Ilona Witkowska zastanawia się co tak naprawdę poruszyło ją w pracach prezentowanych na wystawie „Jeszcze chwila i trafi mnie szlag” w galerii lokal_30. 

W czasie Warsaw Gallery Weekend zostałam porwana przez grono warszawskich znajomych i przebiegliśmy w szalonym tempie przez szereg wystaw. Wzruszył mnie mały Sasnal, wpadła mi w oko praca Dominiki Olszowy z piwnicy Rastra, ale tylko jedna wystawa zdobyła mnie w całości. Kiedy Marcin Polak zaproponował mi napisanie o niej tekstu, ucieszyłam się jak dawno nie. Nie zajmuję się zawodowo sztuką, ale sporo myślę o relacji matka – córka: jakkolwiek mocno bym się nie starała – jestem częścią tych sytuacji, to jest o mnie; jestem uwikłana w powtarzanie i/lub przetwarzanie wzorów, ucieczka nie istnieje.

Długo chodziłam z pytaniem: co tak naprawdę poruszyło mnie w tych pracach, co je łączy, co wyczułam takiego, że chcę o tym powiedzieć. Odbyłam dziesiątki rozmów, żeby złapać to coś. Udało mi się w końcu: w czasie rozmowy z matką, oczywiście. 

W każdej z tych kobiecych prac jest mężczyzna. W każdej z tych par jest ktoś trzeci, wobec kogo należy się odnieść. 

Wszystkie mamy wdrukowane nasze matki na stałe, odkrywamy je w gestach, powiedzeniach, ruchu brwi, kącikach ust, dłoniach.

Stylizacja na ruskie soft porno pracy Marii Toboły, sympatycznie umieszczonej w kibelku,  jest najswobodniej wpleciona w więzienie takich odniesień – no, uśmiechnęłam się do tej pracy szeroko, to powolne mruganie do obiektywu i delikatny szoczek, jaki wywołuje początek pocałunku to wesoła sztuka, zabawa konwencją w ramach innej konwencji, taki fraktal konwencji.

dsf0473lokal30 2500px
Maria Toboła „Autoportret z matką”



Zestaw śniadaniowy Anny Orbaczewskiej – talerze, które każą nam zjadać trudne emocje, jakie budzą wymagania społeczne: nawet, jeśli manifestujemy, że mamy je gdzieś, to przecież tym samym potwierdzamy ich istotność. Hasłem tej pracy wydaje mi się być ciężar.

dsf0508lokal30 2500px
Anna Orbaczewska „Zestaw śniadaniowy”

 

Niebieskooka Marii Anto i Małpa Zuzanny Janin – tutaj nie ma co myśleć: oglądamy po prostu przetwarzanie wzoru; podobno ta niesłychana Małpa to partner Anto – tak więc córka, programowo niechlujnie, śmieciowo powtarzając matkę, sięga po jej mężczyznę;  z kobietą wszak inna kobieta wygrywa, gdy odbiera partnera – czy to dosłownie, czy metaforycznie. 

dsf0471lokal30 2500px2
Zuzanna Janin „Niebieskooka”


Wycinanka Malwiny Niespodziewanej o Kobro i Nice, z pominięciem Strzemińskiego – to pominięcie – chyba nie trzeba tłumaczyć – jest podstawą pracy; tym samym – głównym bohaterem jest nieobecny mężczyzna. Phi.

Moje ulubione piosenki Małgorzaty Markiewicz – spędziłam przy nich najwięcej czasu, wyjąc ze śmiechu i rozpaczy – czyli próba obnażenia wzorców popkultury; obrane ze znanych głosów, melodii z biglem i przyzwyczajeń, wyrysowane krzyżykami na dużych płachtach, nabierają cech przekleństwa (w sensie klątwy). Tu też zawsze pojawia się mężczyzna, w tych hardkorach strasznych: choćby pił, choćby bił – ja dziękuję. Ta praca podobała mi się najbardziej ze wszystkich. Podobała – to chyba nie najlepsze słowo. Jak wspomniałam – wyłam przy niej – wyłam ze śmiechu ale i z rozpaczliwej bezsilności: ta opowieść o kobiecie, jej roli i losie, którą prezentują w różnym stylu różne przywołane utwory, jest prawdziwa, wciąż aktualna i potwornie upadlająca: jesteśmy podstępne i zdradzieckie, po pijaku rozdajemy buziaki, dlatego można nam czasem przyłożyć. No, zanućmy: być kobietą – wiecznie mieć do czynienia z nie-do-osiągnięcia wzorem, jego przetwarzaniem, odtwarzaniem, uwikłaniem w nie-do-uniknięcia zewnątrz, które ocenia nas, kształtuje, sprawdza. 

dsf0472lokal30 2500px
Małgorzata Markiewicz „Moje ulubione piosenki”

 

