Rozmowa z Małgorzatą Markiewicz jest częścią projektu artystyczno-badawczego„Moja matka moja córka”, którego centralnym tematem są relacje matek i córek, a także ich społeczne i kulturowe role przejawiające się w doświadczeniu artystek i przekładające się na uprawianą przez nie sztukę. Rozmawiają Agnieszka Bartak-Lisikiewicz i Magdalena Ujma.

 

Jak zaczęło się twoje zainteresowanie sztuką?

Mąż siostry mojego dziadka, Tadeusza był malarzem i fotografem, po wojnie studiował jakiś czas malarstwo ale przeniósł się na architekturę, bo z tego łatwiej było żyć po wojnie. Nazywał się Edward Wieszczek i to on był pierwszą osobą zajmującą się sztuką, jaką poznałam.

Jak większość dzieci lubiłam rysować i dobrze mi to wychodziło, ale moim marzeniem było być lekarką. Interesowałam się człowiekiem z medycznej perspektywy, lubiłam czytać podręczniki do medycyny, które mój wujek po skończonych studiach trzymał w garażu. Najbardziej lubiłam Biologię Claude A. Ville’go, a tam pasożyty. Miałam też mikroskop. Niestety, byłam zniechęcana do tego zawodu przez lekarską cześć mojej rodziny, wujka i kilka ciotek, że to zbyt ciężkie dla kobiety, dyżury, stres itd. W międzyczasie moja koleżanka z podstawówki zaciągnęła mnie na kurs przygotowujący do egzaminów do Liceum Plastycznego, bo to było jej marzeniem – tam się uczyć.

Poszłam z nią, a potem przystąpiłam do egzaminów, dostałam się na pierwszym miejscu razem z Michałem Borczuchem, niestety bez mojej koleżanki. Wydaje mi się, że liceum w jakiś sposób zdeterminowało dalszą drogę. Nie marzyłam już o byciu lekarką, bo nawet nie mogłam marzyć. Wówczas, program nauczania w liceach plastycznych był bardzo nakierowany humanistycznie, biologia i chemia była w szczątkowych ilościach, więc żeby zdawać na medycynę musiałabym chyba poświęć rok albo dwa na przygotowanie się. Myślę, że duży wpływ na moje zainteresowanie sztuką miała, ucząca nas przez jakiś czas historii sztuki, Anna Markowska. To ona powiedziała nam o Orlan i innych artystkach współczesnych. Moje formowanie się do bycia artystką odbywało się także w kontrze do niektórych prowadzących. Ogólnie okres liceum wspominam jak ciągłe pole walki o siebie, o to żeby nie uzależniać swojego poczucia wartości – jako osoba tworząca – od kaprysu sfrustrowanych nauczycielek. Bo takie przemocowe relacje panowały w liceum. 

 

Czy na decyzję, żeby zostać artystką, miała wpływ twoja mama?

Pewnie miała wpływ na to, że pracuję z tkaninami i wełną, bo szyła i robiła na drutach, rzadziej na szydełku, ale nauczyła mnie tych rzeczy bardzo wcześnie, więc szyłam i pracowałam z wełną od małego. Moja babcia ze strony mamy bardzo pięknie haftowała. Mam obrusy i inne tkaniny przez nią wykonane oraz gorset góralski. Niestety, zmarła jak miałam rok, więc bezpośrednio niczego mnie nie nauczyła, ale nazywam ją Babką Pająk.

