„Warsztat pracy”, obecnie urzędujący w Galerii ASP na Piotrkowskiej 68, to wystawa szczególna. O ile zazwyczaj stwierdzenie tego typu trąci pustosłowiem, w tym wypadku wydaje mi się, że nie używam go na wyrost. Na precedens, z jakim mamy do czynienia, składa się z jednej strony sam dość osobliwy i złożony koncept (jego objaśnianiem zajmę się w dalszej części), z drugiej natomiast fakt, że stanowi ona efekt dwusemestralnej współpracy między Akademią Sztuk Pięknych a Muzeum Sztuki w Łodzi.

IMG 9115 

Chociaż współdziałanie takich jednostek jak ASP i MS wydaje się oczywiste i naturalne, wciąż brakuje tego typu praktyk. Cieszy więc, że zrodzony w zeszłym roku koncept (którego ówczesnymi opiekunami byli Łukasz Ogórek, Daniel Muzyczuk i Robert Rumas, zaś owocem wystawa „Kąt padania ≠ kąt odbicia” w Galerii Kobro) doczekał się drugiej edycji i wszystko wskazuje na to, że z powodzeniem kontynuowany będzie w latach następnych.

 

Poza przedstawicielami instytucjonalnej pary w tym roku w projekcie znalazło się miejsce dla dwóch ciał „obcych”: wytyczającego szlaki mistrza ceremonii w postaci artysty Roberta Kuśmirowskiego oraz mnie w roli piszącej, która bardzo szybko jednak, ze względu na otwartość i żyzność gruntu, funkcję biernego pióra porzuciła na rzecz bycia tkanką czynną. Z tego też względu tekst ten stanowić będzie formę relacji z miejsca zdarzenia, zeznania jednoczesnego uczestnika i świadka (tym samym daję sobie przyzwolenie na ewentualne prywaty i zbyt subiektywny ogląd).

 IMG 9077

 

Program tegorocznych warsztatów został opracowany przez Łukasza Ogórka (kierownika Pracowni Multimediów ASP), Joannę Sokołowską (kuratorkę Muzeum Sztuki w Łodzi) oraz, rzeczonego już, zaproszonego do współpracy artystę — Roberta Kuśmirowskiego. Idea całości była prosta, ale kompleksowa: najpierw budujemy teoretyczne podwaliny, aby potem pełniej i bardziej świadomie móc wyrażać i konstruować własne wypowiedzi artystyczne. Tym samym przedsięwzięcie, jak w roku ubiegłym, podzielone zostało na dwa bloki. Pierwsza część, składająca się z seminaryjnych spotkań, zapoznawała uczestników ze specyfiką kuratorskich aktywności, sposobami tworzenia wystaw, a także drogami współpracy między artystami, kuratorami i instytucjami sztuki. Swoimi doświadczeniami i metodami pracy podczas obecnej edycji dzielili się Agnieszka Pindera, Joanna Sokołowska, Katarzyna Słoboda, Jarosław Suchan oraz Daniel Muzyczuk. Materiałem dla większości spotkań były tkanki żywe — prowadzący mieli szczęście przeprowadzać wykłady na miejscu kuratorowanych przez siebie wystaw, dzięki czemu nabierały one wielowymiarowego charakteru. To niby drobny szczegół, w rzeczywistości jednak niezwykle ułatwiający sprawę — zamiast suchych wykładów ograniczonych do multimedialnych prezentacji, my, studentki i studenci, mogliśmy na bieżąco porównywać pomysły i tezy z ich namacalnymi rezultatami, zadawać pytania bezpośrednio tyczące się otaczających nas wystaw — czy to pod względem koncepcyjnym, aranżacyjnym, technicznym lub też kolektywnym — wystawy jako wydarzenia wspólnotowego.

 

Teoretyczne rozprawy były jednak tylko rozgrzewką przed częścią warsztatową, której stery w tym roku objął Robert Kuśmirowski — artysta stale głodny twórczej aktywności, lecz do tej konsumpcji zasiadający przy wspólnym stole, zawsze otwarty na dialog i spotkanie z drugim człowiekiem. Przy tym postać wielowymiarowa, uważnie eksplorująca różnorodne techniki i obszary sztuki, łącząca w sobie pierwiastek nie tylko artysty, ale też świadomość kuratora, jak i doświadczenie pedagoga.

