Z Joanną Rajkowską rozmawia Natalia Słaboń

 

Trzecia edycja projektu organizowanego wspólnie przez Muzeum Sztuki i Akademię Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi powoli dobiega końca. Przed jej uczestnikami – studentkami i studentami łódzkiej ASP, jeszcze wieńcząca cykl warsztatów wystawa.  Podczas tegorocznej odsłony motywem przewodnim podejmowanych przez nich działań było miasto – Łódź.

Cykl spotkań podzielony został na część wykładową i warsztatową. Podczas pierwszej części, uczestnicy/czki projektu mieli okazję zapoznać się z doświadczeniami i spostrzeżeniami wynikłymi z projektów w przestrzeni publicznej inicjowanych przez Aleksandrę Jach, Agnieszkę Pinderę, Katarzynę Słobodę i Hannę Gill-Piątek. Wnioski płynące z tych zróżnicowanych miejskich aktywności miały stworzyć pewną teoretyczną bazę pod dalsze, już praktyczne działania uczestników. Na drugą część złożyło się pięć dwudniowych warsztatów z Joanną Rajkowską. O ich przebiegu, o wiązanych z nimi planach, ale również o “wszechświecie mikrokosmosów”, jakim okazała się Łódź, miałam przyjemność porozmawiać z artystką.

 

Natalia Słaboń: Jak Pani zareagowała na zaproszenie do projektu warsztatów studenckich powstałego we współpracy Muzeum Sztuki w Łodzi z łódzką ASP?

Joanna Rajkowska: Zareagowałam z przerażeniem, wiadomo! (śmiech) To są bardzo trudne zadania. Trzeba użyć wiedzy, którą zazwyczaj pożycza się od kogoś innego. Bo właśnie wsparcie kuratora/kuratorki jest kluczowe podczas przygotowywania wystawy. A tutaj nastąpiła wymiana ról. Ta część odpowiedzialności, którą się normalnie z przyjemnością zrzuca na innych, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Więc jasne, że boję się takich rzeczy i nie czuję się do końca kompetentna. Na szczęście moja rola w tym projekcie nie jest stricte kuratorska, podejrzewam raczej, że chodzi o pewien rodzaj energii.

 

IMG 4504

 

Ale rozumiem, że Aleksandra Jach i Łukasz Ogórek, dwójka pozostałych opiekunów tegorocznej edycji projektu, stanowiła dla Pani oparcie?

Tak, jasne! To jest praca zdecydowanie kolektywna, więc to raczej ja im towarzyszyłam, a nie odwrotnie. Wszystkie decyzje podejmowaliśmy wspólnie, nawet to, co  dotyczy sprzętu, czyli już spraw typowo wystawienniczych. Kieruję się intuicją i doświadczeniem, które jest pomieszaniem doświadczenia z pracy w przestrzeni publicznej oraz przestrzeni symbolicznej, jaką jest sala galerii czy sala muzealna.

 

IMG 6324

 

Zastanawia mnie, jak podeszła Pani do samych uczestników/czek: czy byli oni przede wszystkim studentkami i studentami uczelni artystycznej, czy pewną materią społeczną, w której przyszło Pani pracować?

Studenci to nie jest “materia społeczna”:) Skupiłam się na tym, jak ukształtowany jest ich “styk” z rzeczywistością. Co widzą, co czują, a czego nie chcą widzieć i gdzie nie czują się swobodnie. Moją rolą było pomóc im iść w obranym przez nich kierunku, bo to są dorośli ludzie, których możemy jedynie wspierać i ostrzegać przed błędami, które sami kiedyś popełniliśmy.  Kiedy sztuka jest codzienną praktyką – wtedy wiadomo, jakie czyhają na nas niebezpieczeństwa i to jest nie tylko nasza wiedza, i nasze doświadczenie, ale też wiedza płynąca z historii sztuki. Czytaliśmy sobie Roberta Smithsona, absolutnie fundamentalne dla naszej pracy teksty o miejscu i nie-miejscu.

 

Czy mogłaby Pani pokrótce zrekonstruować przebieg części warsztatowej, za którą była Pani odpowiedzialna? Czy miała Pani na nią jakiś konkretny plan?