Tylko ta pani, matka Elki Krajewskiej, Maria, co ma demencję i maluje te oczy-piersi, ty namaluj głowy, ja namaluję szyje, tam nie ma wobec, tam jest kobieta – człowiek, dziecko, starzec, tam jest takie bycie od środka. Żeby wyzbyć się tego bycia wobec, trzeba stracić głowę, pokazuje nam to dobitnie. Dopiero, kiedy tracisz kontakt z „rzeczywistością”, przestrzenią ciągłych wymogów płynących z zewnątrz, możesz prawdziwie zafascynować się tym, kim jesteś – kobietą jako bytem biologicznym, ciałem jako takim. W kontekście relacji matka – córka ta para wydaje mi się najciekawsza, bo jest taka zapętlona i wzajemna: matka zamienia się z córką na role. I pracują razem: jak kiedy w dzieciństwie prosiłyśmy matki, żeby rysowały dla nas księżniczki do kolorowania. Zostawiają sobie notateczki, liściki. Bardzo mnie wzruszyło, że córka naśladuje matkę (którą przecież sama uczyła malować na nowo), w kolorach, pewnych, no nie wiem, liniach. W każdym razie widać. I to zainteresowanie kółkiem z kropką, ile tego mamy: oczy, piersi, brzuch. Zwrócenie uwagi na moment ciąży, jako czegoś niesamowitego – no, bo umówmy się, to jest dość niesamowite, że w organizmie wytwarza się i żyje jakiś czas zupełnie odrębny nowy organizm. Że macierzyństwo to jest coś. 

Tylko w pracach tej ostatniej pary dostrzegłam miłość.

dsf0490lokal30 2500px
Kraj M „Akwarele”


Rozumiem, że bycie córką znanej matki to walka. Bycie córką artystki to walka. Bycie córką – artystką, to walka. Bycie każdą córką każdej matki – to walka. Im bardziej samotna matka, tym dziwniej urzeźbiona córka. Trzeba temu stawiać opór, wiadomo. Wszystkie słuchamy mamy, choć udajemy, że nie słuchamy i wychodzimy na tym różnie. Wszystkie mamy wdrukowane nasze matki na stałe, odkrywamy je w gestach, powiedzeniach, ruchu brwi, kącikach ust, dłoniach. Przetwarzamy dalej to, co one nam dały. I tak to idzie w nieskończoność. Oprócz nieustannej walki z matką w sobie i matką tak po prostu, mierzymy się z nieprzychylnym, męskocentrycznym światem – czy to świat ulicy czy high artu – mężczyźni są uprzywilejowani, szacunek do kobiet istnieje raczej w sferze deklaracji niż praktyki, zostać pełnoprawnym podmiotem jest ciężko, wymaga to dużo więcej starań, niż gdybyśmy zamiast cycków miały siusiaki. Bo bycie kobietą nawet bez kontekstu córcostwa i macierzyństwa to – oczywiście – jakiś rodzaj walki. Chyba, że się o tym nie wie, bo straciło się głowę.

Odcinamy świadomość o krzywdzącym dla kobiet przekazie, jak kultura długa i szeroka.

Jedna moja koleżanka, matka,  powiedziała mi, że przez kilka pierwszych miesięcy po urodzeniu dziecka kobiety zaliczają odcinkę, żeby nie zwariować, po prostu przestają myśleć trochę. I myślę sobie: może częściej ją zaliczamy, może to jest taka umiejętność, żeby nie szaleć (bo przecież histeria – to nas przekreśla), udajemy, że nie widzimy rzeczy: że nie widzimy casualowego seksizmu w wypowiedziach kolegów, współpracowników, hej, naszych chłopaków, braci, nie wspominając ojców, czy przełożonych. Odcinamy świadomość o krzywdzącym dla kobiet przekazie, jak kultura długa i szeroka. Odcinamy wiadomości o statystykach zarobków, ilości miejsc w sejmie, wszystkich przestrzeniach, gdzie dominują mężczyźni. Gdzie nie dominują mężczyźni? Gdzie nie wykorzystuje się, nie ocenia, nie umniejsza kobiet? Może ta odcinka to błogosławieństwo, pozwala skupić się jednej, bliskiej sprawie – karmieniu dziecka, przepracowywaniu toksycznych wzorców podarowanych przez matkę, robieniu feministycznych wystaw, pisaniu o nich.

 

___________________________________    

 

Ilona Witkowska (1987) autorka książek „splendida realta” (WBPiCAK, 2012) i „Lucyfer zwycięża” (Korporacja Ha!art, 2017); laureatka nagrody specjalnej w konkursie Bierezina, nagrody poetyckiej Silesius w kategorii debiut roku oraz kulturalnej nagrody Gazety Wyborczej WARTO 2018 w kategorii literatura; za drugą książkę nominowana do nagród: im. Wisławy Szymborskiej, im. Stanisława Barańczaka i Silesius w kategorii książka roku; interesują ją możliwości porozumienia i stosunki władzy; ukończyła studia kulturoznawcze na Uniwersytecie Wrocławskim; mieszka w Sokołowsku.

 

___________________________________   

Artystki: Maria Anto, Zuzanna Janin, Elka Krajewska, Małgorzata Markiewicz, Kraj M, Małgorzata Malwina Niespodziewana, Anna Orbaczewska, Maria Toboła

Wystawa: Jeszcze chwila i trafi mnie szlag

Miejsce: lokal_30

Czas trwania: 20.09–8.11.2019

Kuratorka: Agnieszka Rayzacher