 IMG 9049

 

To on w głównej mierze wyznaczył szlaki dla tegorocznych warsztatów, zachęcił do skoku na główkę. Skoku niełatwego, co potwierdza choćby liczebność uczestników — od pierwszego spotkania w Pracowni Multimediów do ostatecznego montażu wystawy, grupa uczestników zmniejszyła się chyba o połowę. Robert, znany z intensywności i nazywający działalność artystyczną ciągłą orką na ugorze, wymyślił bowiem eksperyment specyficzny. Zadaniem każdego z nas było wykreowanie fikcyjnej instytucji, w której mieliśmy objąć funkcję fikcyjnego kuratora zapraszającego na fikcyjną wystawę pięciu — rzecz jasna fikcyjnych — artystów (reprezentujących różnorakie postawy twórcze), w imieniu których wykonamy już nie tak fikcyjne prace. 

 

I tu otworzyło się pole do, często nieoczywistych, eksploracji. Z jednej strony można było podejść do tematu na zasadzie niekoniecznie komfortowej konfrontacji i wymyślić postaci zupełnie odmienne od naszej dotychczasowej praktyki, tworzące prace, wobec których zawsze staliśmy w kontrze. Z drugiej, był to pomysł-marzenie pozwalający wcielić się w kogoś, kim zawsze chcieliśmy się stać, nęcące narzucenie na chwilę cudzej skóry, które umożliwiało podjęcie prób szalonych czy przerysowanych. Autorska metoda Roberta na wstępie była więc w jednym momencie biletem do wesołego miasteczka z nielimitowanym dostępem do wszystkich atrakcji, jak i sprintem na bieżni, która nie chce się zatrzymać i tylko podkręca tempo.

 IMG 9074

 

Na ile rzeczywiście tę próbę przepracowywania inności udało nam się podjąć? Trudno ocenić. Wychodzenie poza bezpieczne, w miarę oswojone ramy funkcjonowania nigdy nie przychodzi na pstryknięcie palcem. Myślę jednak, że choćby próba wystawienia stopy poza, badanie nawet bliskich, ale jednak marginesów, jest cenną i punktującą na przyszłość penetracją. Nie chodziło też o totalne odrzucenie osobistych metod i przekonań czy zanegowanie naszego ja, ale właśnie o zupełnie beztroskie testowanie. Swobodne, bo przecież pod cudzym imieniem; innym, ale jednak tak bardzo naszym. Marta Krześlak (jedna z uczestniczek) powiedziała, że stworzone przez nas wystawy były bardzo autoportretowe, bo plasteliną do ich modelowania okazały się być w głównej mierze nasze niezrealizowane marzenia. Eksperyment ten stał się szansą na przekroczenie naszych wewnętrznych granic; możliwością zrealizowania prac, które chcieliśmy zrobić, ale do tej pory coś nas przed tym powstrzymywało; wyzwaniem, próbą i śmiałą degustacją, po której nie dostaniemy czkawki, ani nie rozbolą nas brzuchy. Na swoim przykładzie widzę dobitnie, że nie chodziło przecież o skok na główkę tak spektakularny, że aż spuentowany połamaniem karku, ale właśnie przewietrzenie własnej głowy i to w niej szukanie inności, alternatyw naszego ego, mozaikowości, które pozwalają na budowanie, redefiniowanie i tworzenie nowego.

 IMG 9085

 

Fikcyjne koncepcje, które kreowaliśmy, od początku nie były rozpatrywane wyłącznie w formie ideowej waty. Wręcz przeciwnie — miały stać się tworzywem dla książek artystycznych, swego rodzaju katalogów naszych wymyślonych wystaw, które zaprezentować mieliśmy już w prawdziwej przestrzeni galerii na Piotrkowskiej. Książkowa forma wiązała się z dwoma ważnymi aspektami — po pierwsze oferowała fizyczny, materialny nośnik, w spójny i przejrzysty sposób prezentujący odbiorcy nasze fantazje, kreacje i pomysły. Po drugie — obligowała do artykulacji artystycznych koncepcji. Katalogi, poza reprodukcjami czy dokumentacjami prac, miały zawierać bowiem biogramy i teksty odautorskie. Dla mnie, absolwentki twórczego pisania na kulturoznawstwie, słowna żonglerka jest chlebem powszednim, wiem jednak, że werbalizacja to praktyka uciążliwa, a lepka magma interpretacyjna, semantyczna i ideowa prześlizguje się przez palce przy próbach poddania jej dyskursywnej obróbce. Dla studentów uczelni artystycznych, czy wszelkich twórców w ogóle, to jednak praktyka obligatoryjna — można oczywiście pozostawić dzieło samemu sobie albo oddać je we władanie krytyków czy komentatorów; dobrze jednak nauczyć się samemu nakreślać ścieżki interpretacyjne. Nawet nie dla odbioru zgodnego z naszym założeniem, ale jako pożywki dla samych siebie. Często bowiem dopiero przy wypowiadaniu pomysłów jesteśmy w stanie dotknąć ich istoty, tym samym testując celowość i rację bytu (czy też ich brak). Poza tym — to artykułowanie nigdy nie jest głosem rzucanym w przestrzeń, który głucho odbija się od ściany, ale rodzajem bumerangu, otwarciem na wymianę poglądów, wspólnotowe przepracowywanie, kolektywne szukanie rozwiązań najcelniejszych. Uczeniem się siebie, ale i uczeniem się innych.

