Może istnieje jeszcze szansa na skuteczną kooperację i zgodę, działanie międzypokoleniowe i międzyśrodowiskowe. Mam taką nadzieję, istotą choreografii jest w końcu współpraca, nawet jeśli sceną okazuje się bardzo śliska tafla szkła. Wiktoria Kozioł o X. edycji Festiwalu Sztuki Efemerycznej „Konteksty”.

 

Organizacja jubileuszowej odsłony „Kontekstów” musiała być nie lada wyzwaniem. Kłody na horyzoncie: obiektywne komplikacje pandemiczne, odmienne wizje przyszłości wydarzenia wyszeptywane w kuluarach i ciągnąca się za festiwalem zła fama.Trudno znaleźć pozytywną recenzję którejkolwiek z odsłon, można je podzielić na te w tonie chłodno-neutralnym i negatywnym. Jednogłos krytyki jest znamienny, warto jednak sprawdzić czy uzasadniony i nadal aktualny. Na X. „Kontekstach” pojawiłam się w sytuacji szczególnej, bo to mój pierwszy raz. Wszystkie informacje o poprzednich edycjach są więc zapośredniczone, z drugiej strony nie mam uprzedzeń i nie kieruję się resentymentem. Nie jest też tak, że na festiwalu nic się nie zmienia, chociaż zakulisowe głosy sugerują, że to mało rewolucyjny rozwój. Trzy lata temu pojawiła się Platforma Otwarta, na której prace prezentowali młodsi artyści i artystki, nie obyło się jednak wtedy bez kontrowersji finansowych. Nie wchodzę w szczegóły, ważne, że w tym roku wszyscy otrzymali zapłatę za swoją pracę. W 2020 ze względu na COVID zrezygnowano z Platformy oraz części warsztatowej. Ogólny chaos organizacyjny sugeruje, że redukcja wydarzeń była dobrym wyborem. Fundacja In Situ postanowiła odświeżyć formułę, wprowadzając dwie odrębne sekcje kuratorskie. Z jednej strony sceny mamy więc propozycję Małgorzaty Sady o tematyce samotności, z drugiej koncepcję Marty Czyż we współpracy z Julią Wielgus i Joanną Zielińską („Choreografie terenowe”). Zobaczmy, co z tego tańca wyszło. 

 

kobieta siedzi na krześle w lesie
Muzyka much, Dariusz Fodczuk, fot. Yulia Krivich


 

W sztuce musi być miejsce na porażki i próby.  Przyznaję jednak z goryczą, że przecież edukacyjno-intymny filar nie udźwignie całego festiwalu. Pozytywnie wyróżniały się filmy Emy Kugler, instalacja wideo Karoliny Breguły i Dariusza Fodczuka była utrzymanym w konwencji grozy metakomentarzem dotyczącym historii festiwalu.


Pierwsze doświadczenie: seanse w Kinie Zdrowie, gdzie w związku z pandemią pokazano liczne prace. Przeważającą część kinowego repertuaru skomponowała Małgorzata Sady. Kategoria, która pojawiła się w mojej głowie –nieoglądalne. Zabrałam się do recepcji solidnie i z nadzieją, podejmowałam wielokrotne próby. Sztuka bywa trudna i żmudna, nie musi być zawsze chwytliwa, ale powinna mieć przynajmniej jakiś progowy poziom oglądalności. Filmy, które zobaczyłam, nie tworzyły spójnej całości, kolaż był bardzo dowolny. Gdyby nie podano tematu wcześniej, nie rozszyfrowałabym myśli przewodniej. Nie były też przygotowane do pokazywania w kinie, na dużym ekranie. Nie chodzi o kwestie czysto techniczne, ale o samą ich formę. Inaczej odbiera się wideo Izabeli Gustowskiej w konkretnej przestrzeni, np. jako części instalacji, niż siedząc w ciemnym, dusznym pomieszczeniu albo przykładając nos do komórki czy tabletu. Seanse trwały po kilka godzin, ale wymiękałam przy pierwszych minutach. Wydaje się, że ktoś nie odpowiedział na podstawowe pytania: jakie są cele tej sytuacji komunikacyjnej i czy jej forma jest dostosowana do prezentowanego materiału. Rozumiem potrzebę pozytywnego przekazu w trudnych czasach, ale kiedy David Hockney w filmie „Świat jest piękny”mówi, że trzeba umieć dostrzegać detale i cieszyć się chwilą, nie umiem oprzeć się wrażeniu, że trafiłam na mowę motywacyjną początkującego trenera personalnego. Tak, świat czasem bywa atrakcyjny, a uważność –zwłaszcza obserwacja przyrody i zachodzących w niej drobnych zmian –podwyższa jakość życia. Obserwowanie płonącego drzewa na ekranie kinowym (wideoperformans „Płonąc (w drzewie)” Nigela Rolfe’a) nie zdaje egzaminu: różnica taka jak oglądanie gór i fototapety z widokiem. Wiele z prac można zobaczyć po prostu w internecie i to nie na platformie streamingowej „Kontekstów”. Już dawno tam były, co pod znakiem zapytania stawia kategorię efemeryczności. Ze względu na skromną liczbę wydarzeń odbywających się in situ, zastanawiałam się, jaki jest sens przyjeżdżania do Sokołowska i oglądania streamingu online. 

