Tegoroczna edycja Festiwalu Łódź Czterech Kultur obfitowała w bogaty program sztuk wizualnych. O tym co się udało a co nie, przeczytacie w rozmowie z kuratorkami tegorocznej edycji Katarzyną Stańczak i Joanną Szumacher.



Kacper Szalecki: Czy mogłybyście przybliżyć swój pomysł na tegoroczną edycję Festiwalu Łódź 4 Kultur?  

Joanna Szumacher: Koncept nie do końca był nasz, bo to organizatorzy festiwalu tegoroczną edycję zatytułowali Współistnienie. To była ogólna myśl założona przez organizatorów. My, ze swojej strony, dodałyśmy warstwę związaną z kulturami obecnie funkcjonującymi w Łodzi, mam tu na myśli: Ormian, Wietnamczyków, Gruzinów i Ukraińców.  

Czyli wszystkie te aspekty, których łodzianie mogą w jakiś sposób na co dzień dotknąć, czy to chodząc do gruzińskiej piekarni, jadając w wietnamskim barze, czy pracując z Ukraińcami. 

Katarzyna Stańczak: W moim odczuciu, tytułowe współistnienie możemy rozumieć bardzo szeroko. Na każdej płaszczyźnie. Ale gdy spotkałyśmy się z Asią by przedyskutować w którym miejscu położyć najmocniejszy akcent, wybrałyśmy problemy mniejszości, które to mniejszości obecnie funkcjonują w naszym mieście ale w naszej świadomości istnieją wyłącznie w sposób stereotypowy, jeśli wogóle. Zaprosiłyśmy artystów do podjęcia tematu współistnienia, rozumianego jako zauważenie problemów mniejszości, w tym imigracji. 

Joanna Szumacher: Oczywiście w łódzkim kontekście. Nie narzuciłyśmy artystom, jak mają się z tym tematem zmierzyć. To, czy nawiążą współpracę z lokalnymi mniejszościami, czy przedstawią go ze swojej osobistej perspektywy, zależało już tylko od nich. Nie zakładałyśmy, że dana artystka lub artysta pójdzie do Wietnamczyka, porozmawia z nim i powstanie wspólne działanie. Zakładałyśmy pewne spektrum, a przede wszystkim interesowało nas, w jaki sposób artyści podejdą do tematu współistnienia. Co jest dla nich ważne? Czy potraktują to tak jak Dominika Olszowy, która zrobiła obiekt o gruzińskich obyczajach pogrzebowych, czy jak Stachu Szumski, tworzący fontannę, z której tryskał sos słodko-kwaśny. A może jak Liliana Piskorska, czyli bardziej od strony społecznej, dotykającej problemu ekonomicznego, czyli w tym przypadku znalezienia pracy. Współistnienie było bardzo różnie rozumiane przez artystów i na tym nam zależało.

Prace o których wspomniałaś były tworzone bezpośrednio na festiwal?

Joanna: Tak, te prace tak. Bardzo nam zależało na tym,  aby artyści w ramach festiwalu spróbowali podjąć wyzwanie zmierzenia się z tematem. Niestety nie wszyscy uczestnicy przyjechali do Łodzi ze świeżymi pracami. 

Katarzyna: Zdecydowana większość powstała jednak na festiwal. 

 

Wystawy miały miejsce w różnych nietypowych przestrzeniach takich jak: Bar Bambus, placyk przed Piekarnią Gruzińską, czy Rynek Bałucki. To wy sugerowałyście miejsca artystom, czy to oni po wstępnym riserczu w Łodzi się na nie zdecydowali?

