Czy sztuka może jeszcze uratować świat? W sielankowej scenerii Centrum Rzeźby Polskiej artyści i artystki rozmyślają nad rolą sztuki w obliczu wszechogarniających kryzysów. Marta Królak o 9. Triennale Młodych w Orońsku.

 

Trudno się oprzeć wrażeniu, że Triennale Młodych w takiej formie to jakby ostatnie podrygi znanego i lubianego sposobu prezentowania sztuki. Przedcovidowa rzeczywistość, chociaż wcale nie tak odległa, wydaje się być tylko wspomnieniem dotychczasowego życia. Artystki, artyści, kuratorki i kuratorzy stają przed trudnym wyzwaniem adaptacji swojej praktyki do bliżej nieokreślonej przyszłości. Dotyczy to także krytyki, bo sama jechałam do Orońska z niepokojącą nostalgią, nastawiona na oglądanie wystawy z jakiegoś starego porządku. W tekście do katalogu Marta Czyż podkreśla ogrom pracy włożony w wyłonienie na drodze open calla uczestników i uczestniczek projektu. Odbyła 266 rozmów z artystami (łącznie 133 godziny), czego efektem jest wystawa, w której udział bierze aż 35 twórców, przed którymi postawiono pytanie o rolę sztuki wobec katastrofy klimatycznej. Ze względu na dynamikę współczesnego świata, z oczywistych względów nasza umierająca planeta nie jest jedynym tematem podejmowanym przez artystki i artystów na wystawie Póki my żyjemy”.  Kuratorka otwarcie przyznaje, że nie udało się wypracować wspólnej dla wszystkich strategii, co widać – wybór prac na pierwszy rzut oka może się wydawać przypadkowy, ale czy naprawdę w obliczu wszechogarniającego chaosu możemy spodziewać się wśród tak zindywidualizowanej działalności jak sztuka jakiejkolwiek jednomyślności? 

 

CZY394
fot. Piotr Czyż

Pod tym względem myślę, że Triennale Młodych jest działaniem potrzebnym, odwracającym uwagę od łatwo dostępnego centrum, dającym pole do popisu twórcom nieobecnym w mainstreamie. 


Na pytanie, czy sztuka może uratować świat, odpowiadam z przekonaniem – nie. Jest to dziedzina funkcjonująca na peryferiach społecznego obiegu informacji, mimo poczucia misji dla wielu wciąż pozostaje niedostępna, a wręcz niezrozumiała – niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie słyszał słynnego tekstu „ja też bym tak m
ógł/mogła”. Wystawa w Centrum Rzeźby w Orońsku te peryferyjną lokalizację potęguje. Mimo licznej frekwencji na wernisażu, Orońsko jest instytucją usytuowaną daleko poza szlakami spacerowymi nawet niedzielnych gości galeryjnych, a już z pewnością poza obszarem zainteresowania mecenasów czy kolekcjonerów. Pod tym względem myślę, że Triennale Młodych jest działaniem potrzebnym, odwracającym uwagę od łatwo dostępnego centrum, dającym pole do popisu twórcom nieobecnym w mainstreamie. Chociaż na wystawie pojawia się kilka rozpoznawalnych już nazwisk, większość uczestników i uczestniczek jest naprawdę młoda i może nie określiłabym ich prac jako nowatorskich, to jednak jest w nich jakaś konsekwencja jeśli chodzi o przekaz idei, z którymi się identyfikują. Jest to także właściwe miejsce do postawienia pytania o kondycję sztuki wobec kryzysu – bądź to klimatycznego, ekonomicznego czy społecznego. W dworkowej atmosferze, przy brunchu, w rajskim ogrodzie - gdzie, jeśli nie w tak sielankowych okolicznościach, rozmyśla się lepiej o zbliżającym się nieuchronnie końcu świata jaki znamy?

 

CZY00407.ajpg
fot. Piotr Czyż

 

Wracając jednak do pytania o wpływ sztuki, być może najlepiej ten rozdźwięki między wyrażoną przez twórcę potrzebą zajęcia stanowiska a realnymi rozwiązaniami obrazuje praca Karoliny Gardzielewicz „Materia Prima”. Artystka wykonała z gliny 4 obiekty, które nie zostały wypalone i stanęły w ogrodzie. Niedokończone naczynia od momentu wystawienia w zasadzie wracają do gruntu – poddane działaniu  warunków atmosferycznych kruszą się i lądują z powrotem w ziemi, z której przecież powstały. Ślad po nich zaginie. Być może kiedyś na ich miejscu powstanie inna praca, ale taki subtelny gest pozostawienia dzieła ludzkich rąk samemu sobie, oddania naturze, jest w moim przekonaniu ultra-cennym komentarzem do relacji człowieka z przyrodą, którą za wszelką cenę próbuje się okiełznać, przechytrzyć, podporządkować, czy to przez pracochłonne procesy lepienia i wypalania ceramiki, czy też przez zabudowywanie coraz większych terenów deweloperką. Nie mam wątpliwości, że potrafimy, ale czy naprawdę musimy wbrew wszelkim przeciwnościom urzeczywistniać nasze sny o potędze?