Zrekonstruować jest trudno, bo zaczęliśmy od tworzenia samej koncepcji wystawy. Zastanawialiśmy się, jak dokonać translacji wątków, wydarzeń, sytuacji czy też performansów, które są zaprojektowane do różnych miejsc w przestrzeni publicznej i jak ta translacja przebiega w stosunku do przestrzeni galerii, tzn. w jaki sposób opowiadać w galerii o tym, co miało miejsce poza nią. Opowiadać w taki sposób, żeby ta opowieść była samowystarczalna, a widz nie musiał biec na miejsce wydarzenia, tylko mógł w galerii zrozumieć sedno zwrotu, jaki dzięki danemu wydarzeniu dokonuje się w strukturze przestrzeni. Zwrotu, czy też może jakiejś podmiany.

 

Czyli chodziło o pokazanie dokumentacji rozumianej jako autonomiczny artefakt?

Tak, choć to właściwie nie jest już dokumentacja. Sporo wysiłku włożyliśmy w to, żeby to nie były dokumentacje, tylko dzieła wynikające z wydarzenia lub faktu, który wydarzył się gdzieś indziej. Najważniejszy był moment decyzji, co zrobić z danym wydarzeniem. Nie chodziło o  konstrukcję dzieła w przestrzeni galerii i przestawianie tam klocków, tylko o całą tę podróż wydarzeń z przestrzeni publicznej do galerii. Nasze założenie było takie, żeby studenci pracowali na dziełach innych artystów. Żeby pozostawili swój indywidualizm na boku i w pewnym sensie się skupili na precyzji opowieści. Dlatego zachęcaliśmy ich, żeby pracowali na dziełach, które zostały w Łodzi po Konstrukcji w Procesie, czy innych artefaktach, które istnieją tak czy inaczej w przestrzeni miasta, aby działali wokół nich i z nimi. To założenie właściwie nie zostało zrealizowane. Większość uczestniczek i uczestników warsztatów zdecydowała się robić własne projekty.

 30709562 1871021962959794 4910283371889819648 n

 

Polem tej artystycznej eksploracji była Łódź, która – jak pisze w zapowiedzi wystawy kuratorka Muzeum Sztuki w Łodzi Aleksandra Jach – nie jest już ani Łodzią Czterech Kultur, ani stolicą przemysłów kreatywnych. Są to narracje znacząco odbiegające od tej rzeczywistej tkanki miejskiej i od tego co, się dzieje na poziomie społecznym. A czy z kolei mikro-narracje prowadzone przez studentki i studentów mają potencjał, żeby znacznie głębiej oddać złożoność i specyfikę tego miasta?

Zdecydowanie! Wszystkie te przemysły kreatywne i Łódź Czterech Kultur to są fikcje i fantazje ludzi, którzy takim wishful thinking chcą zaczarować rzeczywistość. Dlatego właśnie kierowaliśmy wszystkie energie w stronę samej rzeczywistości – takiej jaka ona jest. Wielu studentów i studentek nie zdecydowało się na żaden gest performatywny, lecz zatrzymało się w roli obserwatorów. Sam wybór sytuacji, położenie gdzieś akcentu w tym wszechświecie mikrokosmosów, jakim jest Łódź, było w pewnym sensie ich pracą.Jedna z prac opowiada o takim odkrytym niedaleko “raju” -  takim ogródku, czy może oazie znajdującej się tuż obok (przy Piotrkowskiej 80 – dopowiada siedząca obok Małgorzata Pawlak, uczestniczka projektu), na tyłach budynku, gdzie prowadzone są prace budowlane. Znaleźliśmy się tam podczas jednego ze spacerów, które odbyliśmy w ramach warsztatów. Ten rajski moment jest zrekonstruowany w galerii, nie tyle po to, żeby zrozumieć, dlaczego ktoś go stworzył, ale wyczuć specyfikę tych elementów, które się na niego składają. Pracująca nad tym grupa postawiła sobie za zadanie rozpracowanie gramatyki tego „raju”. Rozłożyli go na czynniki pierwsze i teraz składają je z powrotem, ale już w zupełnie innym kontekście. To jest bardzo ciekawe, bo mogli pójść na skróty: ustawić kamerę na statywie, zarejestrować sytuację, a potem zrobić wielkoformatową projekcję w galerii. Ten “raj” nie jest Łodzią Czterech Kultur, to jest Łódź jednego człowieka, pana Sławka. Zbudował to rajskie otoczenie najprawdopodobniej dla swojej zmarłej żony. Jest ono w pewnym sensie ołtarzem na jej cześć albo fragmentem raju, w którym chce z nią przebywać. Opowiada w nim o świecie, tak jak go widzi i rozumie. Nie jest to też Łódź przemysłów kreatywnych, mimo że jest to najbardziej kreatywny zakątek zaplecza ulicy Piotrkowskiej, jaki udało nam się znaleźć. W tym przypadku to jest Łódź widziana od tyłu:)