Katarzyna: Artyści dostali od nas opis kuratorski, który przybliżał nasze spojrzenie na temat współistnienia.. Dodatkowo wytypowałyśmy miejsca dla każdego z artystów, które stały się kontekstem dla planowych działań.  Taki model pracy zaprezentowała na przykład Galeria Czynna, która swoje wydarzenie oparła między innymi na subtelnej atrakcyjności Rynku Bałuckiego. Program festiwalu podzieliłyśmy na trzy wyraźne części. Pierwszą stanowiła praca Julity Wójcik, która zafunkcjonowała jak wystawa solowa tej artystki. Drugą była wystawa grupowa Owoce drzew wszystkich  w przestrzeni pasażu Lido, ostatnia to Miasto Babel, czyli cykl dziesięciu wydarzeń dziejących się w różnych częściach miasta. Wszystkie miejsca festiwalowe były odkryte przez nas i te lokacje zasugerowałyśmy artystom. Dzięki naszym wcześniejszym doświadczeniom, czyli tworzonemu wspólnie festiwalu BlaskBrzask, wiedziałyśmy że fajnie jest prowadzić odbiorców w miejsca nietypowe dla sztuki. Otwierać nowe przestrzenie na działania artystyczne. Myślałyśmy także o ludziach, którzy przyjadą do Łodzi i będą mogli pójść w miejsca nieoczywiste dla odbioru sztuki, a ikoniczne wręcz dla Łodzi. Takim miejscem jest Rynek Bałucki. Po festiwalu słyszałam wiele ciepłych słów na jego temat. Myślę że gdybym spytała o to miejsce łodzian, wielu byłoby zaskoczonych i miało wątpliwości co do jego przydatności dla festiwalu. Chciałyśmy zaprezentować sztukę wszystkim i myślę, że to się fantastycznie udało. Ważna była też dla nas logistyka na poziomie spacerowym. Chciałyśmy, aby wszystkie zaproponowane przez nas miejsca, można było połączyć niezbyt forsownym spacerem. 

 

Dziewczyna w środku wilekiej bańki pływa w stawie
Julita Wójcik, Bańki spekulacyjne

 

Jak odnosicie się do krytyki, mówiącej, że przygotowany przez was program był hermetyczny i elitarny? A także, że ignoruje odbiorcę. Czy to nie jest też trochę rodzaj kolonizowania tych miejsc przez artystów, i nie dawanie ludziom, którzy korzystają z tych przestrzeni na co dzień jakichkolwiek rzeczy w zamian?

Joanna: Musimy odpowiedzieć na pytanie, czym jest sztuka. Jeśli sztukę postrzega się tylko w kategoriach działań społecznych czy działań służebnych wobec odbiorców, no to rzeczywiście można powiedzieć, że część z tych działań nie do końca spełniało te kryteria. Zależało nam, żeby sztuka, którą przywieźli ze sobą zaproszeni artyści, została zaprezentowana taką, jaka ona jest. Jak funkcjonuje na co dzień w obiegu galeryjnym, w obiegu sztuki współczesnej o niekomercyjnym podłożu. Chciałam odwrócić standardową sytuację. Przecież ta sztuka, którą teraz nazywa się elitarną, wcale taka nie jest. Jest zamknięta tylko dlatego, że odbiorcy sztuki nie zawsze chcą w nią wejść i tak ją postrzegają — jako zamkniętą i skomplikowaną. Pomysłem na Miasto Babel, a właściwie na lokalizacje tych wszystkich akcji, było wyjście do ludzi. Wyniesienie sztuki w miejsca, gdzie ludzie, którzy nie zajmują się sztuką,  będą mogli ją zobaczyć. Być może po raz pierwszy. W tym kontekście bardzo podobało mi się działanie galerii In China, która na Rynku Bałuckim postawiła różne obiekty. Spodobał mi się kontrast sztuki, którą pokazała galeria, z wyglądem Rynku Bałuckiego. Co ciekawe, działanie In China wzbudzało zainteresowanie wśród ludzi — codziennych bywalców rynku. Podchodzili i pytali się wolontariuszy, o co w tym wszystkim chodzi. Uważam, i zawsze tak uważałam, że sztuka jest dla wszystkich i nie zgodzę się na dostosowywanie jej do miejsca czy odbiorcy. Działanie In China było właśnie idealnym przykładem na to, że tę „elitarną sztukę” można było oglądać w miejscu powszechnie dostępny, i to się tam sprawdziło. Była właśnie taką jaka jest: obnażona, żywa. Szczerze uważam, że to działanie było niesamowite, bo spośród widzów większą część stanowili ludzie niezainteresowani na co dzień sztuką.