Myślę, że w tym miejscu warto wspomnieć moją wystawę indywidualną „Book Raider”, której motywem przewodnim były teksty piosenek z drugiej połowy XX wieku, przekazujące i powielające normy oraz zachowania pożądane w społeczeństwie, którym musimy się podporządkować jako kobiety. Jest to niejako przekaz pokolenia mojej matki, wybrzmiewający w piosenkach, których słuchałam jako mała dziewczynka: „Bo męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać” albo „jedyne, co mam, to złudzenia, że mogę mieć własne pragnienia”, „bo dziewczyna przez świat nie może iść całkiem sama”, „bądź moją muzą, bądź mi blondyneczką niedużą”. Pamiętam, że wyjątkowo, intuicyjnie, obrzydzał mnie tekst „Nie było ciebie tyle lat” oraz słowa: „I męża głos, uśmiechnij się, więc ja posłusznie krzywię twarz”. Wróciłam do tych piosenek za sprawą Radia Pogoda, które je nadal gra. Po latach usłyszałam je ponownie i było to druzgocące doświadczenie. Dlatego też postanowiłam je przepracować, spojrzeć na nie jako ktoś przybywający z przyszłości, ktoś kto nie został w tym duchu wychowany. Takie spojrzenie umożliwiało ujrzenie przemocowych wzorców oraz zachowań, zakorzenionych w naszym społeczeństwie oraz zadziwienie się tą sytuacją. Bohaterka, w którą się wcielam, jest badaczką, która z niedowierzaniem przegląda znalezione materiały a na ich podstawie pisze artykuł naukowy. Chodziło mi o stworzenia takiej sytuacji, w której możliwe jest stanięcie jak najbardziej poza, na zewnątrz naszego świata, aby ukazać jak absurdalnym może się on zdawać.

Takie patrzenie pozwala kwestionować, zadawać pytania, poddawać w wątpliwość normy, nakazy oraz to wszystko co bierzemy jako „tak się robi”, „tak przecież jest”. Czyli wszystko to, co symbolicznie przekazały nam matki.

 

Book Raider fot. Grzesiek Mart Book Raider,  fot. Grzesiek Mart

 


Co z przekazu rodzinnego, który otrzymałaś, przekazujesz swojej córce?

Szydełko! Myślę, że tak fizycznie i symbolicznie. Gaja właśnie doskonali swoje umiejętności szydełkowania. Mnie szydełkowania również nauczyła matka. Na szydełku zrobiłam wiele prac: Sweterek dla dwojga, Pajęczynę, nasze sukienki do pracy Połączone, oraz ostatnio Meduzę. Ten symboliczny aspekt widzę w tym, że szydełko bywało używane przez kobiety do wykonywania aborcji, w czasie gdy nie była ona dostępna. Jest zatem narzędziem tworzenia jak i niszczenia. Jest symbolem prawa do samostanowienia oraz walki.

 sweterek dla dwojga

Sweterek dla Dwojga, fot. Roman Dziadkiewicz

 


Czy dobrze ci się układało uprawianie sztuki przed macierzyństwem?

Prawie nic nie powstało przed macierzyństwem, ha ha! Bruno urodził się na początku trzeciego roku studiów. Miałam wtedy na koncie ważną do dziś dla mnie pracę Przenośny oznaczacz miejsca, oraz serię prac będących krytyką męskiego sposobu patrzenia na kobiety i poniżania ich jako artystek. Czyli Zabawki dla dużych chłopców plus kostium-śpiochy oraz Heterotrofy, czyli erotycznie wyglądające grzyby oraz Podomki. Będąc w ciąży na drugim roku studiów, wykonałam też znajdujący się w kolekcji MOCAK-u Sweterek dla dwojga, to była pierwsza praca, jaką sprzedałam do kolekcji. Kupiła ją po wystawie końcoworocznej Masza Potocka, pamiętam, że kosztowała 500 zł.  Akurat w tym obiekcie widać bezpośredni związek sztuki z macierzyństwem.

 

Śpiący Bruno zostawał pod opieką pana Portiera na parterze, który dzwonił po mnie do pracowni jak Bruno się budził, zmieniałam mu pieluchy na wersalce w kantorku profesora Kunce. Można zatem zauważyć, że zarówno moje pierwsze jak i drugie macierzyństwo było mocno splecione z byciem artystką, ale też byciem studentką

 

Czy byłaś już wtedy ustabilizowana jako artystka? Jak się zaczęło bycie matką?