 

Jednym z miejsc wybranych do tej artystycznej interwencji jest Pasaż Róży, czyli Pani projekt z 2014 roku. Czy znana Pani obecną recepcję tego miejsca, cztery lata po jego ukończeniu? Czy wie Pani, w jaki sposób jest ono “użytkowane” przez mieszkańców i jakie sensy mu nadano?

Nie do końca wiem, co się tam dzieje. Najwięcej relacji mam od kierowniczki budowy, Kasi Zuchmańskiej, z którą się bardzo zaprzyjaźniłam. Kasia od czasu do czasu wysyła mi zdjęcia Pasażu Róży, ale ja wszystkie swoje projekty zostawiam tak naprawdę… One są jak dzieci, które trzeba wysłać w świat i tam muszą sobie same poradzić.

 

Faktem jest, że Pasaż Róży został spłycony do roli ciekawej wizualnie atrakcji turystycznej Łodzi, a jego użytkownicy nie mają w znacznej większości świadomości historii, jaka stoi za tym projektem. Oczywiście nie uważam, że powinna ona całkowicie determinować jego percepcję, ale mogłaby znacząco to doznanie wzbogacić. Obecnie jest to miejsce popularne na przykład wśród nowożeńców, decydujących się na sesję ślubną właśnie tam.

Powiem Pani szczerze, że mnie to w ogóle nie przeszkadza. Z “Palmą” [chodzi o projekt Pozdrowienia z Alei Jerozolimskich, Warszawa 2005 - NS] było tak samo. Najwyraźniej, po ich ukończeniu musi się przetoczyć taka właśnie fala popularności, która potem mija – trwa ona zazwyczaj 5-6 lat. Ja zazwyczaj nie przyklejam tablic informacyjnych i nie redaguję tekstów opisujących moje projekty. Zrobimy to w przypadku Pasażu Róży, ponieważ brakuje tam tej ważnej, inicjującej historii.

Praca dotycząca Pasażu, która powstała na naszą wystawę, jest bardzo ostrożna. Polega na wskazaniu brakującego “adresu”. Jest to tablica pisana Braillem z informacjami o realizacji Pasażu, czyli próba wskazania na to, czego tam zabrakło. W całej fascynacji widzeniem zabrakło bowiem  troski o tych, którzy nie widzą. Teraz będzie można przeczytać palcami tablicę oraz dotknąć struktury mozaiki, bo Ania Pacholik zrobiła jej odlew.

 

Pasaż Róży w 2014 w sposób symboliczny rozpoczął, trwającą dalej, rewitalizację centrum Łodzi. Kiedy projekt był jeszcze w fazie realizacji, odbyło się spotkanie, w którym brała Pani udział razem z Adamem Klimczakiem, Marcinem Polakiem i Tomaszem Załuskim. Jedną z poruszanych wtedy kwestii była rola sztuki w procesie rewitalizacji oraz tego, czy i jak artyści tworzący w przestrzeni publicznej mogą uniknąć roli “pożytecznych idiotów gentryfikacji”. Czy sposób wykorzystania tego miejsca przez polityków jest w perspektywie czasu nieco bolesnym doświadczeniem?

Tak, tylko trzeba pamiętać, że my, artystki i artyści, jesteśmy częścią wielkiej kapitalistycznej maszyny gentryfikacyjnej. Jesteśmy wręcz w awangardzie gentryfikacji. To jest i tak szczęśliwy zbieg okoliczności, że kamienica przy Piotrkowskiej 3 należy do miasta i nie jest własnością prywatną. Jesteśmy bezsilni wobec siły kapitału i nie jesteśmy w stanie wiele z tym zrobić. Jedynym, co może to zmienić, jest głębokie załamanie rynku i kolejny systemowy kryzys. Który nadejdzie.

