazana na niepowodzenie, ale podejmuję ją tak, jak robi to wiele kobiet. 

7.5 PANCIA
z serii Pańcia, 2018

 


W Twoich projektach często realizujesz scenariusze, z których sama w życiu zrezygnowałaś. 

Jednym z takich niezrealizowanych scenariuszy jest cykl zdjęć W sztuce marzenia się spełniają, ale nie wszystkim, który nawiązywał do wspaniałej pracy Katarzyny Kozyry, ale z nią polemizował. Wzięłam na warsztat pragnienia dziewczyny którą byłam, pochodzącej z małego miasteczka, z zamkniętej społeczności, która nie miała wokół siebie wzorców kobiet, które swoimi ambicjami sięgają naprawdę daleko. Taka osoba nawet do marzeń musi dorosnąć. W dwóch innych cyklach Tak czyli nie i Najpiękniejszy dzień w życiu również użyłam zdjęć dokumentalnych. Tym razem były to zdjęcia ślubne zrobione przez fotografów i gości weselnych, których użyczyły mi koleżanki. W postprodukcji dodałam im swoją postać. Przymierzam panów młodych i każdy z nich wydaje się równie dobry – lub równie zły. Te ślubne cykle powstały wcześniej – czyli najpierw musimy znaleźć w sobie siłę na to, by odrzucić marzenia, które wmawia nam rodzina i środowisko, w którym dorastamy, aby później móc pójść dalej. Zacząć naprawdę marzyć dla siebie. To nie jest łatwa droga i nie ma w tym nic dziwnego, gdy marzenia te nie sięgają dalej niż mainstremowa widzialność. Dlatego tak ważna jest obecność w przestrzeni publicznej kobiet, które mogą stać się wzorem. Obecność fizyczna, ale również w języku, w używaniu feminatywów.

7.2 WSZTUCE... 3
z serii W sztuce marzenia się spełniają, ale nie wszystkim, na podstawie dokumentacji wypożyczonej z galerii, 2009

       
        Sięgnęłam po ciało, które jest dostępne jak żadne inne i chętne do pracy o każdej porze.



Sztuka stała się idealnym narzędziem do tej próby i odrzucenia?

Tak, sztuka pozwala nam na spojrzenie z boku na siebie. Z jednej strony czerpiesz ze swoich doświadczeń i emocji, ale z drugiej jednak musisz zadbać o to, aby przekaz był czytelny, komunikatywny, odpowiednio zwizualizowany. 

 

Dużo pracujesz ze swoim wizerunkiem, co jest ciekawe dlatego, że robiłaś to wtedy kiedy to jeszcze nie było modne. Jak to się zaczęło?

To było zupełnie naturalne. Sięgnęłam po ciało, które jest dostępne jak żadne inne i chętne do pracy o każdej porze. Nie musiałam też się zastanawiać, jak powinna wyglądać moja modelka. Nasz wygląd nigdy nie jest transparentny. Zawsze niesie za sobą treść. Gdyby na przykład na zdjęciu zamiast mnie pojawił się mężczyzna, starsza kobieta, osoba o innym kolorze skóry, to za każdym razem wpłynęłoby to na przekaz. Dla mnie ważne jest również, że eksperymentując z wizerunkiem nie wikłam w to innych kobiet, jak to miało miejsce przez tysiące lat. Nawet jeśli pozy są śmiałe czy kontrowersyjne to biorę to na siebie.

 

Jakie w Twoim przypadku to były doświadczenia?

Na przykład praca Ponad miarę czyli w normie. Kupiłam suknię ślubną, która była o dziesięć rozmiarów na mnie za duża. Była tak duża jak normalna suknia ślubna dla dziewczynki w wieku komunijnym. Sukni towarzyszy trzynaście zdjęć na których ją przymierzam. Oczywiście suknia była odpowiedzią na oczekiwania, które wobec mnie kierowano. Gdy przyjeżdżałam do rodziców to zawsze musiałam wysłuchać litanii o tym, która z koleżanek wyszła za mąż, której się urodziło dziecko. Dlatego ta suknia jest na tyle duża, że nigdy do niej nie dorosnę. Zawsze będzie za wielka. Ta praca też znalazła swoją kontynuację na wystawie w Jeleniej Górze. Kupiłam „księżniczkową”, tym razem dobrze dopasowaną suknię ślubną i wystąpiłam w niej na otwarciu wystawy oprowadzając gości. Spełniłam wdrukowywane nam od dzieciństwa marzenie o założeniu tej pięknej sukni i byciu przez jeden wieczór najbardziej wyjątkową osobą. Spełniłam marzenie a jednocześnie uniknęłam tego, co się wiąże ze ślubem – czyli złożenia przysięgi na całe życie. Nie przez przypadek panny młode są tak młode jak to tylko możliwe. W najbardziej patriarchalnych kulturach za mąż wydaje się dzieci. A im dziewczyna jest młodsza, tym ma mniejszą świadomość tego, że składając przysięgę jednocześnie bierze na siebie obowiązki codziennej nieodpłatnej pracy, zobowiązuje się pracować na rzecz swojego męża i jego kariery, dzieci i domu. Im młodsza jest panna młoda tym mniej miała też czasu, aby zdobyć zawód i doświadczenie. Uczy się jak dbać o innych a nie tego by być niezależną, gdy będzie tego chciała czy potrzebowała, gdy np. mąż okaże się oprawcą czy alimenciarzem. W Jeleniej Górze nie złożyłam przysięgi, a równocześnie doświadczyłam tego, co w ślubach najfajniejsze. Przyjmowałam gości, którzy przyszli tam specjalnie na tę uroczystość.