Nie, zupełnie nie, ale na pewno byłam dalej niż inne osoby z mojego roku na Rzeźbie. Już na początku studiów pokazywałam prace w galeriach, a z dwu-, trzymiesięcznym Brunem chodziłam na zajęcia. Od drugiego roku realizowałam indywidualny program studiów, skonstruowałam go sama, ponieważ nie mogłam sobie pozwolić na marnowanie czasu, miałam go bardzo mało. Więc chciałam studiować rzeczy, który mnie interesowały i przedmioty, z których mogłam coś wynieść. Prowadzący i przedmioty na Rzeźbie nie oferowali mi tego. Panował tam seksizm, o czym może opowiem kiedy indziej. Tak więc byłam na Formach Przemysłowych w Pracowni Ergonomii prof. Adama Gedliczki, Projektowaniu Alternatywnym u prof. Mieczysława Górowskiego oraz na Filozofii Dizajnu u prof. Janusza Krupińskiego, na Grafice – u prof. Piotra Kunce na Projektowaniu Plakatu, i na Wydziale Malarstwa u prof. Zbyszka Sałaja – anioła, z którym miałam bardzo dobry kontakt i u którego w pracowni powstało dużo ważnych prac. Tak więc z tym Brunem, mającym dwa-, trzy miesiące, jeździłam wózkiem na uczelnię, wdarcie do głównego gmachu było niezłą akrobacją. Z kolei Pracownia Plakatu była na Karmelickiej w budynku bez windy, na drugim albo trzecim piętrze. Śpiący Bruno zostawał pod opieką pana Portiera na parterze, który dzwonił po mnie do pracowni jak Bruno się budził, zmieniałam mu pieluchy na wersalce w kantorku profesora Kunce. Można zatem zauważyć, że zarówno moje pierwsze jak i drugie macierzyństwo było mocno splecione z byciem artystką, ale też byciem studentką.

 4T6A7269 portert Bruna skonczony

Portret Bruna, fot. Mateusz Torbus

 

Postępowałam trochę na przekór powtarzanej mantrze grona pedagogicznego, że jesteśmy jako kobiety ewentualnie tylko ładne (kiedy młode, bo później już nie), a talent nam dziecko z mlekiem wyssie


A jakim doświadczeniem było dla ciebie macierzyństwo? Byłaś dzielna, radziłaś sobie z malutkim dzieckiem na zajęciach. Czy wobec tego sztuka była ważniejsza, czy macierzyństwo? A może w ogóle nie porównywałaś obu tych sfer?

Macierzyństwo nie jest ważniejsze niż sztuka, to ciągła negocjacja i permanentne akrobacje pomiędzy tymi sferami. Zwłaszcza kiedy ojcowie dzieci tylko „pomagają” i to tylko wtedy, kiedy sobie tego życzą, więc właściwie jestem w tym sama. Zawsze za to mogę liczyć na moją mamę.

 

Czy macierzyństwo miało wpływ na twoją sztukę?

Myślę, że bardzo duży. Z szydełkowania uczyniłam sztukę, ponieważ byłam w ciąży i nie mogłam pracować fizycznie, w brudzie i hałasie w pracowni rzeźby. Zrobiłam to jednak nie tylko z tego powodu, nie przemawiał do mnie również etos silnego rzeźbiarza-mężczyzny, nie uważałam, żebym ja też musiała piłą łańcuchową i spawarką tworzyć moje prace, żeby komuś coś udowodnić.