Marta Czyż przy wyborze prac postawiła raczej na możliwie największy przekrój postaw artystycznych wobec zagrożeń współczesnego świata.

Do ziemi kieruje nas także instalacja dźwiękowa Tymka Bryndala „Rock Music”. Artysta obliczył, że dokładnie po drugiej stronie planety od Orońska znajduje się Nowa Zelandia. Podróż doń przez jądro Ziemi w linii prostej wynosiłaby dokładnie 42 minuty i 12 sekund. Rzekłabym sentencjonalnie: tak blisko, a tak daleko, jakże mało jest dla człowieka wciąż osiągalne. Z opisu pracy dowiemy się, że ostatnia próba wwiercenia się do wnętrza Ziemi miała miejsce na półwyspie Kolskim w latach 1970-1989 – udało się wówczas osiągnąć rekordową głębokość 12 kilometrów. Bryndal zdecydował się pokazać swoją pracę poza główną wystawą, w ukrytej między krzaczorami ziemiance, co oczywiście potęguje wrażenia związane podróżą trans-planetarną, okraszone rozciągniętym do owych 42 minut i 12 sekund podkładem muzycznym rdzennego tańca Haka. Tymek Bryndal w swojej twórczości bazuje na prostocie, ale też pewnej przewrotności związanej z dość wysublimowanym poczuciem humoru. Doświetlenie instalacji czerwonym, ciepłym światłem przywołuje na myśl fantastyczny, wręcz blockbusterowy obraz podróży do wnętrza Ziemi, będący przeżyciem z zupełnie innego wymiaru. Ta bardzo udana realizacja Bryndala pozwala za pomocą minimum środków przekazać – podobnie jak praca Karoliny Gardzielewicz – pewną gorzką refleksję o ludzkich ograniczeniach.

 

CZY00394
fot. Piotr Czyż

 

Praca „Rock Music” to prawdziwy powiew świeżości w, bądź co bądź, nieco skostniałej instytucji jaką jest Centrum Rzeźby Polskiej. Zbiory Orońska, choć wielce wartościowe z punktu widzenia historii sztuki, niestety nie odpowiadają na dylematy, przed którymi obecnie stawia się artystki i artystów. Jak zauważa sama kuratorka, kwestie estetycznych eksperymentów wydają się być już daleko poza obszarem zainteresowań współczesnych twórców. Marta Czyż przy wyborze prac postawiła raczej na możliwie największy przekrój postaw artystycznych wobec zagrożeń współczesnego świata. Każda dziedzina ma jednak swoje problemy, i ze sztuką jest podobnie – sytuacja artystów w Polsce (i nie tylko) osiągnęła poziom dramatyczny podczas panującej pandemii. Jednak COVID-19 wyolbrzymia tylko zjawiska, które istniały przecież w przedokoronowym świecie. Tuż obok budynku, w którym mieści się wystawa Triennale Młodych, zobaczyć możemy granitowy głaz, na którym niczym epitafium wyryto zapis „W przypadku nieodebrania dzieła w terminie  określonym w ust. 1, dzieło podlega zniszczeniu.”. To praca Yuriyego Bileya, podobno jedynego uczestnika Triennale, który zwrócił uwagę na kontrowersyjny zapis w umowie, jaką Centrum Rzeźby Polskiej przedstawiło artystom i artystkom. Nie jestem pierwszą osobą, która zauważa, że instytucje często posługują się logiką psa ogrodnika – same nie wezmą, ale innym też nie dadzą. Ich relacja z twórcami, szczególnie młodymi, delikatnie mówiąc jest bardzo skomplikowana, zazwyczaj z niekorzyścią dla artystów. Sam fakt, że Biley postawił ogromny, nieporuszalny właściwie granit na wzór pomnika wyzysku i nadprodukcji, jest bardzo przewrotnym komentarzem do sytuacji współczesnych twórczyń i twórców. Pozostaje jednak pytanie, co się faktycznie z takimi artystycznymi formami sprzeciwu stanie - czy za X lat się zdezaktualizują, każdy będzie dostawał godziwe wynagrodzenie za swoją pracę, wszelka twórczość będzie szanowana, a artyści po studiach dostaną przydział do reprezentującej ich dożywotnio galerii, która zajmie się produkcją, przechowywaniem i sprzedażą prac? Wrodzone polskie czarnowidztwo nie pozwala mi wierzyć w poprawę warunków funkcjonowania w obiegu artystycznym w ciągu najbliższych lat.