 

3.0 BWA pamietaj o obietnicy 45 of 174
Agata Zbylut, Pamiętaj o obietnicy lepszego jutra w BWA Jelenia Góra, fot. Aleksandra Hojczyk

 

 

Poruszając się w świecie skonstruowanym przez mężczyzn i dla mężczyzn nigdy nie jestem do końca u siebie i nigdy nie mogę poczuć się pewnie.

  


Realizowałaś też projekty sukien, które też były wcielaniem się w inne role, także odnoszące się do patriarchatu. Opowiedz o nich.

Taką pracą było Sukniowstąpienie, suknia, która została uszyta w atelier mody Kasi Hubińskiej a Inga Iwasiów napisała tekst, który był jej częścią. Do jej uszycia zainspirowała mnie historia mojej dwunastoletniej wówczas sąsiadki Ani. Ania przychodziła do mnie na bezkofeinowe latte i opowiadała o swoim życiu, m.in. o tym, że służy do mszy jako ministrantka. Byłam tym bardzo zdziwiona, bo gdy ja byłam dziewczynką nie mogłyśmy służyć do mszy. Zastanawiałam się, co by było, gdyby kariera Ani mogłaby się dalej rozwijać w kościele katolickim, gdyby mogła awansować. Korzystając z estetyki strojów kościelnych stworzyłam suknię, w której mogłaby być sobą, kobietą-kardynałą. Kolejna suknia powstała z szalików kibiców reprezentacji Polski. Projektując ją wpisałam w internecie hasło "najpiękniejsza suknia świata" i powtórzyłam ten konserwatywny, historyzujący krój: odkryte ramiona, gorset ściskający talię i falbany spływające kaskadą w dół. Szyjąc ją myślałam o poszerzeniu stadionowych rytuałów o kobiety. To miał być strój, który wskazywałby na to, że kobiety nie tylko zawsze w tych rytuałach były obecne, ale również pełniły istotne role. I dopiero gdy pod jednym z postów o niej Charlotte Drag Queer napisała, że też chciałaby mieć taką suknię zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo ekskluzywny jest to projekt. Dla stereotypowo szczupłej i wysokiej ciskobiety. Uszycie sukni dla Charlotte, aktywistki, którą ze strony środowisk nacjonalistycznych spotyka tyle hejtu jest jej idealnym uzupełnieniem. 

 

Twój wizerunek też ewoluuje. Doprowadził do pojawienia się nowych osób, Joachima, Belli…

Najpierw pojawiła się Bella. Miałam ochotę przebrać się za laskę, kupić sobie gorset i długą blond perukę. Spróbować, jak to jest, gdy jesteś „za bardzo”. Zaraz za nią pojawił się Joachim: długowłosy chuderlawy mężczyzna z blond wąsami. Joachim miał być jej dopełnieniem na Instagramie, wziąć w nawias tę przerysowaną kobiecość. Polubiłam ich i na tyle się z nimi zżyłam, że wykorzystałam oboje w wideo, które przygotowałam właśnie na wspomnianą już wystawę w Jeleniej Górze. Oprócz nich zagrała w nim również Kuratorka. Bella zagrała moją przyjaciółkę, Joachim byłego partnera a Kuratorka współpracowniczkę. W konwencji filmu biograficznego cała trójka opowiada o mnie wykorzystując dokumentację prac jako zdjęcia archiwalne, dowody w sprawie, które świadczą przeciwko mnie. Początkowo obiektywna opowieść zamienia się w hejt. Nie trudno rozpoznać, że sama gram wszystkie role a tym samym sama staję się swoją najzacieklejszą hejterką. Uwewnętrzniłam hejt, który przez ponad dwadzieścia lat słyszałam jako kobieta i artystka. Poruszając się w świecie skonstruowanym przez mężczyzn i dla mężczyzn nigdy nie jestem do końca u siebie i nigdy nie mogę poczuć się pewnie. Zawsze też znajdzie się ktoś, kto mi to przypomni.