Postępowałam trochę na przekór powtarzanej mantrze grona pedagogicznego, że jesteśmy jako kobiety ewentualnie tylko ładne (kiedy młode, bo później już nie), a talent nam dziecko z mlekiem wyssie. Chciałam być sobą, pozwolić sobie być słabszą i tym wykluczonym z uznanych technik rzeźbiarskim medium, jakim jest wełna i tkaniny, prowadzić moją własną drogę, udowadniając im, że jest równie dobra jak ich materiały. Myślę, że w tym moim działaniu dużo było podstępu i ironii. Zastawiałam na męskie grono pedagogiczne pułapki i oni w nie wpadali, a ja miałam cichą satysfakcję. Trochę pokonywałam ich bronią należącą do nich. Na wystawę końcoworoczną w 2001 roku , na drugim roku studiów, uszyłam Zabawki dla Dużych Chłopców. Było to sześć miękkich obiektów, wykonanych z różowego i malinowego polaru, bawełny, czerwonego weluru, różowej wełny i innych dodatków. Kura – postać kobieca zredukowana do miękkiej welurowej jamki i ust, bez rąk, ze szczątkowymi nóżkami, serduszko, a właściwie coś na kształt pośladków z welwetowym pęknięciem, przytulanka  ze smoczkami do butelek dla dzieci zamiast sutków, słonik – autoerotyczny obiekt waginalno-penisowy, jojo czyli waginka na gumeczce, można nią rzucać ale i tak zawsze wróci do rzucającego, oraz pejczyk, zwany łaskotkiem, zrobiony z dłuta rzeźbiarskiego. Wszystkie te obiekty miały poniżej czterdziestu centymetrów długości, czyli według panującego na Wydziale przekonania nie były rzeźbami, tylko małymi formami rzeźbiarskimi – czymś jakby gorszym, niepoważnym. Jednak ze względu na tematykę były bardzo interesujące dla grona pedagogicznego (ponieważ temat seksu zawsze był żywy, w przaśnych żartach i aluzjach do nas, studentek). Zabawki zamknięte zostały w szklanej gablocie tak, że nie można było ich dotykać, można było tylko patrzeć przez szybę. Panowie pochylali się długo nad nimi i mimo, że były małe i różowe, bardzo im się podobały, głównie dlatego, że były erotyczne. Zrobiłam również erotyczne grzybki oraz piekłam ciastka w kształcie wagin i piersi, mocno lukrowane, i częstowałam nimi grono pedagogiczne podczas przeglądu semestralnego.

 gablota zabawki

Gablota z pracą Zabawki , fot. Małgorzata Markiewicz


         ...wykazałam się wysokiej klasy umiejętnościami zarządzania, żeby pogodzić te dwa światy – matki i artystki oraz wykładowczyni na uniwersytecie


Jak sądzisz, czy macierzyństwo pomaga czy przeszkadza w byciu artystką? I w jaki sposób pomaga lub przeszkadza?

Ma wpływ na sposób pracy oraz na to, jakie tematy są podejmowane. Trudno powiedzieć czy przeszkadza czy pomaga. Moja twórczość jest na pewno inna. Jeśli chodzi o czas, który mogę poświęcić na sztukę, to mam go zdecydowanie dużo mniej niż miałabym wtedy, kiedy bym nie była matką. Nie mogę się angażować we wszystko, w co bym chciała, odpuściłam wyjazd na rezydencję do ISCP w Nowym Jorku, właśnie z tego powodu, że jestem matką i w tamtym okresie nie mogłam nagle wyjechać.

To była ważna rezydencja, więc żałuję. Dużo innych rzeczy odpuściłam i nie pojechałam albo nawet nie zaaplikowałam. Kiedyś nawet myślałam, żeby zrobić taką listę miejsc do których nie poleciałam, mimo że miałam już kupione bilety lotnicze. Mimo to, byłam na kilku rezydencjach zagranicznych, studiowałam przez ponad rok w Szwecji, wykazałam się wysokiej klasy umiejętnościami zarządzania, żeby pogodzić te dwa światy – matki i artystki oraz wykładowczyni na uniwersytecie.

 

Czy samo doświadczenie macierzyństwa może być przeniesione na płaszczyznę sztuki? W jaki sposób?

