Od niektórych tekstów trudno się uwolnić. Przynoszą nadmiar i ból podane w pozornie lekkiej formie. Taki jest dramat Tony'ego Kushnera „Anioły w Ameryce. Fantazja gejowska na motywach narodowych”. To sceniczna ekstraklasa: można go wystawić na setki sposobów - od fajerwerków po mikrodramat.  „Anioły...” Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze Studyjnym w Łodzi są ciekawym przykładem niskobudżetowego spektaklu, żonglującego zmianami energii i nastroju. Studenci mogą tu pokazać, co potrafią. A potrafią wiele. 

 

 „Anioły...” nie są dramatem łatwym ze względu na swoją tematykę, i historię sceniczną. Trudno pracuje się nad tekstem, który reżyserowało wcześniej tylu (u)znanych. Genialna, widowiskowa realizacja Marianne Elliott dla Royal National Theatre (Londyn), gorzki i demoniczny spektakl Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze w Warszawie, opera Pétera Eötvösa i realistyczny serial Mike'a Nicholsa. A jednak Małgorzacie Bogajewskiej udało się zachować oryginalność i własny głos w  produkcji, która jest jednocześnie spektaklem dyplomowym wydziału aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi. Jak to zrobiła? Lepiej zapytać: jak rozłożyła akcenty? 

Oryginał tekstu Kushnera to doskonały, płynny montaż pokazujący najważniejsze problemy Ameryki w latach 80.  Konserwatywna polityka Reagana jest pretekstem do opowiedzenia  o dyskryminacji ze względu na orientację seksualną, poglądy polityczne i pochodzenie etniczne. Znajdzie się tu hipokryzję w stosunku do chorych na AIDS, przerażające przypomnienie pandemii tzw. „gejowskiego raka” (czy ktoś jeszcze w ogóle pamięta tę nazwę?!) i korupcjogenne powiązania polityki z prawem. Można to ująć krótko. Są lata 80. Jeśli jesteś gejem republikaninem – masz problem. I lepiej się do niego nie przyznawaj. Jednak w znacznie większych kłopotach znajdziesz się wtedy, kiedy jesteś wyoutowanym gejem i masz AIDS. Bo umrzesz. AZT, pierwszy lek antyretrowirusowy, jest terapią eksperymentalną. W ślepej próbie można trafić albo na lek, albo na placebo. I zazwyczaj: „ Umiera się koło trzydziestki, (…)  nie doświadczywszy całych dekad majestatu”. 

poziom 7 of 10

W Teatrze Studyjnym „Anioły...” zobaczymy bez większych skrótów, poza wycięciem całej III części. Nie dziwi mnie to zbytnio – młodym aktorom trudno byłoby spędzić na scenie dodatkowe 3 godziny (spektakl trwa 3,5 godziny). Poza tym trzecia część wymaga scenicznego anturażu, rozbudowanej scenografii i widowiskowości. Ten zabieg wprowadza też dodatkowy sens: dyplomowe „Anioły...” nie kończą się dobrze (w przeciwieństwie do oryginału), pozostają w zawieszeniu, podobnie jak ich bohaterowie.  

Polityka to pretekst. Na pierwszy plan w Teatrze Studyjnym wysuwa się opowieść o pogubieniu i życiowym zaplątaniu. Ucieczce przed odpowiedzialnością za siebie i osobę, którą „aż” się kocha lub „tylko” z nią jest. Między „aż” i „tylko” rozgrywa się dramat poczucia winy, wyrzutów sumienia i niezrozumienia. 

Dwie pary, dwie historie. Harper i Joe. Prior i Louis. Joe jest młodym, w gruncie rzeczy porządnym chłopakiem, marzącym o zrobieniu kariery prawnika. (Może mu w tym pomóc Roy Cohn, cyniczny  prawnik i kryptogej, zresztą postać autentyczna, adwokat bez skrupułów). Joe ukrywa przed samym sobą (i żoną) homoseksualizm. Harper, żona Joe, to udręczona tym związkiem, niezrealizowana kobieta, która marzy o czymś innym: ucieczce, zmianie, albo chociaż prawdzie. Tak nie można żyć zbyt długo, przynajmniej na jawie. Aby przetrwać, Harper faszeruje się valium. 

Prior, najtragiczniejsza postać dramatu, to gej, który właśnie zachorował na AIDS. „Arystokratka” z pochodzenia – jakby sam o sobie sam powiedział. Czysty wdzięk. To on zostanie wybrany, on będzie słyszał anielskie głosy i już za chwilę, porzuci go chłopak, Louis, przerażony chorobą i odpowiedzialnością za partnera. 