 

7.1 wideo PAMIERTAJ...
kadr z wideo Pamiętaj o obietnicy lepszego jutra, 2020-2021

 


Zdarzyło Ci się mocne doświadczenie hejtu przy okazji zamieszania wokół powstania Trafostacji Sztuki w Szczecinie, której byłaś inicjatorką.

Tak, wtedy szybko je wyparłam i wyjechałam do Warszawy. Niedawno przy okazji przeszukiwania internetu trafiłam na fora lokalnych szczecińskich gazet z tamtego czasu. Nie mogłam uwierzyć skąd w ludziach, którzy mnie nigdy na oczy nie widzieli jest tyle nienawiści. 

 

Gdyby nie Ty, nie byłoby dzisiaj tej Trafostacji.

Tak, gdyby nie praca moja i stowarzyszenia Zachęta Sztuki Współczesnej w Szczecinie nie byłoby tej instytucji. Została powołana wbrew woli prezydenta głosami rady miasta. Trafostacja miała początkowo być siedzibą dla Kolekcji Zachęty Sztuki Współczesnej, którą buduje stowarzyszenie, ale gdy powstała Akademia Sztuki uznaliśmy, że bardziej przydatna będzie instytucja, która nie jest obarczona olbrzymim zbiorem, w której jest miejsce na sztukę aktualną i eksperyment.

 

Często pracujesz z kobietami, dając przykład jak powinny i mogą ze sobą współpracować na zasadzie totalnego wsparcia i opieki i bez rywalizacji. W Bytomiu zrealizowałaś projekt „Królowa pszczół”, do którego zaprosiłaś swoje byłe studentki. Opowiedz o swojej relacji z kobietami i artystkami.

Każda z nas w dzieciństwie miała przyjaciółkę, z którą lubiła się bawić, tak samo ubierać, pomagać sobie nawzajem. Ale w pewnym momencie dowiadujemy się, że dziewczyny powinny ze sobą rywalizować – zapewne o chłopaków. Patriarchat zamiast podzielić się z nami przywilejami takimi jak dostęp do dobrze płatnej pracy, równe zarobki, pozycja społeczna, decyzyjność; tak przekierował naszą uwagę abyśmy walczyły o to, czego mężczyźni i tak nie chcą robić. Mamy konkurować w sferze prywatnej o najlepiej utrzymany dom i ogród, gotowanie, wychowywanie dzieci. A jeśli jakimś cudem uda nam się to ogarnąć to pozostaje jeszcze konkurowanie o wygląd i walka z własnym ciałem. Wszystko to po to by odwrócić naszą uwagę od rzeczy naprawdę ważnych, starań o pozycje społeczne i zawodowe, w których mogłybyśmy być rzeczywiście sprawcze. 

Sama też się nasłuchałam o wrednych profesorkach, chociaż podczas swoich studiów ani jednej takiej nie spotkałam i szczerzę wątpię, aby gdziekolwiek mogły być bardziej wredne niż profesorowie. Lubię pracować z kobietami. Teraz mając nad sobą szefowe doceniam też ich empatyczny sposób zarządzania. Ale wracając do Królowej Pszczół wzięły w niej udział artystki, które ukończyły prowadzoną przeze mnie pracownię. Chciałam znów się z nimi spotkać, ale już na innej płaszczyźnie. Cieszyłam się z tej współpracy i jednocześnie przeraziło mnie to jak ciężko pracują na to, aby utrzymać się ze sztuki. Bycie artystką to również, a może przede wszystkim, konieczność wykonywania zleceń, które są najczęściej bardzo słabo płatne, umów, których nie można negocjować, podróży z miejsca na miejsce kolejnych wystaw czy projektów. Jako społeczeństwo wciąż uważamy, że artystkom i artystom nie trzeba płacić, że wyżywią się satysfakcją.  

 

Jedną z ciekawszych moich covidowych wystaw, dających możliwość bezpiecznego kontaktu była wystawa w Twoim mieszkaniu. Wycofałaś się jednak z osobistej obecności. Skąd pomysł na taką realizację? 

