Z Pamelą Bożek rozmawia Marcin Polak.

 

Spotkaliśmy się podczas Sejsmografu, czyli przeglądu młodej sztuki z Małopolski i Śląska. Byłaś tam jedną z nielicznych artystek zajmujących się działaniami społecznymi (oczywiście to nie jest zarzut wobec pozostałych uczestniczek i uczestników). Do Sejsmografu jeszcze wrócimy, ale najpierw zapytam, skąd takie zainteresowania? W swoich działaniach podejmujesz ważne tematy społeczne.

Powinnam zacząć od tego, że pochodzę ze Stargardu, który jest niedużym miastem, i tam stawiałam pierwsze aktywistyczne kroki jako osoba otwarcie nieheteronormatywna. Myślę, że stosunkowo szybko znalazłam w sobie pewność, że źródłem nierówności nie jest natura, ale że coś zostało nadpisane. Jednak nie do końca potrafiłam to wówczas zdefiniować. W wieku szesnastu lat pojechałam na obóz feministyczny, który okazał się być bardzo formującym doświadczeniem, nadał kierunek moim poszukiwaniom, lekturom, wyborom. A feminizm oferuje bogate zaplecze intelektualne dotyczące między innymi mechanizmów wykluczania i dyskryminacji, w tym dyskryminacji intersekcjonalnej – ze względu na płeć, orientację seksualną, pochodzenie, sytuację materialną, sprawność, każdego rodzaju inność. To są obszary, w których najczęściej się poruszam jako artystka wizualna. A będąc osobą nieheteronormatywną, która w dodatku urodziła dziecko z niepełnosprawnością, uczuliłam się na codzienny trud i jego kulturowe uwikłanie, złożoność, konsekwencje. Powoduje mną chęć zrozumienia sytuacji, w których sama się znajduję, tworzenie alternatywnych narracji. 

Wszystko stało się dla mnie jasne, kiedy pracowałam nad projektem na wystawę w Księgarni/Wystawie (Fundacji Razem Pamoja) z syryjską artystką i uchodźczynią Fedą Alwaer. Feda nie dostała wizy do Polski, więc w gronie zaproszonych artystek spotykałyśmy się za pośrednictwem Skype i podczas pierwszego połączenia okazało się, że największe poruszenie wzbudziła jej uroda. Rozdźwięk pomiędzy fizycznym pięknem i doświadczeniem wojny, utraty i cierpienia był zbyt duży, nie do wytrzymania. Mój syn był w tym czasie po kolejnej operacji obu nóg, przez wiele tygodni w gipsie w środku lata. Nie mogliśmy się opędzić od osób pytających, co się stało, dotykających mnie i Ignacego, pokazujących nas z daleka palcami, na wszelkie sposoby przekraczających granice. W ramach projektu „Nie wszystko złoto”, który wtedy pokazałam, przemalowałam sprayem białe gipsy na nogach Ignacego na złoty kolor i wówczas wszystko ustało. Wtedy też pojawiło się określenie estetyzacji biedy, bo wszyscy mówili wciąż, jacy jesteśmy biedni.

wnętrze galerii

 

Pracujesz głównie z ludźmi, np. z młodymi uchodźczyniami z ośrodka w Łukowie.

Z uchodźczyniami w każdym wieku i chłopcami-uchodźcami. Pierwszy raz pojechałam do Łukowa poprowadzić warsztaty artystyczne z dziećmi, bo przypadkowo spotkałam znajomą z Inicjatywy Witajcie w Krakowie na kawie i ona wspomniała o swoich planach wyjazdu. Wtedy już drugi rok regularnie prowadziłam sekcję artystyczną Szkółki Niedzielnej Żydowskiego Stowarzyszenia Czulent, miałam więc doświadczenie w pracy z dziećmi pochodzącymi z mniejszości religijnej, a dla części z nich język polski był językiem obcym. Oznacza to mniej więcej tyle, że byłam uważna i jednocześnie świadoma swoich kulturowych ograniczeń. Pojechałam z synem. Okazało się, że warunki są trudne, bo ja jestem jedna, a dzieci na przykład czterdzieścioro, sala nieduża, zima i musimy pracować w budynku, który jest dla nich wszystkich tymczasowym domem. Dzieci oczywiście pełne energii, entuzjazmu i chęci do działania, w każdym wieku, starsze z młodszym rodzeństwem. Pamiętam, że gdy prowadziłam warsztaty z pele-mele z grupą dziewcząt, mój syn trzymał mnie za nogę, a ja na rękach miałam trochę ponad rocznego Abdul Halima. Zajmowałam się nim, żeby jego siostra mogła być aktywną uczestniczką zajęć. Kiedy prowadzę warsztat dla piętnastu osób, pod drzwiami czeka dwadzieścioro, które się nie zmieściły, a kolejne dziesięcioro pojawia się punktualnie o umówionej wcześniej godzinie zakończenia. To zdecydowanie najtrudniejszy element pracy – niezdolność do bilokacji, a raczej do multilokacji. 