Hipoteza: problem nie tkwi niestety wcale w różnicach pokoleniowych lub środowiskowych, ale w tym, że można rozpoznać, ile czasu i energii poświęcono na przemyślenie całej koncepcji projektu, dobranie prac, wybór kontekstów, określenie, do kogo są adresowane. Linia kuratorska wymaga stworzenia przemyślanego komunikatu, przynajmniej sugestii, a kilka okrągłych słów i hasło „wszyscy egzystencjalnie jesteśmy samotni” nie wystarcza. Czuję się co najmniej zawiedziona, kiedy ktoś pokazuje mi człowieka mówiącego, że pąki na drzewach są ładne, nawet jeśli jest akurat uznanym malarzem. Kuratorowanie to trudna sztuka akuszerska, rzucanie okrągłych słów o wolności artystycznej i samotności bywa zasłoną dymną dla braku koncepcyjnego dopracowania projektu. 

 

kobieta w kapeluszu ogląda wideo w lesie
Idę prosto przed siebie przez ciemny ciemny las, Karolina Breguła, Dariusz Fodczuk, kadr z filmu

 

Mimo to można było dostrzec co jakiś czas zgrabnie wykonane piruety. Pozytywnie wyróżniały się filmy Emy Kugler, ich surrealistyczny klimat i wizualny rozmach usprawiedliwiały kinowy format i podtrzymywały uwagę (wybór: Lawinia Rate). Instalacja wideo Karoliny Breguły i Dariusza Fodczuka wpisywała się w formułę efemerycznego przeżycia, była też metakomentarzem dotyczącym historii festiwalu („Idę prosto przed siebie w ciemny ciemny las”). Ukryta w leśnym zaułku, do którego należało pójść samemu w nocy, przedstawiała film w konwencji grozy. Androgeniczna mordercza postać, przypominająca strzygę albo wampirzycę, przemieszcza się w szuwarach. Wydaje się pastiszowo komentować performans jako ekstatyczne wicie się w chaszczach –wiele takich prac na Kontekstach pokazywano we wcześniejszych edycjach, taplanie się w bajorze jest chyba dla performerów bardzo atrakcyjne. Na początku filmu słychać wypowiedź, która brzmi fachowo, ale nie ma zbyt dużego sensu. Męski głos podkreśla, że festiwal jest różnorodny, bo są na nim pokazywane różne prace. Czy to nie Łukasz Guzek, kurator pierwszej edycji Kontekstów? Tembr podobny, chociaż instalację pamiętam jak senną marę. Może to moja nadinterpretacja? Wampirza postać ma zakrwawioną twarz, nachyla się nad czymś, chyba żeruje na ofierze. Czy performans jest już takim żywiącym się trupami monstrum? Pamiętacie wierszyk, recytowany przez dzieci: „był sobie ciemny, ciemny las…”? Na końcu opowiastki okazuje się, że  w lesie, w domku, na stole, w trumnie jest trup. Może to właśnie truchło performansu. A może chodzi o to, że medium konfrontuje odbiorców z lękami? Także dotyczącymi samotności, przecież te postacie z horrorów zawsze się rozdzielają, zanim coś je dopada. Praca nie jest jednostronna, krytykancka, wskazuje też na mozół „samotnych działań” oraz wzrost poziomu trudności organizacyjnych z kolejnym rokiem (im dalej w las, tym więcej drzew), jest w niej coś przerażającego, ale i czułego zarazem. Fodczuk w filmie odgrywa monstrualno-groteskową, wampirzą postać. Także zorganizowana przez niego kolektywna akcja z wykorzystaniem dźwięków kieliszków („Muzyka much”), spotkała się z ciepłym przyjęciem publiczności. W tym roku było to właściwie jedyne oddolne, dodatkowe działanie, prócz częściowo spontanicznego spaceru Urszuli Zajączkowskiej i tarota Ady Piekarskiej. więcej drzew), jest w niej coś przerażającego, ale i czułego zarazem. Fodczuk w filmie odgrywa monstrualno-groteskową, wampirzą postać. Także zorganizowana przez niego kolektywna akcja z wykorzystaniem dźwięków kieliszków („Muzyka much”), spotkała się z ciepłym przyjęciem publiczności. W tym roku było to właściwie jedyne oddolne, dodatkowe działanie, prócz częściowo spontanicznego spaceru Urszuli Zajączkowskiej i tarota Ady Piekarskiej.