Projekt powstał na zaproszenie Inés R. Artola, która zaprojektowała dużą międzynarodową wystawę, którą nagle musiała przenieść się do sieci. Co tydzień od 4 października do 8 marca jedna z artystek obejmowała media społecznościowe OUR OWN ROOM. Byłam pierwszą z nich. Wystawiałam się tuż przed drugą covidową falą. Nie mogąc wyjść do galerii zorganizowałam ją u siebie, w mieszkaniu, które wynajmuję w śródmieściu Warszawy. Chociaż mieszkanie jest niewielkie, to powstało w nim sporo projektów. Lubię pracować tam, gdzie żyję. Niedługo wcześniej przeczytałam biografię Jaremianki, która mieszkała ze swoim mężem w dwupokojowym mieszkaniu. W jednym pokoju żyła i pracowała ona a w drugim on. Na weneckie biennale też się tam przygotowywała. Wyobraziłam sobie komisję, która decyduje o wyborze prac stłoczona w pokoju, który oprócz pracowni jest również sypialnią. Połączenie blichtru jaki towarzyszy Biennale z codziennym skromnym życiem artystki dało mi odwagę do tego, aby też zaprosić gości do swojego mieszkania. Pokazałam głównie te prace, które w tym mieszkaniu powstały. Wisiały wszędzie. Zależało mi na tym, aby mieszkanie nabrało charakteru czegoś w rodzaju „izby pamięci” dlatego podczas wszystkich pięciu pokazów nie byłam w nim obecna. Zamiast mnie oprowadzanie małych pięcioosobowych grup prowadziły: Paweł Żukowski, Kamila Goryszewska, Paulina Olszewska i Zofia Krawiec. Spotkania przybrały też hybrydowy charakter ze względu na covid i część zarówno gości jak i przewodniczek była obecna online. 

 

Prowadzisz Pracownię Fotografii i Działań Postartystycznych na Akademii Sztuki w Szczecinie. Zostałaś zaproszona do pracy na niej przez Kamila Kuskowskiego. Co mówisz swoim studentkom w kwestii budowania swojej wartości jako kobiet i jako artystek?

Staram się traktować dziewczyny, które w akademiach stanowią większość, na równi z chłopakami. Cudowne jest to, że w tych najmłodszych rocznikach myślenie równościowe jest już oczywiste. 

 

Co uważasz na temat kobiet, które są przeciwne postulatom dotyczącym możliwości decydowania o swoim ciele, tolerancji do mniejszości, czy innych trudnych sytuacji, w których się znajdujemy, a które stały się dziś polityczną dyskusją?

Rozpoznaję mechanizmy, w których interesie jest to abyśmy jako kobiety nie miały prawa decydować o sobie i abyśmy jak długo to możliwe stanowiły bezpłatną siłę roboczą i reprodukcyjną. Dbamy o dobrostan wszystkich domowników zaspokajając nie tylko ich potrzeby materialne, ale też opiekując się i troszcząc o ich zdrowie. To praca logistyczna, administracyjna, ale również emocjonalna polegająca tworzeniu domowej atmosfery, pocieszaniu, łagodzeniu frustracji, gniewu a nawet terapia. Pozostawienie tych wszystkich obowiązków na barkach kobiet zwalnia państwo z odpowiedzialności w wielu dziedzinach. A gdy kobiety będą siedziały w domach lub by podratować domowy budżet, będą się zajmowały niskopłatną pracą, fundamentaliści będą sprawować władzę i tak urządzać rzeczywistość by im sprzyjała. Nie mam wątpliwości, że to jest cywilizacyjna wojna, w której stawką jest utrata kontroli konserwatystów nad kobietami. I oczywiście jest to przykre, że wiele kobiet wychowując się w patriarchacie, układając sobie w nim życie, nie dostrzega potrzeby zmian. Z drugiej strony pocieszające jest to, że coraz więcej mężczyzn jest naszymi sprzymierzeńcami. Musimy rozmawiać a sztuka jest do tego wspaniałym pretekstem.   

 

 __________________________________

Agata Zbylut – artystka, profesora nadzwyczajna Akademii Sztuki w Szczecinie, gdzie kieruje Katedrą Fotografii i prowadzi Pracownię Fotografii i Działań Postartystycznych. Założycielka (2004) i prezeska stowarzyszenia Zachęta Sztuki Współczesnej w Szczecinie. Więcej na agatazbylut.com

 __________________________________

 

Marta Czyż  historyczka sztuki, kuratorka, autorka tekstów o sztuce współczesnej. Kuratorowała wystawy w Kordegardzie, BWA Zielona Góra, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek U-jazdowski. W 2020 kuratorowała Triennale Młodych w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, Festiwal Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku oraz wystawę „247 godzin” w MOS w Gorzowie. Wspólnie z Julią Wielgus wydała książki „D.O.M. Polski” (z galerią Raster i BWA Zielona Góra) oraz „W ramach wystawy – rozmowy z kuratorami”, która została uznana przez portal culture.pl za jedną z dziesięciu najważniejszych książek o sztuce 2015 roku. Obecnie pracuje nad publikacją analizującą najważniejsze wystawy w historii polskiej sztuki oraz bada twórczość zagranicznych artystów i artystek mieszkających w Polsce.

 ___________________________________   

 

zdjęcie główne - kadr z wideo Pamiętaj o obietnicy lepszego jutra, 2020-2021 (Agata Zbylut we współpracy z Marek Mardosewicz - scenariusz, Magdalena Swacha-Komborska – producentka kreatywna, Jakub Łączny – zdjęcia i montaż, Łukasz Markiewicz - muzyka)