 

Produkujecie wspólnie notesy pod marką Notesy z Łukowa. Z ich sprzedaży finansujecie wakacje dla dzieciaków z ośrodka.

Tak było w przypadku pierwszej serii Notesów. W ogóle muszę tu doprecyzować, że Notesy są moim osobnym projektem o charakterze partycypacyjnym, w którym dzieci nie uczestniczą. Inicjatywa introligatorska Notesy z Łukowa powstała między innymi z chęci spotkań z kobietami, była i jest odpowiedzią na różne potrzeby, które ujawniły się podczas moich pobytów w ośrodku. Po pierwsze, czułam, że dobrze jest znać osobę, która pracuje z twoim dzieckiem, chciałam więc dać się poznać matkom dzieci, z którymi prowadziłam zajęcia. Wcześniej miałam kontakt tylko z niektórymi z nich, goszczącymi mnie w swoich domach w ośrodku, piłyśmy razem kawę, pomagały mi w opiece nad synem, który często towarzyszy mi w pracy. Sytuacja cudzoziemek – Czeczenek, Inguszek, Tadżyjek, Gruzinek, Ukrainek i Białorusinek, które oczekują na przyznanie ochrony międzynarodowej – jest różna, tylko część może podjąć pracę zarobkową, a z kolei niewielka część z nich ma dostęp do prac niesezonowych. 

O możliwościach zawodowych kobiet decyduje również fakt, że mają małe dzieci wymagające stałej opieki, a dodatkowo kontrolujących mężów, którzy często nie wyrażają zgody na działania wiążące się w jakimkolwiek stopniu z emancypacją. A życie w ramach instytucji prawie totalnej, która świadczy podstawową opiekę medyczną i działalność edukacyjną w ramach tak zwanych działań pre-integracyjnych, jest życiem w izolacji i w przygnębiającym, beznadziejnym oczekiwaniu na kolejne decyzje urzędów, często przez kilka lat. Prawie wszystkie dzieci, z którymi pracuję, mówią biegle po polsku, ich matki również.

Notesy z Łukowa to taka forma współdziałania, która zakładała stworzenie lokalnej mikromarki. Najpierw ja nauczyłam się prostych technik, następnie przekazałam te umiejętności podczas warsztatu, który ma charakter otwarty na codzienne obowiązki, nagłe wypadki, zmiany planów. Z czasem, kiedy do grupy dołączały nowe uczestniczki, już nie tylko ja pokazywałam, jak szyć – to zafunkcjonowało błyskawicznie. Uczenie się od siebie nawzajem pozwala nabrać poczucia, że relacja, którą budujemy, stwarza ramy do różnych wartościowych wymian – nie tylko umiejętności, ale też doświadczeń, emocji. Wspólnie wymyśliłyśmy prostą nazwę, z którą ja wróciłam do Krakowa. Poprosiłam mojego chłopaka, Michała Lendę, o pomoc, a on przygotował około dziesięciu propozycji logo. Panie wspólnie wybrały jedno z nich, zamówiliśmy tradycyjną pieczątkę i tak to się zaczęło. 

notes i wycieczka w Krakowie

Teraz Notesy można znaleźć w wielu miejscach w Polsce, a ja pracuję nad założeniem fundacji, co jest działaniem nieco fasadowym, ale po pierwsze zapewni ciągłość i uprawomocnienie, po drugie pozwoli mi na rozwijanie i wyposażanie pracowni, a po trzecie –na rozpoczęcie legalnej współpracy z instytucjami kultury, które kierują w moją stronę propozycje wsparcia i promocji, mnie natomiast ogranicza partyzancka natura moich projektów. 