Triennale Młodych widzę więc bardziej jako próbę określenia pozycji artystów w świecie trawionym katastrofami, bo jednak jestem świadoma jak gigantyczne zasoby są niezbędne do tego, żeby błędy ludzkości naprawić. 

Kryzys polityczny i światopoglądowy dotykający ludzi na wielu poziomach zmusza nas do ciągłego dyskutowania na tematy tradycji i dziedzictwa. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że sztuka dziś stanowi coś w rodzaju symbolicznie podtrzymującego przeszłość rytuału, bo trudno jest spotkać prace prawdziwie nowatorskie w czasach, kiedy wszystko już było. Stawiając pytanie o sprawczość sztuki w obliczu drastycznych zmian wciąż poruszamy się w polu tradycyjnego obrządku tworzenia w odpowiedzi na zadany temat. Jeśli czegoś na Triennale Młodych brakuje, to są właśnie alternatywy. Myślę, że nie mam wygórowanych wymagań, ale jednak oczekiwałabym propozycji rozwiązania podejmowanych przez artystów problematycznych kwestii. Tymczasem prezentowane prace wciąż stanowią raczej – mniej lub bardziej – symboliczny komentarz do sytuacji, w której przyszło nam się znaleźć. Przykładem niech będzie praca Kuby Stępnia „Z jednej wazy” – otwierająca wystawę wielka kropielnica wypełniona została żelem antybakteryjnym. Ciekawy jest fakt, że praca powstała zanim obowiązywać zaczęły sanitarne obostrzenia, niestety w tym kontekście nawet takie gesty nie zadowalają mojej potrzeby spotkania ze sztuką o wysokiej skuteczności. Trochę się czepiam, bo ograniczenie się do produkcji prac z nietoksycznych materiałów jest oczywiście zabiegiem godnym pochwały, ale niewystarczającym w kontekście dramatycznego stanu planety wyniszczonej przez człowieka. Triennale Młodych widzę więc bardziej jako próbę określenia pozycji artystów w świecie trawionym katastrofami, bo jednak jestem świadoma jak gigantyczne zasoby są niezbędne do tego, żeby błędy ludzkości naprawić. 

 

PSF722
fot. Szymon Rogiński

 

Oczywiście nie każdy może rzucić wszystko i całe życie spędzić na strajku klimatycznym, zwłaszcza jeśli jest artystą czy artystką i czuje powołanie do tworzenia rzeczy z meta-porządku. Zapadającym w pamięć elementem wystawy Triennale było metafizyczne oprowadzanie w wykonaniu Szymona Popielca, którego nie da się do końca opisać słowami, wystarczyć więc musi tu cytat z performansu artysty – „Bożej iskry nie może zabraknąć w żadnym ekosystemie”. Zastanawia mnie czy młodzi twórcy dzisiaj jeszcze czują się w jakimś stopniu „pomazańcami”? W odpowiedzi na to pytanie głośno wybrzmiewa chyba najbardziej radykalna na Triennale praca, czyli projekt Marii Novej NOVA 0.0.0.0.”. Artystka w 2018 legalnie zmieniła nazwisko, nadając sobie nową tożsamość. To, co wyłania się z rozmyślań nad stawaniem się osobą, to konsekwencja – od czasu zmiany nazwiska Maria Nova zdaje się żyć w swoim performansie, jak sama pisze „samoustanowić się” jako byt otwarty na ingerencję osób i zdarzeń. Ceremoniał zmiany tożsamości odnosi się do tego starego porządku, w którym artysta był (jest?) bytem totalnym, każda spędzona z nią/nim chwila jest sztuką, bo to ona/on jest sztuką – pytanie tylko, czy Maria Nova, występująca podobno w tym samym ubraniu-kostiumie od lipca 2019, to jeszcze sztuka, czy już bardziej radykalna próba przekroczenia granicy między twórczością a życiem. 

 

PSF0744a2
fot. Szymon Rogiński

 Chciałabym, żeby Póki my żyjemy” zostało zapamiętane także ze względu na stworzony przez uczestniczki i uczestników kodeks dobrych praktyk, w którym twórcy zawarli swoje mini manifesty, odwołujące się zarówno do pozycji sztuki, jak i działania na rzecz dobra planety.