Katarzyna: Może prezentowana przez nas sztuka nie dla wszystkich okazała się zrozumiała, skoro pojawiła się taka recenzja, ale może to wynikało z braku chęci jej zrozumienia. My mówiłyśmy o współistnieniu i to w różnych aspektach. A jest to temat trudny, wywołujący zgrzyty. Po festiwalu zobaczyłam to bardzo wyraźnie, szczególnie na przykładzie filmu What will save us pokazywanego na placu przed Manufakturą, który został totalnie zignorowany przez odbiorców. Problem tolerancji jest albo transparentny dla ludzi którzy ją w sobie mają, albo wywołuje wiele złości wśród bardziej zamkniętych społeczności. Chciałyśmy to pokazać. Odbiór sztuki jest też kwestią bardzo subiektywną. Część publiczności chciałaby zapewne, żeby sztuka była łatwa i przyjemna, a my byśmy chciały, żeby była zupełnie inna — wywołująca emocje.  Myślę, że w każdym z wybranych miejsc zaproponowałyśmy ciekawe naświetlenie tego problemu. W barze Bambus, w niedziele o godzinie dwunastej utworzyła się kolejka do baru na jakieś dwadzieścia osób. Były to osoby na co dzień bardziej zainteresowane kurczakiem w cieście, a nie sztuką. Wtedy jednak do tego kurczaka dostały koncert i malowanie na żywo. To było zupełnie wyjątkowe w tym miejscu. Myślę, że należałoby na to spojrzeć głębiej, niż jedynie uznać, iż ktoś zrobił coś dziwnego, co może być niezrozumiałe dla codziennego uczestnika tej przestrzeni.

 

akcja artystyczna po barem bambus
Galeria Śmierć Frajerom, akcja Polskie rośliny tropikalne 

 

Joanna: Dodatkowo trzeba podkreślić, że Galeria Śmierć Frajerom porozumiała się z Barem Bambus dzięki czemu w środku można było oglądać prezentowane prace. To działanie też było bardzo szalone i pokazujące, tak jak powiedziała Kasia, jakiś problem. Od początku informowałyśmy, że nie zakładamy jakiegoś ogromnego sukcesu w porozumieniu między artystami a mniejszościami. Przecież życie nie wygląda tak, że każdy musi się ze sobą porozumieć lub zgadzać. To jest właśnie to, o czym chciałyśmy powiedzieć. Nie zakładałyśmy sukcesu w porozumieniu czy wielkich fajerwerków. Zakładałyśmy natomiast pewien proces, drogę, którą artyści też muszą przejść, przykładowo komunikując się, czy konfrontując z brakiem porozumienia lub niechęcią ze strony obcokrajowców mieszkających w Łodzi. Dla nas to było bardzo oczywiste, że te sytuacje w jakiś sposób zaistnieją i nie będą łatwe na żadnym poziomie. Jak sytuacja kolektywu WET w Wieży Babel, która była dość ciężka dla artystów próbujących zrealizować warsztaty. Trudności polegały między innymi na znalezieniu obcokrajowców, którzy chcieliby wziąć w nich udział. Film, który ostatecznie powstał, jest wynikiem drogi jaką przebyli artyści i uczestnicy warsztatów. Być może festiwalowe realizacje pokazały brak porozumienia czy też pokazały porozumienie w bardzo nikłym zakresie między nami, a “nimi”. Pokazał to, w jaki sposób funkcjonujemy obok siebie, ale to jest też jakaś prawda o naszych wzajemnych relacjach. Gdy razem z Izą Robakowską rozmawiałyśmy z właścicielami baru Good Morning Vietnam, otrzymałyśmy jasny komunikat, że społeczność wietnamska nie jest ze sobą zgrana, że pojawiają się kłótnie, występują zazdrości o sukcesy. W zasadzie między Wietnamczykami nie ma chęci tworzenia mniejszościowej wspólnoty, przynajmniej w Łodzi. 

 Myślałyśmy także o ludziach, którzy przyjadą do Łodzi i będą mogli pójść w miejsca nieoczywiste dla odbioru sztuki, a ikoniczne wręcz dla Łodzi.