 

Czy swoje działania społeczne traktujesz w kategorii działań artystycznych, tak jak np. Katarzyna Kalinowska, która prowadzenie kooperatywy czy zatrudnienie w sklepie mianowała do statusu dzieła sztuki, czy zupełnie to rozgraniczasz? Może mogłabyś sobie odpuścić kilka wyjazdów do Łukowa, który przecież jest dosyć daleko od Krakowa, i stworzyć jakieś dzieło? Może wtedy dostałabyś się do Salonu Krakowskiego? :)

 

Jak dorosnę chcę oczywiście zostać malarką ). Dzieło natomiast kojarzy mi się z Dziełem Ojca Pio, o którym jeden z profesorów wspomniał podczas obrony mojego dyplomu i to wówczas było jakoś powiązane… 

A tak zupełnie poważnie nadawanie statusu sztuki jest moim zdaniem zabiegiem, który może otwierać drzwi jednym działaniom i jednocześnie zamykać innym, czasem więc jestem skłonna traktować status dzieła artystycznego w kategoriach użyteczności, a nie tylko lansu. Poza tym kryteria oceny wydają się być niepewne, nikt nie uczy nas, jak mówić i myśleć o tego rodzaju praktykach. Jest taki kurdyjski artysta Ahmed Ögüt, o którym często myślę, twórca Cichego Uniwersytetu. (W jego ramach tworzone są struktury edukacyjne dające zatrudnienie wykształconym uchodźcom i uchodźczyniom, których kwalifikacje nie są uznawane w krajach przyjmujących.) I on z jednej strony nie traktuje tego projektu w kategoriach artystycznych, z drugiej zaś to właśnie te kategorie sprawiają, że uzyskuje wsparcie ze strony instytucji sztuki. 
Współczesne działania zaangażowane, w ramach których przekierowuje się środki przeznaczone na kulturę w obszary skrajnie niedofinansowane i marginalizowane, należą zdecydowanie do moich ulubionych.

W przypadku Notesów liczy się przede wszystkim bezpieczeństwo uczestniczek, działanie odpowiadające na ich potrzeby, ale na zasadach empowermentumocno zakorzenionego w rzeczywistości. Notesy mają siostrę bliźniaczkę, czyli Serwety z Łukowa, i w tym przypadku mam poczucie, że te założenia się realizują. Jedna z kobiet zaangażowana w Notesy jest niezrównana w szydełkowaniu. Teraz to ona uczy, a ja pod jej okiem stworzę może w końcu jakieś prawdziwe dzieło, które pojawi się na kolejnej edycji Salonu :).

 

Czasami jednak znajdujesz czas na tworzenie. W swojej pracy dyplomowej poruszasz problem przymusowej migracji i opowiadasz związane z tym traumatycznym doświadczeniem historie. Z Twojego doświadczenia (opieka nad wieloma mieszkaniami wynajmowanymi na Airbnb) wynika, że nie boimy się obcych, ale tylko takich, którzy mogą nam zapłacić.

Pracowałam już nad dyplomem, kiedy po raz pierwszy pojechałam do ośrodka. Wzięłam na warsztat zjawisko, które od kilku lat miałam okazję obserwować, a o którym myślę w kategoriach upadku mitu polskiej gościnności. Mój dyplom to wciąż powiększająca się kolekcja kluczy do domów opuszczonych z powodu wojny, prześladowań lub biedy. Część z nich otrzymałam również od moich znajomych z Łukowa. Osoby, które nie miały przy sobie kluczy, przekazały mi swoje historie pisane w ojczystych językach, bardzo przejmujące, pełne szczegółów, codziennych drobnostek. 

To nas dodatkowo zbliżyło, bo w I left the keys under the doormat odtwarzam ten gest gościnności (zostawianie kluczy pod wycieraczką), który wydarza się anonimowo podczas przyjmowania tak zwanych gości w apartamentach Airbnb. A gościnność nie jest ani anonimowa ani jednostronna czy też zredukowana do dwubiegunowej relacji między dominującymi a zdominowanymi. I za Luce Irigaray uważam, że musimy dążyć ku wzajemnej gościnności. (Luce Irigaray, Toward Mutual Hospitality)

 

Spodziewam się, że większość swoich działań wykonujesz społecznie, nie masz na swoje projekty żadnych funduszy?