Świadome bycie matką i związane z tym obserwacje zwracają uwagę na istotę rzeczy. Było tak z pracą To i  Bruno – portret mojego syna. Obie prace powstały podczas studiów. Bruna zaczęłam robić w 2001 roku, polegało to na wkładaniu ubranek mojego syna, jedno na drugie, w miarę jak z nich wyrastał, dzięki czemu powstała rzeźba rosnąca warstwowo, jak drzewo, przez lata. Bruno w 2019 roku skończył 18 lat, więc zakończyłam tworzenie jego portretu. Pracy towarzyszy dokumentacja fotograficzna procesu. W podobny sposób robię Gaję – od 2009 roku. Natomiast praca To, została wykonana z zakupionych używanych ubrań, zrobiłam ją w ten sam sposób jak poprzednie prace, jednak tę przecięłam nożem, tak abym mogła zobaczyć warstwy, pokazując anatomię tego obiektu.

Krytyczne spojrzenie na role, przypisywane kobiecie w momencie kiedy staje się matką, zawarłam w pracy Podomki z 2002 roku, prezentowanym między innymi na festiwalu młodej sztuki novart.pl w Krakowie i na wystawie Dziewczyny i chłopaki w Zachęcie. Była to praca wynikająca z wściekłości na stereotypizację ról, w jakich mogę występować, narzucaną mi najmocniej przez ojca mojego syna, pretendującego do bycia super wyzwolonym i nowoczesnym artystą, który najchętniej widziałby mnie w domu, karmiącą i sprzątającą, uległą oraz zawsze gotową do użycia, oczywiście zarzucającą studiowanie. Warto wspomnieć, że on sam w tym czasie intensywnie korzystał z  życia poza domem, wpadając czasem tylko, żeby mnie pognębić i przypomnieć jaka jestem beznadziejna. Tym samym, stając się identyczny z gronem męskich profesorów ASP, którzy przez lata studiów powtarzali, że żadne z nas artystki, bowiem jesteśmy kobietami, więc nasze miejsce jest w domu przy dziecku. Amen.

 

08podomka 2016 NET 1Podomka, fot. Ewa Pluta (Oliver )
 

 

Domowe krzątactwo, będące udziałem każdej osoby, która nie wykorzystuje do tego innych, z racji swojego koloru skóry, płci ani statusu społecznego, jest tematem działania zatytułowanego To nic, to nic, powiedziałem sobie, nic, nic. Będąc samotną matką,  co dzień powtarzam te same, nisko cenione, niezauważalne czynności, aby zachować balans i podtrzymać życie. Przez kilka godzin podczas wernisażu robiłam na drutach tkaninę, którą sukcesywnie pruła siedząca ze mną Joanna. Cały czas pracowałyśmy, aby zachować balans w tworzeniu i destrukcji. Nić, pruta przez Joannę, wracała do mnie, a ja tworzyłam z niej ponownie tkaninę, którą Joanna pruła z której ja... Codzienność, Penelopa i Odyseusz, Mojry oraz Syzyf... To praca o niewidzialnej i niedocenianej pracy kobiet. O codziennej krzątaninie i powstrzymywaniu rzeczywistości przed rozpadnięciem się kawałki. 

 MARKIEWICZ to nic to nic powiedzialem sobie nic nic

To nic to nic powiedziałem sobie nic nic, fot. Leszek Czajka 

 

To ona strofuje mnie, kiedy robię coś za darmo, cały czas upomina – „skoro to Twoja praca, to czemu ci nie zapłacą?


Czy zajmujesz się w swojej pracy wątkami związanymi z relacją z córką? Czy twoja córka pojawia się bezpośrednio w twoich pracach?

Tak, najbardziej znaną jest chyba praca Połączone, czyli dwie sukienki wykonane z jednej, nieprzeciętej białej bawełnianej nici. Jako pierwszą wykonałam sukienkę dla siebie, jeszcze w ciąży. Następnie zaczęłam ją pruć, kiedy moja córka Gaja miała przyjść na świat, tak aby zacząć robić malutką sukieneczkę dla niej. W tej pracy ponownie mamy motyw tworzenia i niszczenia w celu zrobienia czegoś nowego, odrodzenia się w cyklu życia. Pruję z czasem moją sukienkę i powiększam tę dla Gai – to jak przesypywanie piasku w klepsydrze. Każdego roku robimy sobie wspólne zdjęcie. Gaja bardzo to lubi i czeka na ten dzień, wypada to zazwyczaj zaraz po jej urodzinach, pod koniec stycznia. W tym roku córka skończyła 12 lat. Planuję robić te zdjęcia do jej 18 urodzin, wtedy jej sukienka będzie skończona, jeśli jednak Gaja będzie chciała dalej ze mną pozować, będąc już dorosłą, to myślę, że proces robienia zdjęć będzie kontynuowany.