 

artyści w galerii
BWA Sokołowsko, Moje medium prowadź mnie, Jan Eustachy Wolski, Konrad Żukowski, Zuzanna Piontke 

 

Doceniam wagę nieformalnych relacji, wartość gawęd tzw. Starej Gwardii, klasyków performansu i ich akolitów. Chciałam zobaczyć wprowadzenie Józefa Robakowskiego do jego filmów na słynnym sokołowskim pokazie, niestety ze względów technicznych wydarzenie się nie odbyło. Małgorzata Sady potrafi sypać jak z rękawa urokliwymi opowieściami. Potencjał edukacyjny Ewy Zarzyckiej jest imponujący, chętnie posłucham jeszcze, jaka była z jej perspektywy historia festiwalu i jakie jest jej podejście do studentów. Doceniam stabilność jej mikroopowieści i konsekwencję kreowania świata przedstawionego. Performans zaproszonej przez nią studentki, Katyi Libkind, był nawet zabawny i niepompatyczny (artystka pokazała widzom swoje pośladki, by bez większej egzaltacji komentować, jak można interpretować pokazywanie pośladów w performansach). W sztuce musi być miejsce na porażki i próby.  Przyznaję jednak z goryczą, że przecież edukacyjno-intymny filar nie udźwignie całego festiwalu. 

 

kobieta z goła pupą w lesie
Bohater performensu, Katya Libkind, fot. Marcin Polak

 

       Marta Czyż jasno artykułowała, jaki był cel jej działań: wykorzystanie postperformansu, odwołanie się do zwrotu choreograficznego, z bagażem tradycji pierwszej awangardy i estetyki relacyjnej. Przyzwoity skądinąd program warszawskich instytucji (MSN, Zamek Ujazdowski) został zaimportowany do wsi pod Wałbrzychem. 


Drugi zespół przynajmniej zna kroki kuratorskiego tanecznego układu. Co prawda tekst wprowadzający nie porywa, jest podobnie niekonkretny jak rozważania o samotności („Pożegnania łączą się ze smutkiem”). Na szczęście w wywiadach radiowych i komentarzach kuratorskich Marta Czyż jasno artykułowała, jaki był cel działań jej platformy. W skrócie: chodzi o wykorzystanie postperformansu, odwołanie się do zwrotu choreograficznego/performatywnego, z bagażem tradycji pierwszej awangardy i estetyki relacyjnej. Dzięki projektom postperformatywnym pobyt w Sokołowsku nabrał przyjemnych cech turnusu wczasowego: wspólna kolacja z gruzińskim jedzeniem i ścinającym z nóg bimbrem (Galeria Komputer), trening oddechowy przygotowujący do górskich wędrówek (Dobrosława Borkała), spontaniczny spacer botaniczny i pichcenie bardzo smacznej zupki z lokalnych roślin, znalezionych w okolicy (Urszula Zajączkowska).