Czy osoby z Good Morning Vietnam pomagały Wam w wyszukiwaniu wietnamskich piosenek do performansu-karaoke Goodbye China?

Joanna Szumacher: Poprosiłyśmy jednego z Panów z Good Morning Vietnam o wskazanie piosenek, które lubi i które chciałby żeby poleciały tego wieczoru. Jeszcze podczas performance dostałyśmy od pracowników baru listę z utworami, które chcieliby usłyszeć w czasie pracy. Tak naprawdę z Izą pierwotnie miałyśmy inną koncepcję i wyobrażenie tego wieczoru. Chciałyśmy zrobić piknik z dziećmi, ale to nie było do zrealizowania. Okazało się, że w Łodzi mieszka pewna Wietnamka, która próbowała już wcześniej takie działania aktywizujące mniejszość uruchomić, ale ostatecznie spotkała się z oporem i wszystko spełzło na niczym. Zarówno my jak i oni mamy swoje cele, chcemy zarabiać na życie i wieść je spokojnie. Po to moim zdaniem wietnamczycy przyjeżdżają do Polski, do Łodzi. 

 

Wybrzmiał jeszcze jeden zarzut dotyczący programu. Dotyczy dostępności wydarzeń, między innymi tego, że część z nich była jedynie po angielsku. W jaki sposób myślałyście o dostępności programu?

Katarzyna: Musimy rozgraniczyć dwie rzeczy. Ten akurat festiwal zaprasza kuratorów do zbudowania programu, natomiast ma osobną komórkę do produkcji. Trudno jest mi odpowiedzieć na zarzut, że może coś było niedostępne lub w nieodpowiedni sposób przetłumaczone. Wstępny program przedstawiłyśmy na początku roku, więc było dużo czasu, aby zmieniać go uwzględniając różne wyzwania produkcyjne. Szczerze, nie za bardzo mogę nawet stwierdzić, o jakie wydarzenie mogło chodzić.

 

Chyba chodziło o akcję Maartena Schuurmana Dreamland w restauracji Casablanca.

Joanna: To było fantastyczne! Artysta zapraszał ludzi do namiotu, gdzie wytworzył taki szczególny rodzaj bliskości pomiędzy sobą a odbiorcami.

Katarzyna : Ja akurat działanie Maartena oceniam bardzo pozytywnie. Nie odczułam tego problemu. Byłam podczas trwania tego działania i służyłam pomocą, radą i tłumaczeniem. Być może problem polegał na przekroczeniu bariery tego namiotu, bo wiele osób nie odważyło się na ten krok.  Projekt jest wielowymiarowy, zaczął się w łodzi i na podstawie powstałych na miejscu flag, stworzonych z wycinków papieru Schuurman będzie szył obrazy-flagi. Powstanie również strona, która będzie je prezentowała. Dla samej Łodzi i Festiwalu to fantastyczna rzecz, która zaczęła się tutaj i będzie trwała przez bardzo długi czas w twórczości holenderskiego artysty. 

Chcielibyśmy, żeby wszystko było otwarte i jasne, wręcz podane przed nami na talerzu. Czy naprawde tak jest?  Czy my na tym talerzu kładziemy cokolwiek dla mniejszości. Czy raczej myślimy: “Ok nie rozumiesz, Twój problem.”

Zastanawiałam się skąd taki odbiór zaproponowanych przez nas działań i pomyślałam, że festiwal przez ostatnie lata nie miał takiego programu sztuk wizualnych. Sztuka współczesna stawia przed odbiorcami problemy, które można rozpatrywać na wielu poziomach w zależności od rozwinięcia widza. Dla dzieci namiot Schuurmana był okazją do zrobienia wycinanek, dla starszych do zastanowienia się nad wymarzonym przez siebie miejscem i do uzmysłowienie sobie jak daleko to wymarzone miejsce jest od tego, w którym aktualnie się znajdują. To jest właśnie piękno takiej sztuki. Trzeba tylko przełamać nieśmiałość. Co myślę ułatwiałyśmy, wychodząc z tą sztuką do ludzi.