Wracając jednak do konsekwencji, nie potrafię umieścić projektu Marii Novej w atlasie postaw aktywistycznych wobec kryzysu klimatycznego. Chociaż robi wrażenie, 
NOVA 0.0.0.0” dla mnie przynależy wszakże do sfery artystycznych eksperymentów, od której Triennale Młodych w większości jednak zdaje się odcinać. Spotyka mnie w tym miejscu spory dysonans, żeby nie powiedzieć wprost - mindfuck, bo działania Marii Novej robią na mnie znacznie większe wrażenie, niż frakcja artystów-recyklingowców, tworzących przedmioty z części z odzysku, estetyzujących śmieci czy po prostu utrwalających destrukcyjną działalność człowieka na planecie Ziemia. Mamy więc Pawła Błęckiego i jego fotograficzne kompozycje ze śmieci, „obrazy” Tomka Haładaja z przedmiotów znalezionych osadzonych w estetyce dada (która przecież już raz okazała się skuteczna wobec kryzysu wywołanego wojną w poprzednim wieku, dlaczego więc nie spróbować raz jeszcze), czy nawet umieszczona w ramie ze śmietnika nowa reprezentacja biblijnej przypowieści o synu marnotrawnym w wykonaniu Tomasza Paszkowicza. Na obrazie biały człowiek prosi o przebaczenie szympansa, a wszystkiemu przypatrują się James Baldwin, Bruno Latour i Donna Haraway. Podobne odczucia mam w stosunku do prac wykonanych z materiałów naturalnych, takich jak „Totem” Ewy Goral, utopijny projekt przeprowadzenia krowy z podwarszawskiej ubojni do Indii i towarzysząca mu rzeźba z łajna, wykonana przez duet Diana & Bruno Neuhamer czy przepis na napar ogórecznika od Adeliny Cimochowicz. Cenne jest to, że te prace pokazują, że sztuka może powstać bez chemii czy przetwarzania materiałów także dziś. Niestety, nie wszystkie projekty robią takie wrażenie, jak projekt Marii Novej.

 

PSF0842 HDR2
fot. Szymon Rogiński

 

Podsumowując, mam więc wrażenie, że Triennale Młodych dotyka bardzo ważnego dla artystów dziś zagadnienia, jakim nie jest wcale skuteczność sztuki wobec zagrożeń współczesnego świata, a raczej integralności potrzeby tworzenia z koniecznością poprawy warunków życia istot ludzkich i nie-ludzkich w przyszłości. Dość powiedzieć, że mimo szlachetnych idei i ogromu pracy włożonej w powstanie, bądź co bądź, monumentalnej wystawy, zamiast odebrania sztuki jako alternatywy „dla…”, pozostajemy raczej z poczuciem dezorientacji wywołanej przez wielogłos postaw artystycznych. Najlepiej opisuje to praca Patryka Różyckiego, Największe słońce widziane z Ziemi, dotyka naszej relacji”, będąca do bólu szczerym manifestem zagubienia i niezgodny na dominujące we współczesnej kulturze wzorce osobowości czy płci, zadająca zupełnie wprost pytanie o sens tego wszystkiego”. Ponieważ wciąż, podobnie jak Różycki, wierzę w bezinteresowność sztuki”, znajduję w sobie dużo zrozumienia dla poszukiwania właściwego artystom miejsca w obecnym świecie, i w dużym stopniu szanuję te mniej udane próby realizacji ważnych dla uczestników i uczestniczek postulatów. Chciałabym, żeby „Póki my żyjemy” zostało zapamiętane także ze względu na stworzony przez uczestniczki i uczestników kodeks dobrych praktyk, w którym twórcy zawarli swoje mini manifesty, odwołujące się zarówno do pozycji sztuki, jak i działania na rzecz dobra planety. Wybrzmiewa w nich bowiem potrzeba elastyczności, poszerzania świadomości i przeformułowania szkodliwych wzorców zachowań, które działają nie tylko na niekorzyść sztuki, ale także społeczeństwa. Dzięki kodeksom braki formalne w realizacjach obecnych na wystawie zyskują inny, chciałoby się powiedzieć “ludzki” wymiar, który przedstawia młodych twórców jako osoby otwarte i poszukujące, a nie koniecznie rozstrzygające raz na zawsze kwestie ratowania świata.

 

___________________________________  

 

Marta Królak (1992) - autorka, kuratorka, członkini kolektywu Spółdzielnia „Krzak” i adeptka sztuki terapeutycznej w nurcie Gestalt.

 

___________________________________  

 

Zdjęcie główne, fot. Piotr Czyż