 

kobieta zrywa lisć z drzewka
Spacer Botaniczny, Urszula Zajączkowska, fot. Yulia Krivich

 

Można było wsłuchać się w dźwięki wydawane przez różne nie-ludzkie istoty podczas słuchowiska-wykładu (Sebastian Cichocki), wspólnie poczytać, a potem podyskutować o lekturze (Kem), postawić tarota wystawie (Ada Piekarska), śledzić życiowe zwierzenia dziewczyn z Ukrainy, które zdecydowały się opowiedzieć swoje historie (Open Group). Platforma Marty Czyż była zgrabnie zorganizowana i z pewnością wyznacza przyszły kierunek rozwoju tej tanecznej historii. Co bardziej osłuchanym te nuty są jednak znane: w końcu postperformans na dobre zagościł w Polsce jakieś pięć lat temu, na świecie brzmi już od dwóch dekad. Estetyka relacyjna święciła triumfy w latach 90., wydarzenie Galerii Komputer było niemalże kopią działań Rikrita Tiravaniji. Już myślałam, że jest rok 1990, a za oknem galerii Pauli Allen zobaczę Broadway. Nie chodzi o zarzut „to już było”, ale o odpowiedź na pytanie, czy wydarzenia są wystarczająco inne, aby były wartościowe poznawczo i poruszające. Przyzwoity skądinąd program warszawskich instytucji (MSN, Zamek Ujazdowski) został po prostu zaimportowany do wsi pod Wałbrzychem, często bez zwrócenia uwagi na lokalny kontekst. Zaproponowane projekty właściwie mogłyby odbyć się wszędzie. 

 

ludzie na scenie w kinie
Kółko czytelnicze queerowych ekologii #3 KEM, fot. Yulia Krivich

 

Nie wszystkie lekcje z ograniczeń estetyki relacyjnej, na które wskazywała m.in. Claire Bishop, zostały przyswojone, skoro na kolacji część osób dowiedziała się, że nie ma dla nich miejsc przy stole i będzie musiała czekać na trawie, póki trwa kręcenie filmu (20 minut!). No tak, relacje sięgają tylko do progu galerii, bywają chwilowe i wykluczające, a do tego jeszcze tworzymy symulakrum na czas kręcenia filmu, który jest ważniejszy niż samo zdarzenie. Niefortunny komunikat organizatorów nie wynikał ze złych intencji, a ze zwykłego zdenerwowania, ale zrobiło się niezręczne. Natomiast kontakt z lokalną publicznością miał chyba miejsce tylko raz, podczas performatywnego czytania Kemu i był traumatyczny. Zdarzył się tzw. koszmar każdego prowadzącego dyskusję panelową, pojawiła się ta trudna osoba, która zawłaszcza całe spotkanie i uznaje swoje doświadczenie za jedyne słuszne. Z drugiej jednak strony przygotowanie prowadzących spotkanie i rozmowę pozostawia wiele do życzenia. Kolejne performatywne czytanie odbyło się w kinie i trzeba było uczestniczyć w całej dyskusji, „aby przyszły tylko osoby naprawdę zainteresowane”, co odczytuję jako asekurancki wymyk. Po tym, co zobaczyłam wcześniej, nie poczułam się wystarczająco na siłach, żeby jeszcze raz komentować te same teksty, dość zresztą przystępne i jasne (m.in. fragment „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” Reni Eddo-Lodge). Sytuacja jest jednak rozwojowa, a Kem ma niewykorzystany jeszcze potencjał i zadał sobie potrzebny i odważny trud wyjścia poza strefę komfortu. 