W tym kwartecie na scenie wyróżnia się dwójka aktorów – Ela Zajko jako Harper Pitt i Robert Ratuszny jako Prior Walter.  

Od pierwszej do ostatniej sceny Zajko pokazuje wachlarz swoich umiejętności, bo niewątpliwie ma  talent. W komediowej scenie symulowania idealnego fellatio na bananie jest zagubiona i zabawna, w kłótniach z mężem na przemian histeryczna i silna, a w kluczowej scenie ucieczki na Antarktydę – po prostu rozbraja. 

Dzielnie sekunduje jej Robert Ratuszny w roli Priora. Łatwo tę postać przerysować i „przegiąć”, grubą kreską akcentując rys drag queen. Na szczęście, po wstępie, Ratuszny nie idzie tą drogą, ze sceny na scenę jego postać nabiera wyrazu i skomplikowania. Przeestetyzowany gej zamienia się w cierpiącego fizycznie i psychicznie, przerażonego chłopca. Kiedy chory Prior w szpitalnym łóżku wyje do odchodzącego Louisa: 

„ – Ja umieram. Ty głupia kurwo! Wiesz, co to znaczy! Miłość! Wiesz, co to jest miłość? Żyliśmy razem cztery i pół roku, ty gnoju, ty idioto!”  – ta scena istnieje poza czasem. Obyście nigdy nie musieli doświadczyć tego ze strony najbliższego człowieka... Ani niczego podobnego...

Nastrój „Aniołów...” w dużej mierze buduje muzyka, tworząca drugie dno spektaklu i część scen zbiorowych. Duet Harper i Priora, którzy spotykają się we wzajemnej halucynacji-śnie i przy nienachalnym fortepianowym intro śpiewają „I'm going slightly mad” Freddiego Mercury'ego to prawdziwy majstersztyk podwójnych znaczeń. Jest w nim opowieść o własnym smutku, porozbijana psyche obojga, a wreszcie mocna reminiscencja śmierciFreddiego Mercury'ego, pierwszej supergwiazdy rocka, która zmarła na AIDS (i oficjalnie przyznała się do choroby). 

Zresztą, jeśli bawić się znaczeniami, spektakl ma ich znaczenie więcej. Tekst „I'm going slightly mad” to także dwuwers: 

You're simply not in the pink my dear/
To be honest you haven't got a clue”       

Trawestując: 

Nie jesteś w  najlepszym nastroju, moja droga/
Szczerze mówiąc, zupełnie nie ogarniasz. 

Różowa lodówka, przez którą Harper dosłownie przedziera się z kuchni do swoich marzeń-urojeń na Antarktydę, gdzie możliwe jest to, co w ogóle nie jest możliwe, to też opowieść o różu-rozpaczy i zamrożonych uczuciach. Chwilach nie do wytrzymania. Lekowej hipomanii i dziewczynkowym: Chcę wymienić to życie na inne! Teraz! Choćby z Eskimosem i pingwinami na Antarktydzie.

Owacje na stojąco należą się całemu zespołowi za choreografię i chór  do „Stayin’ Alive” Bee Gees.  W dyskotekowym rytmie, w kostiumie z białych balonów na stelażu, wraz ze wszystkimi Harper śpiewa:  

„Life goin' nowhere, somebody help me!/  

I'm stayin' alive” 

No cóż Harper, musisz wymyślać ludzi, żeby z tobą rozmawiali. To straszne, choć bywa zabawne.

 

poziom 2 of 8

 

Bogajewska, a wraz z nią kostiumografka, Joanna Jaśko-Sroka świetnie wyczuwają efekt, jaki daje przemieszanie znaczenia symboli i popkultury. Czują to też studenci. Prior w czerwonym peniuarze wystylizowany na Statuę Wolności, Louis dzierżący hotdoga i colę niczym pochodnię i tablicę z deklaracją dnia niepodległości, anioły w bikini z amerykańskie paski i gwiazdki. Nikt nie oskarży wreszcie nikogo o obrazę uczuć narodowych – to podstawowa różnica stylu na linii Polska - Stany. A styl jest ważny. Zdarzają się też wizualne krytptocytaty,  np. sztandarowy hit „ Blue Velvet” wykonywany przez Isabellę Rossellini w filmie Lyncha. Tym razem w wykonaniu łysej drag queen (Belize), śpiewającej w gejowskim barze dla republikańskich prawników, załatwiających brudne interesy. Izabella Dudziak dość ciekawie buduje tę postać na grymasach, kostiumie i przegięciu, choć zdarzają się jej  momenty zmanierowania. Ma jednak na siebie pomysł: podobno podpatrzony u polskich drag queens. 