 

IMG 4508

 

Wystawa, której wernisaż odbędzie się w najbliższy piątek nosi tytuł “Witamy w krainie Piękna i Prawdy” i jest to, jak rozumiem, Łódź widziana oczami uczestniczek i uczestników projektu. Czy wrażliwość z jaką eksplorowały/li to miasto jest w stanie przekuć się w pewną alternatywną, natomiast znacznie bliższą rzeczywistości narrację o Łodzi, która wybrzmi również poza ścianami tej galerii?

Nie oszukujmy się, my nie mamy żadnych szans, jeżeli chodzi o walkę z maszyną napędzającą wspomniane wcześniej mainstreamowe narracje. Jeżeli Pani zapyta kogoś ze studentek i studentów, odpowiedź pewnie będzie podobna. Chyba, że przyjdzie wrażliwy i ostro widzący realia reżyser, który zrobi film o Łodzi takiej, jaką ona jest teraz. Gdy się ogląda etiudy Polańskiego z lat 50 - to jest Łódź! Jest jej tam znacznie więcej, niż w jakiejkolwiek współczesnej narracji. Niemniej, myślę, że propozycje studentek i studentów są głęboko przekonywujące, bo zostały oparte na realnym doświadczeniu. Najwięcej dyskutowałam o tym z uczestniczącym w warsztatach Grzegorzem Demczukiem, o tę wartość realnego doświadczenia właśnie. W tym projekcie nie chodzi o żadne zaangażowanie, walenie głową w mur i przekonywanie kogokolwiek. Chodzi o to, żeby w pewnym momencie czegoś dotknąć i ten moment dotyku umieć jeszcze przetłumaczyć na opowieść, którą może się toczyć w galerii. Galeria ASP byłaby bardzo wdzięczną przestrzenią, gdyby nie przytłaczający, upiorny estetycznie plafon. Naszym marzeniem było rozpuszczenie go acetonem, tak żeby z form ornamentalnych powstały styropianowe stalaktyty, ale okazało się, że plafon traktowany jest jako świętość przez władze ASP. Szkoda, bo każda wystawa w tej przestrzeni odnosi się wizualnie do plafonu i nie da się od tego uciec. Jeżeli naszej opowieści uda się mimo tego wybrzmieć, to już będzie ogromny sukces. Wydaje mi się ważne to, co dostrzegli w Łodzi uczestnicy i uczestniczki projektu, i jak o tym opowiedzieli. Zobaczyli bowiem nie tylko Łódź, ale w ogóle w szerszej skali – Polskę, Polskę nie PiSowską, czarno-biało-czerwoną, z dupościskiem, lecz Polskę kolorową, lokalną, a zarazem jednak nieskończenie otwartą. W tym momencie moje serce kompletnie się otworzyło.

Dziękuję za rozmowę.

 

Natalia Słaboń (rocznik 95) - absolwentka pierwszego stopnia międzynarodowych studiów kulturowych, obecnie kontynuująca naukę na II stopniu kulturoznawstwa.

  

Joanna Rajkowska, urodzona w 1968 roku w Bydgoszczy, mieszka i pracuje w Londynie i Nowogrodzie. Autorka projektów publicznych, obiektów, filmów, instalacji oraz efemerycznych akcji i sytuacji realizowanych w przestrzeni miejskiej. Jej projekty to zarówno architektoniczne i geologiczne fantazje, sztuczne wykopaliska archeologiczne, jak i rzeźby podwodne, dymy kadzideł czy geody wypełnione kryształami. Te niezrealizowane funkcjonują często jako kolektywne utopie. Studiowała malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowni prof. Jerzego Nowosielskiego w latach 1988-1993, jednocześnie studiując historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim w latach 1987-1992. Artystka otrzymała cenioną w Polsce nagrodę przyznawaną przez tygodnik „Polityka” - Paszport Polityki - w 2007 roku za "niezwykłe projekty realizowane w przestrzeni publicznej, za wyciąganie ręki w kierunku błąkającego się po mieście człowieka" oraz Nagrodę Wielką Fundacji Kultury Polskiej za całokształt twórczości.


Otwarcie wystawy: 25 maja 2018, 20:00, Galeria ASP, Ul. Piotrkowska 68 25 maja – 13 czerwca. Link do wydarzenia

 

Zdjęcia: Marcin Polak, Łukasz Ogórek, Małgorzata Pawlak, Natalia Słaboń.