Joanna: Większość wydarzeń miała prostą konstrukcję. Była prosta! Siedzenie w namiocie i rozmowa z artystą nie jest niczym, czego szczególnie by się nie rozumiało. Tylko, jak powiedziałaś, trzeba wykazać chęć. Wejść do środka, zrobić krok. Być może problem jest w tym, że festiwal nie przygotował swoich odbiorców. Festiwal zmienił w pewnym momencie swoją koncepcję względem sztuk wizualnych. Przez lata były postrzegane przez pryzmat muralu lub jakiejś wielkiej realizacji w przestrzeni miejskiej. My zaproponowałyśmy po prostu sztukę.

Musimy odpowiedzieć na pytanie, czym jest sztuka. Jeśli sztukę postrzega się tylko w kategoriach działań społecznych czy działań służebnych wobec odbiorców, no to rzeczywiście można powiedzieć, że część z tych działań nie do końca spełniało te kryteria

 

Chciałbym Was zapytać w takim razie jak się pozycjonują sztuki wizualne w ramach całego festiwalu? Joanno, wspominałaś, że są traktowane po macoszemu, że w zasadzie są mniejszością. Jak wygląda więc tytułowe współistnienie różnych sztuk, również budżetowo? 

Katarzyna: Budżet wydarzeń poświęconych sztukom wizualnym był niewielki, trudno go porównywać z teatralnym. Ale nawet ten który był, rzadko jest spotykany w ramach tego typu wydarzeń. Ogólnie sztuki wizualne są traktowane po macoszemu. Wydaje mi się, że przez wiele lat nie było programu wizualnego, który promowałby artystów i poruszał zagadnienia współczesne w sztuce. Teraz festiwal nie ma na nie publiczności. Większość odbiorców festiwalu chodzi na koncerty i do teatru. Sam w sobie festiwal traktuje sztuki wizualne marginalnie. Festiwal niejednokrotnie mówił, że opłacalność czy sukces festiwalu mierzy się w pieniądzach. Trudno jest taką miarę przykładać do sztuk wizualnych. To była pierwsza edycja od kilku lat, która próbowała pokazać naprawdę współczesną sztukę. Taka zmiana musi być jednak procesem konsekwentnie prowadzony przez szereg lat. Nie da się wieloletnich zaniedbań naprawić jednym ruchem, ale można tym ruchem wskazać kierunek zmian i to starałyśmy się zrobić.

Joanna: Zależało nam na tym, żeby festiwal miał dobrych artystów. Żebyśmy dały festiwalowi artystów, którzy funkcjonują obecnie na rynku sztuki. Dlatego pojawiły się te nazwiska i te galerie. Liliana Piskorska, Stach Szumski czy Dominika Olszowy to osoby, które działają od dłuższego czasu i są w stanie zrobić naprawdę dobre rzeczy. Chciałyśmy, żeby sztuka, która powstanie specjalnie na festiwal, niosła ze sobą dużą wartość.

 

Karolina Plinta zarzuciła Wam w artykule Kopniakiem w empatię, że współpraca z obcokrajowcami w ramach festiwalu jest ograniczona w porównaniu do takich festiwali jak Warszawa w Budowie, w ramach których zapraszani są migranci.

Katarzyna: Musimy pamiętać o różnicy w ilości odbiorców sztuki w Łodzi i Warszawie. Zaproponowanie tutaj konceptu, w którym zapraszamy większość artystów pochodzących z mniejszości, dodatkowo zmniejszyłoby ilość widzów. Dlatego zaprosiłyśmy artystów polskich, którzy swoją rozpoznawalnością zainteresują odbiorców. Rozumiem ten zarzut, niemniej jednak jesteśmy ograniczone realiami, w których funkcjonujemy i musimy brać je pod uwagę.

Joanna: Poza tym nie taka była sama koncepcja. Dlaczego mamy powtarzać koncept Warszawy w Budowie? Zresztą procentowo było dużo artystów i galerii reprezentujących mniejszości, którymi chciałyśmy się zająć w ramach festiwalu, m.in. galeria z Gruzji, Rosji. Wśród obcokrajowców znaleźli się też Mat Do, a Joshua Thies robił radio festiwalowe...