Zwykle zwracam się z prośbą o wsparcie do osób, które znam, organizuję zbiórki. W przypadku krakowskich wakacji dla dziewczynek, chłopców i ich mam oraz powstania biblioteki w ośrodku w Łukowie zaangażowałam w ten sposób MOCAK, Bunkier Sztuki, Spółdzielnię Ogniwo, Centrum Społeczności Żydowskiej w Krakowie JCC, Stowarzyszenie Wielokulturowy Kraków. Dzwonię, piszę i proszę. 

Do biblioteki udało się zebrać ponad 200 tytułów. Sam towarzyszyłeś mi ostatnio podczas warsztatów, więc wiesz, jakie to będzie wyzwanie – nie wiem, ile czasu zajmie nam skatalogowanie księgozbioru. Jednak najważniejsze wydaje się w tym przypadku współdziałanie w ramach projektu, gdzie wspólne nie znaczy niczyje, w ramach którego dzielimy się odpowiedzialnością. Ustaliłyśmy tylko, że trzeba mieć skończone dziesięć lat.

Wszystkie moje działania w Łukowie od początku wspiera Stowarzyszenie “Dla Ziemi” z Ewą Kozdraj na czele, a dzięki jej zaangażowaniu i relacjom z innymi organizacjami, na przykład Koalicją Karat, zdarza mi się rozliczyć nocleg i koszty podróży, otrzymać dofinansowanie na materiały. Dziewczyny z Karatu włączyły mnie nawet do projektu empowermentowego dla migrantek, co poskutkowało wynagrodzeniem, choć jest to epizod, a środki na takie działania zostały ostatnio radykalnie ograniczone przez państwo. 
Aktualnie rozpoczynam środowiskowe studia doktoranckie, a w planach nie mam malowania obrazów, liczę więc, że status doktorantki w połączeniu ze statusem dzieła sztuki umożliwią mi nie tylko kontynuację tych działań, ale też znaczący rozwój.

 

Wracając do Sejsmografu – moim zdaniem to świetna inicjatywa, którą powinno się organizować w każdym większym ośrodku. Jak oceniasz to wydarzenie?

Wszyscy już wiedzą, że było fajnie. Moja relacja z Sejsmografu, o którą poprosiłeś już wcześniej, czyli „Wszyscy jesteśmy artystkami”, została napisana z towarzyszącej mi od lat perspektywy feministycznej i aktywistycznej. W kontekście takich wydarzeń jak Sejsmograf, który skierowany jest do młodych artystek i artystów, ta perspektywa wydaje mi się szczególnie adekwatna w odniesieniu do współpracy z ośrodkami akademickimi (ASP w Katowicach) lub braku tej współpracy (ASP w Krakowie). Wiemy o ogromnych dysproporcjach, jeśli chodzi o stopień sfeminizowania polskich uczelni artystycznych, co wynika z raportu Fundacji Katarzyny Kozyry. Moim zdaniem warto więc wsłuchiwać się uważnie w przekaz działań mających wspierać rozwój karier młodych osób. Jestem bardzo zadowolona, że wzięłam udział w tym projekcie i oczywiście żałuję, że nie trwał dłużej. 

 

Poza dobrą organizacją i super – trochę kolonijną – atmosferą, byłem bardzo zaskoczony wysokim poziomem prezentacji młodych artystek i artystów.

To, co zaprezentowały współuczestniczki i współuczestnicy, było inspirujące, często zabawne w szczególny, błyskotliwy sposób. Pojawiły się też akcenty poetyckie, przeplatane bardzo osobistymi narracjami. Działania zaangażowane społecznie stanowiły znakomitą mniejszość, jednak być może taki to rok, być może jeszcze nie jest w Polsce aż tak źle. Po siedmiu latach spędzonych na krakowskiej Akademii mam poczucie, że taka prezentacja bogactwa metod twórczych, dająca świadomość ich istnienia, mogłaby być również częścią stosunkowo ubogiego w tym zakresie programu edukacyjnego ASP. 

  

W debacie o środowiskartystycznym dużo rozmawialiśmy o  naszym zawodzie. Artystki i artyści, a przede wszystkim artystki i artyści pracujący na rzecz innych, znajdują się w dosyć specyficznej sytuacji. Działają poza galeriami czy instytucjami i często są odcięci od źródeł funduszy takich jak granty czy stypendia – z powodu upolitycznienia decyzji Ministerstwa czy miasta, albo dlatego, że w swojej pracy podejmują tematy, które zamykają im dostęp do partycypowania w publicznych środkach.