Mocną stroną spektaklu są mikrosceny, ilustrujące stan psychiczny bohaterów. Biblijna walka Jakuba z aniołem, pokazana jako walka Joe z nagim mężczyzną (własną orientacją) to skumulowana energia pożądania.  Bo anioły bywają też demonami. I nie ma sensu z nimi walczyć. 

Atutem „Aniołów...” w Studyjnym jest też humor, jak w sztandarowej scenie seksu oralnego z, nomen omen, pałką policjanta, czyli wystylizowanego na lata 80. „skórzaka z wąsami” rodem z klubów BDSM i teledysków „Frankie goes to Hollywood”. Nieodmiennie śmieszą przodkowie Priora, który reaguje na ich widok czosnkiem, krzyżem i wodą święconą. Czasem aż się prosi, żeby ten humor trochę podkręcić. 

Z perspektywy tekstu najsłabiej wypadają w spektaklu polityczno-etniczne tyrady. Czasem to po prostu kwestia realiów: w oryginale Belize (drag queen) jest czarny, dlatego jego rozmowa z  Louisem (Żydem) o uprzedzeniach rasowych ma sens, który kompletnie znika w Teatrze Studyjnym. Z drugiej strony mechanizmy hipokryzji i władzy pozostają niezmienne od lat. Cyniczny i skorumpowany Roy Cohn, postać uwikłana w perfidne procesy pokazowe przeciw oskarżonym o szpiegostwo – rzekomym – komunistom, człowiek, który dla władzy i ego zrobi wszystko, odnajdzie się w każdym kraju i czasie. Choć oczywiście fakt, że Cohn pracował też jako adwokat dla ojca Donalda Trumpa (w nieciekawych sprawach), był szowinistą i rasistą, a obecny  prezydent USA uważa go za  wzór do naśladowania jest, delikatnie mówiąc, niezłym ściekiem... Jedno jest pewne – Paweł Głowaty zagrał Cohna dobrze. Zwłaszcza w symbolicznej scenie z Ethel Rosenberg.

„Anioły...” w Studyjnym domyka minimalistyczna, surowa scenografia, powstająca na oczach widza, często budowana przez aktorów. Dzięki takiemu rozwiązaniu niektóre sceny grane są symultanicznie, drugi plan dopełnia to, co dzieje się w pierwszym, a drobiazgi sceniczne nabierają znaczenia. Ascetyczność scenografii, dobrze „Aniołom...” robi – odziera je z ozdobników. 

 

poziom 8 of 8

 

Jeśli jeszcze nie widzieliście dyplomu studentów z Łódzkiej Filmówki, warto to nadrobić. „Anioły...” wymagają jeszcze odrobiny wygładzenia, ale to spektakl pełen prawdy, o jaką trudno – nawet dziś – w teatrze. Sztuka, która tak naturalnie mówi o wykorzenieniu, bólu, zawiedzeniu się na drugim człowieku, zdemolowanej psychice, ale także o delikatności, kruchości i przemijaniu zdarza się bardzo rzadko. Od jej pierwszego wystawienia minęło 28 lat. Zmieniły się punkty odniesienia, z HIV można żyć wiele lat, polskimi ulicami przechodzą marsze równości. Jedno pozostaje aktualne:  „(...) jak ktoś załamuje ręce nad jakąś duperelą...(...) to jak przyjdą prawdziwe kłopoty, się pochlasta”. Empatii należy się uczyć. Wciąż na nowo. Bo bez niej nie pomogą nam żadne anioły.  

Wszystkim, którzy zagrali w „Aniołach w Ameryce” w Teatrze Studyjnym w Łodzi, życzę wiatru w skrzydłach! 

 ___________________________________   

  

Marta Zdanowska - animatorka literatury, redaktorka i (niekiedy) recenzentka. Związana z Łódzkim Szlakiem Kobiet. Uważa, że życie nie ma sensu bez teatru. 

  ___________________________________   

Tony Kushner „Anioły w Ameryce”, spektakl dyplomowy PWSFTViT

MIEJSCE

Teatr Studyjny, Kopernika 8,  Łódź

CZAS

premiera 23.02.2019

KTO

reż. Małgorzata Bogajewska, scenografia i kostiumy Joanna Jaśko-Sroka, choreografia Paweł Głowaty.

Grają: Izabella Dudziak, Izabela Gąska, Ksenia Tchórzko, Elżbieta Zajko, Paweł Głowaty, Mateusz Grodecki, Robert Ratuszny, Kamil Rodek, Sebastian Śmigielski. 

 

 ___________________________________   

zdjęcia - Dariusz Pawelec