 

kolacja, przemawia mężczyzna
Bez tytułu (Supra), Galeria Komputer,  fot. Yulia Krivich

 

Nie zrozumcie mnie źle, powyższe wydarzenia były raczej udane. To niemal pewniaki, samograje. Kto przeczytał chociaż kilka felietonów Zajączkowskiej, widział wystawę Cichockiego czy wcześniejsze prace Borkały wiedział, że musi się udać. Z bezpiecznej pozycji pewnie nie doszacowuję ryzyka, niemniej mam nadzieję, że gdyby Marta Czyż miała możliwość kontynuacji swoich działań, sięgnęłaby po odważniejsze rozwiązania, a ja upewniłabym się w przekonaniu, że pokazała zaledwie odsetek swoich możliwości. Zaletą zaproponowanych przez Czyż, Wielgus i Zielińską projektów była prostota, przejrzystość i odpowiedź na bieżące potrzeby sytuacji festiwalowej, brak technicznego ogadżetowania, związany często z  choreograficznymi realizacjami. Open Group stworzył akcję, w której trzy kobiety z Ukrainy opowiadały o swojej sytuacji życiowej, emigracji do Polski, pracy na czarno. Wypowiedź pierwszej była bardzo osobista, drugiej przypominała oficjalne podanie, a trzeciej zapisy z pamiętnika. Projekt przedstawiający prywatne doświadczenia osób z Ukrainy wykraczał poza grzeczne i uładzone „Ukraina: pamiętamy”. Zgrabny koncepcyjnie był też pomysł przekazania jednego metra sanatorium Brehmera Open Group. Czy to był metr sześcienny czy kwadratowy? Jestem ciekawa, czy wykorzystają go w przyszłości, czy będą budować kapitał przestrzenny, posiadając wiele maleńkich, metrowych „działek” w instytucjach kultury. 

 

trzy kobiety przy rzeżbie
Open Group, fot. Yulia Krivich

 

Tegoroczna edycja „Kontekstów” obyła się bez burzliwej wymiany zdań, płomiennego wykłócania się o sztukę (to akurat szkoda), inwektyw, zarzutów cenzury, chociaż niektórzy z uczestników mówili, że wyczuwają niewyartykułowane, iskrzące w powietrzu konflikty. Poza tym wydarzenia odbywały się w miłej, leniwej atmosferze. Czy po powyższej analizie opowiedziałabym się jednak za jedną z dwóch platform kuratorskich? Paradoksalnie nie. I nie chodzi tutaj o jakieś recenzenckie asekuranctwo. Uważam, że w Sokołowsku jest wystarczająca ilość miejsca dla różnych wizji, nawet jeśli jedna byłaby oceniana jako zdecydowanie bardziej kompletna i udana, niż druga. Może istnieje szansa na skuteczną kooperację i zgodę, działanie wspólnotowe, międzypokoleniowe i międzyśrodowiskowe.  Mam taką nadzieję, istotą choreografii jest w końcu współpraca, nawet jeśli sceną okazuje się bardzo śliska tafla szkła. 

 

___________________________________   

 

Wiktoria Kozioł – absolwentka psychologii i historii sztuki (Indywidualne Studia Humanistyczne UJ), doktorantka Wydziału Historycznego UJ. Historyczka i krytyczka sztuki, stale współpracuje z „Magazynem Szum”. Publikowała w „Artium Questiones”, „Miejscu”, „Magazynie Sztuki”, „Obiegu”. Aktualnie kończy prace nad pracą doktorską o sztuce krytycznej na tle przemian społecznych i politycznych po 1989 roku. Interesuje się sztuką zaangażowaną, psychologią twórczości, stosunkiem do materialnego dziedzictwa i materialności w sztuce w Polsce i w Niemczech po 1945 roku. Wykonawczyni grantu (MISTRZ 2015 Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej, kier. Wojciech Bałus) From the Material to the Immaterial Medium. Changes in Art in the Second Half of the 20th century and the Discourse of Art History oraz stypendystka Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na Wydziale Historycznym UJ.

 

___________________________________   

 

Festiwal Sztuki Efemerycznej „Konteksty”
Sokołowsko
23-26.07.2020
Kuratorki: Małgorzata Sady, Marta Czyż, Julia Wielgus, Joanna Zielińska
http://konteksty.live

___________________________________   

 

Zdjęcie tytułowe: La ROSADA, Syfonia oddechowa, Dobrawa Borkała, fot. Yulia Krivich