Ja jestem bardzo zadowoloną ze swoich wyborów osobą, trudno mi więc narzekać. Jednak mój warsztat pracy to kombinatorka, proszenie i łatanie dziur, dziesiątki godzin nieodpłatnej pracy albo pracy na granicy legalności. To oczywiście może być szalenie atrakcyjne, ale kiedy nie odpowiada się wyłącznie za siebie, ale również za jakąś osobę zależną – w moim przypadku jest to dziecko, można od czasu do czasu poczuć odrobinę dyskomfortu. To wszystko zależy chyba od indywidualnych potrzeb i wytrzymałości.

 

Jakie masz plany na przyszłość? Wiem, że  zamierzasz stworzyć modele 3D wszystkich ośrodków dla uchodźców znajdujących się w Polsce.

Projekt, który przygotowuję na naszą wspólną wystawę Z ziemi polskiej do Polski”  jest w pewnym sensie łącznikiem, wstępem do działań w ramach studiów doktoranckich. Tytuł pochodzi bezpośrednio z odśpiewania hymnu przez dzieci podczas jednego z warsztatów w Łukowie – ta zmieniająca znaczenie dziecięca pomyłka stała się dla mnie bezpośrednim źródłem inspiracji dla rozważań o fizycznym i metaforycznym statusie ośrodków znajdujących się na terenie Polski.

Osoby oczekujące na nadanie statusu uchodźcy/uchodźczyni znajdują się na terenie kraju, w granicach którego nie mogą się swobodnie poruszać do momentu pozytywnego rozpatrzenia wniosku – to stan zawieszenia, oczekiwania na symboliczne i formalne przekroczenie granicy – z ziemi polskiej do prawdziwej Polski. 

Przed-Polska to termin stworzony przeze mnie na potrzeby określenia miejsca ich pobytu przez analogię do prowadzonych w ośrodkach tak zwanych działań pre-integracyjnych, które polegają między innymi na nauce języka polskiego i poznawaniu polskiej kultury. 

plac zabaw

Chciałabym dokonać upamiętnienia zarówno tego, co z perspektywy osób przebywających w ośrodkach było przed Polską, jak i samej Przed-Polski. Jedno działanie będzie miało charakter kolekcji/zbioru pamiątek gromadzonych w różnej formie – opowieści, nagrań, dokumentacji, kopii obiektów. Drugie to chyba założenie pomnikowe, bo z zawodu jestem rzeźbiarką :). Nie zakładam jednak narodowej skali ani odlewów z brązu. 

W kontekście przyszłości mam tylko nadzieję, że sprawa Jasia Kapeli i znieważania hymnu uchodźczą konotacją znajdzie przyzwoite zakończenie.

 

Angażujesz się w szereg działań feministycznych i równościowych. W swojej relacji z Sesjmografu mówisz o problemie dyskryminacji językowej, która czasami wynika z naszego lenistwa. Każdy artysta, którego nazwie się artystką, dopiero wtedy dostrzega problem, z którym macie do czynienia na co dzień.

Językowego lenistwa nie lubię najbardziej, wolę już lęk przed śmiesznością. Wiem też z doświadczenia, że systematyczna praca przynosi efekty, a obszar języka wydaje mi się bardzo atrakcyjnym polem dla aktywizmu, można w nim poszaleć.

Działania równościowe i feministyczne natomiast to już nie jest sztuka, tylko obowiązek. Mam syna – mój feminizm jest dla mnie i dla niego.

 

Dziękuję za rozmowę.

___________________________________  

Pamela Bożek. Stargardzianka, doktorantka dr hab. Iwony Demko, absolwentka wydziału rzeźby na akademii sztuk pięknych w Krakowie. Moja praktyka artystyczna opiera się na prowadzeniu osobistej narracji splatanej z aktualnymi zjawiskami społeczno-kulturowymi budzącymi powszechny niepokój. W swoich projektach poruszam kwestie związane z utratą domu i bezdomnością, migracjami, ze szczególnym uwzględnieniem kobiecego doświadczenia i z perspektywy feministycznej. Interesują mnie zagadnienia wizualne w kontekście mechanizmów wykluczania i stygmatyzacji. Z uchodźczyniami z Ośrodka dla Cudzoziemek w Łukowie prowadzę inicjatywę introligatorską Notesy z Łukowa.