Katarzyna: Był również wielonarodowościowy kolektyw WET. Podsumowując, chciałyśmy przede wszystkim zmierzyć się z tematem współistnienia. Zaprosiłyśmy artystów reprezentujących mniejszości, żeby poznać ich spojrzenie na interesujące nas kwestie, ale też pokazałyśmy spojrzenie samych polaków na ten problem. 

 

Co dalej? 

Joanna: Chciałabym, żeby festiwal nie zaniechał drogi, którą podjął w tym roku i żeby spróbował się otworzyć na sztuki wizualne. Uważam, że w kontekście tego, co się dzieje w polskiej sztuce, a dokładniej w jej negatywnym odbiorze, to ważne, żeby sztuka współczesna wychodziła do ludzi. Żeby realnie funkcjonowała, a nie była tylko postrzegana przez działania społeczne czy sferę ludyczną. Żeby zaczęła być postrzegana  poprzez swoją pełnię.Uważam, że nie można się zatrzymać. Wycofać z powodu, że kilku osobom się nie podobało jakieś działanie, lub że nie należy czegoś realizować, bo to będzie mało zrozumiałe. Mam nadzieję, że festiwal zmierzy się z odbiorcą. Nie wiem do końca, jakie są jego cele oraz czego będą chcieli organizatorzy. Dla mnie jako kuratorki ważne było, żeby sztuka wyszła do ludzi, i żeby ją pokazać w Łodzi w szerszym odbiorze niż w kilku niezależnych, działających na terenie miasta galeriach. Chciałabym, żeby sekcja sztuk wizualnych stała się pełnoprawną częścią Festiwalu Łódź 4 Kultur. Żałuję jedynie, że nie udało się zrealizować na stałe projektu, który by pozostawił na stałe obiekt w przestrzeni publicznej. 

 

Co to był za projekt? 

Katarzyna: Planowaliśmy, żeby Julita Wójcik zrealizowała w przestrzeni publicznej projekt. Jednak nie udało się tego zrealizować. 

 

 Z jakich powodów nie powstała realizacja Wójcik w przestrzeni Łodzi?

Joanna: Mogę tyle powiedzieć, że był opór związany z estetyką zaproponowanej rzeźby/instalacji. W Łodzi postawiono na realizacje, które mając funkcjonować w przestrzeni muszą mieć wygląd historyzujący. Obiekt, który miał powstać był innego rodzaju. Był kolorowy, nawiązywał też swoim wyglądem do rzeźb Kobro, ale też można powiedzieć, że był nieco brutalistyczny. To nie spodobało się osobom odpowiedzialnym za wygląd przestrzeni miejskiej w Łodzi. Zaproponowano, żeby stał w okolicach lotniska. Nie mogłyśmy się na to zgodzić.    

 

Dziękuję za rozmowę

 

___________________________________


Joanna Szumacher.
 Artystka audiowizualna, piosenkarka i kompozytorka. Autorka i pomysłodawczyni cyklu muzycznego Byle do wiosny w Muzeum Sztuki w Łodzi. Laureatka Punktu dla Łodzi oraz Plastrów Kultury w dwóch kategoriach. Kuratorka i  współzałożycielka łódzkiej Galerii W Y. Współorganizatorka festiwalu Blask | Brzask.

___________________________________


Katarzyna Stańczak
wraz z Maciejem Łuczakiem od 2013 roku prowadzi PRACOWNIĘ PORTRETU, galerię sztuki współczesnej, w której zorganizowano blisko 40 wystaw, koncertów, działań performatywnych. W 2017 roku Katarzyna Stańczak wraz Maciejem Łuczakiem z ramienia PRACOWNI PORTRETU oraz zespołem z galeri W Y zorganizowała festiwal sztuki współczesnej BLASK | BRZASK. Na co dzień zajmuję się Architekturą.

___________________________________   


Kacper Szalecki
 - artysta wizualny, współtwórca upadłego kolektywu Dom Mody Limanka. 

___________________________________   

 

Zdjęcie główne - Zobacz i wygraj / Galeria Czynna / Robert Mainka i Jana Shostak