bezresztkowce3Bezresztkowce, fot. Joanna Czaczkowska

 


Ostatnio mamy zamiar zacząć uczęszczać na lekcje śpiewu, co brzmi też jak wspólny projekt. Zobaczymy co z tego wyjdzie. 
Gaja dodatkowo jest moją trenerką osobistą, wyrosłą z pokolenia materialistek, co nie jest złe tak do końca. To ona strofuje mnie, kiedy robię coś za darmo, cały czas upomina – „skoro to Twoja praca, to czemu ci nie zapłacą?”. Była pomysłodawczynią rozwinięcia projektu płaszczy bezresztkowych, tak abym mogła je sprzedawać, a nie rozdawać. Bez wątpienia wpłynęła na moją umiejętność cenienia własnej pracy, z którą my, kobiety, mamy problem. Widzę to jako różnicę pokoleniową i uczę się od niej.

 

 Kraków, luty-marzec 2021

 

****

Małgorzata Markiewicz – artystka wizualna. Tworzy obiekty, rzeźby, fotografie, performensy i wideo. Absolwentka ASP w Krakowie i Konstfact w Sztokholmie. Mieszka i pracuje w Krakowie. W swojej twórczości konsekwentnie podejmuje tematy związane z kulturowym usytuowaniem kobiecości, z tworzeniem własnego miejsca, domem i bezdomnością, kuchnią i jedzeniem, codzienną krzątaniną, ubiorami, nowymi i starymi formami bliskości, relacjami i emocjami, pamięcią i upamiętnianiem. Artystka wykorzystuje tradycyjne, kojarzone z rękodziełem i domową działalnością kobiet materiały i techniki, takie jak: tkaniny, nici, odzież, szydełkowanie, szycie, łatanie, naprawianie. Stosuje subwersywne odwracanie znaczeń zastanych form kulturowych. Dopowiada tradycyjne opowieści uzupełniając je wątkami dotychczas przemilczanymi. Tworzy także własne historie (herstorie, retrotopie i utopie) bazujące na mitach zaczerpniętych z różnych kultur. Jej metoda twórcza czerpie z filozofii prac domowych, związanych z troską, dbaniem, reperowaniem i odnawianiem.

Magda Ujma

www.malgorzatamarkiewicz.com.pl

 

****

W skład przedsięwzięcia wchodzą: - publikacje rozmów z artystkami online na kanale YouTube i stronie BWA w Tarnowie – począwszy od 8 marca - publikacja książki zawierającej rozmowy z artystkami - wystawa w BWA w Krośnie – październik–grudzień 2021.

Artystki: Bettina Bereś, Dorota Bernacka, Alicja Bielawska i Teresa Starzec, Dominika Borek, Bogdana Ligęza-Drwal i Agnieszka Drwal-Dziurawiec i Zofia Dziurawiec, Teresa Gierzyńska i Pola Dwurnik, Aneta Grzeszykowska, Dorota Hadrian, Zuzanna Janin, Barbara Kasprzycka-Łosiak, Justyna Łuczaj-Salej, Cecylia Malik, Małgorzata Markiewicz, Barbara Porczyńska, Katarzyna Sobczuk, Agula Swoboda, Klaudia Urbanek-Kękuś, Marta Wojciechowska

Autorki: Agnieszka Bartak-Lisikiewicz, Magdalena Ujma

 

****

Zdjęcie główne Meduza, fot, Grzesiek Mart