IMG 9098

 

Wspólne omawianie projektów zaowocowało też jeszcze jednym unikatowym odkryciem. Kuśmirowski jest bowiem małą encyklopedią techniczną — zna prawdopodobnie każdy materiał, jaki nosi ta planeta. Tym samym, Robert był lepszą wersją wujka Google, jeśli chodzi o znajomość surowców, co często okazywało się pomocne przy projektowaniu poszczególnych realizacji czy samym montażu prac. Pokazywał też zupełnie osobliwe podejście do warsztatu pracy, który zresztą — choć pierwotnie był tylko roboczym hasłem dla naszych dwóch semestrów spotkań — ostatecznie jednak urósł do tytułu finalnego.

 

Może to nasz błąd — wynik braku czasu czy zbyt pobieżnego omawiania poszczególnych koncepcji w grupie w celu wypracowania jakiejś wspólnej drogi. Może to jednak plus, bo kiedy zgromadziliśmy kompletnie różne prace w przestrzeni galerii, realizacje nawet nie jedenastu (zgodnie z liczbą uczestników), ale kilkudziesięciu (i to przecież nigdy nieistniejących jednostek), okazało się — ku zdumieniu wszystkich — że zaczynają one do siebie pasować. Że ta pozornie zupełnie przypadkowa zbieranina posiada punkty styczne; że prace w pewien sposób odbijają się w sobie, dotykają podobnych problemów, wykorzystują bliskie sobie techniki, biegną w tym samym kierunku. Wielu z nas zupełnie niezależnie, ale tym samym idąc pod ramię, na warsztat wzięło choćby stan naszej planety, uwypukliło kozi róg, do którego ludzka działalność zagania naturę. W swoich pracach mówiliśmy o kondycji — człowieka, świata, sztuki. Jako artystów wybieraliśmy nie tylko absolwentów ASP, ale ludzi zupełnie spoza — stoczniowców, rybaków czy fascynatów kolei; za materiał dla naszych prac obieraliśmy przedmioty znalezione, często zupełnie absurdalne. Niezależnie i na różnych poziomach fascynowało nas słowo, jego warstwa foniczna czy powtórzeniowa.

 IMG 9103

 

Sama ekspozycja nosi w sobie znamiona szkatułkowości. Kiedy oglądający wchodzi do galerii, w pierwszym momencie może nie wyłapać wszystkich powiązań i klucza interpretacyjnego. Zapoznanie się z samymi z pracami nie da pełnego oglądu; myślę jednak, że puzzle te dają się ułożyć. Ową hipotezę potwierdza opiekująca się Galerią pani Małgorzata Zawada. Podobno odwiedzający wystawę zostają rzeczywiście na dłużej, pochłaniają historie z katalogów, próbują wyłuskiwać relacje i dogrzebywać się do źródeł oraz sedna konkretnych realizacji. Oznaczałoby to, że w tym szaleństwie była metoda i choć wciąż podejmuje się problem „szybkiej” sztuki i standardowego (standardowo krótkiego) czasu, jaki odbiorcy poświęcają na kontakt z pojedynczym dziełem, u nas biegnie to swoim rytmem. Więc być może — zupełnie nieświadomie — udało nam się zamiast bloków startowych do sprintu, rozstawić ruchome piaski, w które aż chce się wsiąknąć. Mamy nadzieję.

 

Małgorzata Pawlak (rocznik 94) – absolwentka twórczego pisania na Uniwersytecie Łódzkim, obecnie kontynuująca naukę na II stopniu kulturoznawstwa. Zajmuje się tworzeniem kolaży, działaniami interdyscyplinarnymi oraz słowną żonglerką, najczęściej w myśl zasady, że największa i najwspanialsza jest sztuka przerysowania.

 

Uczestniczki/uczestnicy: Mateusz Bidziński, Grzegorz Demczuk, Eliza Gawrjołek, Adrianna Gołębiewska, Witold Gretzyngier, Bogna Juchnowicz, Marta Krześlak, Karolina Lipińska, Małgorzata Pawlak, Katarzyna Pomorska, Agata Gansiniec

Opiekunowie projektu: Robert Kuśmirowski, Joanna Sokołowska

Projekt zajęć otwarty dla studentek i studentów wszystkich wydziałów realizowany w Pracowni Multimediów prowadzonej przez Łukasz Ogórka i Annę Bąk na Wydziale Sztuk Wizualnych.